Posty

Wyświetlam posty z etykietą Podróże

Moje Delft

Obraz
Poniedziałki zazwyczaj uderzają w człowieka listą imperatywów. Kalendarz zaczyna skrzypieć, w głowie kłębią się zadania. Telefon dzwoni, świat wzywa.  Taki jest mój poniedziałek. Pozornie spokojnie, w wielkomiejskiej orbicie, w centrum stolicy Europy Środkowo- Wschodniej. A mi przyszło planować kolejną podróż. Krótką, ale dość daleką, intensywną i pracowitą. W ciągu najbliższych dni zobaczę cztery, może pięć miast. Każde o randze metropolii. O nazwie magicznej, której każda zgłoska mieści w sobie historię, ludzi, budynki. Wszystko nieobjęte. Inspirujące. Ciekawe. Oczywiście, cieszę się.  Ale także zastanawiam: co ze mną z tych miast pozostanie? Może nic, bo niewzruszony zegar sprawi, że pewne wrażenia zostaną zawieszone w powietrzu, zatrzaśnięte w tej chwili, gdy migną mi w oczach. Nie opadną na ziemię, nie spadnie na nie deszcz, nie przykryje ich kurz, nie wypuszczą korzeni, by potem życiodajnie wzrastać. Udręki człowieka współczesnego. Spiesznego. Pędzącego....

"Szczygieł" Carela Fabritiusa

Obraz
33,5 na 22,8 cm- to format bliski kartki papieru. Wielkość poważna, jeśli jako kartka nosiłaby słowa. Dla obrazu, oleju na desce- to format prowokująco niewielki. A motyw: szczygieł. Po prostu. Zwykły ptak, jeden z ziemskiego, przyrodniczego dostatku, z przebogatego katalogu gatunków. Carduelis carduelis , to łacińska nazwa szczygła. Brzmi poważniej niż nazwa polska, gdzie dźwięki niosą w sobie coś psotnego. Ulotnego. Zmiennego. Jako temat dla obrazu wydaje się być niewiarygodnie trywialny. Jednak ten motyw jest tak nasączony znaczeniami, że potrzebuje odczytania. Jak pełen ukrytych między wierszami znaczeń tekst potrzebuje egzegezy.  „Szczygła” namalował Carel Fabritius, najzdolniejszy malarz z pracowni Rembrandta. Niektórzy chcą w nim widzieć ucznia, który- zrodzony w blasku talentu swojego nauczyciela – za chwilę miał go przerosnąć. Wiele pisano o antyrembrandtowskim potraktowaniu światła- o malarskiej rewolucji, której dokonał Fabritius. O doskonałej technice. O...

Bergamo nocą

Obraz
Zazwyczaj włoskie nazwy miast niosą w sobie coś nęcącego. Foniczną zapowiedź swojej malowniczości. Mieszczą się w niej zaułki, nasłonecznione place, cyprysy pnące w niebo, kamienie przeszłości. Bergamo brzmi inaczej. Lombardzko. Praktyczne. Przedsiębiorczo. Ale to brzmienie może mylić, bo Bergamo jest jak drogocenna szkatułka. Bergamo usadowione jest na wzgórzu, z którego stare miasto rozlewa się wokół połaciami nowego, nowoczesnego miasta. Na dole panuje logika skrojonych z urbanistycznym zamysłem ulic. Na górze – w Bergamo-Alta rządzi logika bluszczu- wielowiekowego rozrastania się siatki miejskiej poddanej wymagającemu usytuowaniu. Bergamo Alta. Bergamo górne.  W wolnym tłumaczeniu: Bergamo wysokie. Ja pozwolę sobie na jeszcze bardziej wolne tłumaczenie: Jego wysokość Bergamo.  Jego wysokość wdarła się w skały przedpola Alp, tu gdzie zaczynają się Alpi Orobie. Kamienny diadem murów Bergamo spina wzgórze. Jeszcze z samolotu można zobaczyć złocące się miasto....

O podróżach lotniczych

Podbrukselskie lotnisko Charleroi. Docieram tu zazwyczaj po rytualnym maratonie. Zawsze w lekkim "niedoczasie". Z Mont des Arts ruchome schody wciągają mnie na moment pod powierzchnię miasta, w podziemia dworca centralnego. Przeskak po dwa ruchome schody, peron, pociąg- dowolny w kierunku dworca południowego, Gare du Midi. Torba na ramieniu ciąży, w środku laptop z oprzyrządowaniem, notatnik, dokumenty. Jest chłodno, ale robi się gorąco, poluzowanie szalika, płaszcz rozwiany, pociąg rusza, powietrze się porusza, tunele, światło w tunelu, szpaler budynków, graffiti na ścianach, znów tunel, świst i Gare do Midi. Znów zeskok, szybciej niż rozsądek nakazuje, za 4 minuty odjeżdża mój autobus, następny za pół godziny, biegnę! Znów jestem "wpół-do-Justyny", jak to ktoś określił. Gare de Midi jest jednym z tych potężnych dworców, skrzyżowanie hali, architektura, która od razu zapewnia mi pełna dezorientację. Dziesiątki osób idą w dziesiątki kierunków. Setki cyrkulując...

Nowy Jork! Niezwykły Nowy Jork!

Obraz
Nowy Jork. Nowy Jork. Wielki, zadziwiający Nowy Jork. Wróciłam stamtąd dwa dni temu, jet lag już znośny, rozmieniony na drobne. Dwa ważne spotkania, dotychczasowe wyobrażenia Christie`s i Guggenheima nabierają realnych form, ludzkiego wymiaru. Przywiozłam dużo wrażeń, nieuchwytnych, niedogonionych. Takich zauważonych sytuacji, które zostają pod powiekami. Mignięć, krótkich ułamków. Zgodnych z rytmem miasta, które od razu wymaga od podróżnego postawy aktywnej, dziarskiego ruszenia w trasę i szybkiego chwytania wrażeń. W locie, w biegu, w pośpiechu, bo w tym mieście po prostu nie można się zatrzymać. Nowego Jorku nie da się w całości opowiedzieć. Jego kolory nie mieszczą się w słowach. Jego gwaru nie oddają fotografie. Jego zapachy, jego temperatura, jego dźwięki- to wszystko w takiej dziwnej harmonii, tak naturalne dla tego miejsca!  Ciągle się człowiekowi wymyka, niepokornie i autonomicznie. Nowy Jork. Tam gdzie tysiące anarchii sumują się w jakiś wspólny, zadziwiają...

Lucca, Bolonia, podróże

Obraz
Lucca. Miasto w cieniu toskańskich faworytów. Nie równa się ze Sieną, nie równa nawet z Pizą. A co dopiero z Florencją-  to inna kategoria. Tkwi dumna, niewielka, o mniej oczywistej urodzie, jak perła ukryta na dnie oceanu.  Lucca położona jest u stóp gór. Mapa mówi na nie – Alpy Apuańskie. Mieszkańcy Lucchi chyba nazwali je górami lukkańskimi, colline lucchesi . Monte Pizzorne oddziela Lukkę od Massy Maritimy, Carrary, Pietrasanty z ich marmurowymi kamieniołami.  Monte Serra- od Pizy, która jak magnez ściąga, mniej zasłużenie, wszystkich turystów. Te góry wyznaczają oddrębne terytorium. Spływającą ku miastu obręczą odgradzają ją od morza, opasają łagodnymi stokami zwróconymi na południe. Wracam tu po raz kolejny.  Niespodziewanie, w sprawach zawodowych. Dobrze to brzmi: sprawy zawodowe, które ściągają mnie o świcie w niedzielny poranek do Toskanii!  Uśmiecham się do własnych myśli.  Jest siódma rano, miasto europejskie, z którego przyleciałam ...

Lipiec w Polsce

Obraz
fot. Justyna Napiórkowska Justyna Napiórkowska www.osztuce.blogspot.com

Historie z Grand Sablon

Obraz
Kupiłam kiedyś na targu staroci przy Grand Sablon pewne zdjęcie. 10 x 6 cm, pożółkły papier, cena 1 euro. Fotografia w kolorach sepii, zamglona jak Nałęczów późną porą, po deszczu. Na fotografii dwójka dzieci, w wystylizowanych pozach. Już sobie wyobrażam jak musiały się skupiać na moment błysku lampy. Fotograf pewnie miał długi surdut i stosownie sumiaste wąsy. Pochylał się pod kątem prostym, chowając głowę pod kurtyną wizjera. Kazał im  wciągnąć powietrze i  nie ruszać się . Tyle domysłów. Pewne jest tylko to, że zdjęcie wykonano w atelier przy Chaussée de Haecht w Brukseli, o czym świadczy opis. Pewnie ponad sto lat temu. Najpierw myślałam, że na zdjęciu są dwie dziewczynki, albo co najmniej rodzeństwo. Spodobało mi się to, skojarzyło ze mną i z moją siostrą. Dwie różne osoby, choć z tej samej gliny. Niesamowita wieź. Relacje bliskie, nawet jeśli jesteśmy daleko. Czasem łagodne jak rzeka Iłżanka, czasem jak szybka, czerwcowa burza. Zawsze dużo emocji. Siostrzanej mił...

Kraków

Obraz
...tylko chwila, przesiadka, stop over...jednym słowem- ułamek dnia w Krakowie. Ale jaki cudowny! Przedłużam to uczucie nową książką. Zasiliła moją bibliotekę, pozwoliła znów przekroczyć limity bagażu kabinowego w Ryanairze...Dział Cracoviana..."Kraków - to jest wielka rzecz" Stanisława Dziedzica. Dobrze się czyta. Książka jak tygiel: historii, narracji, cytatów. Zachwyt nad miastem, rozbudowane zadziwienie przełożone na język tekstu. Pierwszy pociąg z Warszawy mi uciekł. Drugi - pozwolił na siebie zaczekać. W przedziale jechał jeszcze pasażer z laptopem i wieloma komórkami. Przez drogę aż do pierwszych małopolskich pomarszczeń terenu załatwiał ważne interesy. Dałabym głowę, że jadę w przeciwnym kierunku, ale wtedy poświęciłabym się za stereotyp Krakowa jako miasta spokojnego, niespiesznego, zorientowanego bardziej na refleksję, a nie działanie. A przecież Kraków jest też niebywale pragmatyczny, współczesny. W Krakowie, przy krótkim pobycie mam szlak dość oczywisty. ...

Podróż do Lucchi- Giuseppe del Debbio

Obraz
W naszej galerii w Brukseli stoi niewielka rzeźba.  Brąz, akt stojącej dziewczyny. 15 kg heroicznie przewiezione przeze mnie samolotem. Sygnowana przez Giuseppe del Debbio,  jednego z moich ulubionych rzeźbiarzy współczesnych. Artystę poznałam kilka lat temu, przy okazji współorganizowanej wystawy Florencka Plejada.  Spotkanie z rodziną Giuseppe del Debbio miałam niespodziewane. Zadzwoniłam o poranku, z informacją, że jestem w Toskanii. Po południu już siedzieliśmy razem przy stole, z cudowną rodziną, w nieziemskim otoczeniu gajów oliwnych, na zboczach gól luccheńskich. W zagłębiu piękna. Dom i pracownia Bebbe del Debbio jest jak ze snów. Trzeba wspinać się pod górę, aż do kamiennego domu z legendarnym biforium. Budynki  wyrastają prosto z ziemi, pośród szpalerów cyprysów. Z okien, tuż  obok widać XI wieczny kościół. Jego proboszcz podobno gorszył się na widok rzeźby w brązie, przeciągającej się dziewczyny w akcie, stojącej w ogrodzie rzeźbiar...

Florencja

Obraz
Florencja. Są takie miejsca, po odwiedzeniu których trzeba chwilę okrzepnąć. Odetchnąć od tego cudownego przepychu, nadmiaru tego, co piękne, doskonałe. Po raz pierwszy, dwa tygodnie temu we Florencji, doświadczyłam syndromu Stendhala. Między salą z Botticellim, a pokojem Leonarda. Zawroty głowy, dziwne osłabienie. Myślałam, że to tylko legenda, licencia poetica fantazjujących przewodników, a tu- definicyjny syndrom Stendhala. Dopada mnie, przyzwyczajoną do oglądania obrazów. Chwilę wytchnienia znalazłam naprzeciw Tryptyku Portinarich Hugo van der Goesa. Na malarzy Północy zawsze można liczyć, znaleźć dosłownie chwilę ochłody, po gorączce oglądania obrazów mistrzów włoskich. Przez pięć nocy po powrocie śniły mi się florenckie ulice, mosty, obrazy. Nie spodziewałam się tego po sobie. Podświadomość zrobiła mi niespodziankę. Pierwszej nocy chodziłam po nieistniejących florenckich mostach. Innej oglądałam nieistniejące freski Fra Angelico. Ostatniej wąskimi schodami, bez z...

Piza

Obraz
Piza. Wylądowałam późną nocą. Lot miał opóźniony start. Trzy razy nas liczono, bo było o jedną osobę za dużo. Wszyscy siedzieliśmy struchlali, z biletami, z kartami pokładowymi, legalnie, ale lekko zagrożeni tą nadliczbą. Kalkulowano, rachowano, analizowano, a i tak po dłuższym czasie problem rozwiązał się sam. Nieporozumienie, techniczna pomyłka. W samolocie prawie sami Pizańczycy. Nic typowego w ich twarzach. Miasto prawie portowe, może dlatego. We Florencji wszyscy od pokoleń trwają w swojej niecce, nabierają rysów, są typowi i wyciosani jak Grek z wyspy. A tu Pizańczycy, którzy podbijali morzami ćwierć Europy, miksowali swoje geny, nurzali się w europejskim tyglu. Przynajmniej przez historyczną chwilę, mniej więcej wtedy, gdy miasto święciło architektoniczne triumfy, a Pizańscy rycerze uczestniczyli we wszystkich krucjatach świata. Kamieniarze i murarze budowali kościoły, rzeźbiarze ambony, rzadziej malarze freski. Wieczór dość chłodny, ale powietrze tu jest już ta...

Co widziałam w Maastricht

Obraz
...na razie tylko kilka słów: Maastricht leży na trójkącie holenderskiej ziemi miedzy granicą z Niemcami i Belgią. Kanoniczne Niderlandy- płasko, panoramicznie i dużo tulipanów. To miejsce sygnowania europejskiego traktatu, ale i tymczasowy artystyczny sezam. Niewiele z pozoru zapowiada skarby, które tu można zobaczyć. Po chwili dowiaduję się, że Maastricht jest bodaj najstarszym miastem Holandii. W deszczu jest ograniczenie ponętne, ale trwające tu targi sztuki Tefaf wszystko rekompensują. Relacja- za kilka ( naście?) godzin. Tymczasem pozdrowienia z baronem od Tamary Łempickiej! Obiecane uzupełnienie - w punktach, bo w pośpiechu... 1. Tefaf w Maastricht - to legendarne wydarzenie dla świata sztuki. Tefaf to targi, ale odwiedzając je nie można w najmniejszy sposób odczuć, że wokół dzieje się coś komercyjnego. Tefaf to przenośne muzeum, alecałe na ...dyskretną sprzedaż; to tu można zobaczyć najlepsze dawne malarstwo, niekiedy po raz pierwszy wydobyte z prywatnych kolekcji; 2. ...

Werona

Obraz
Przez ostatni tydzień byłam nagrodzona przez los. Między innymi podróżą przez włoski region Veneto. Ten, którego serce bije w Weronie. Mieście położonym w dolinie Adygi, rzeki spływającej z gór, a tu o szerokich meandrach, której wody powolnie płyną do Adriatyku. Nie będę tu pisać zbyt dużo o słynnych kochankach z Werony, bo zmonopolizowaliby opowieść. A Szekspir podobno nawet nie był w mieście. Gdyby je odwiedził, może miałby pokusę, żeby napisać powieść, a nie sztukę teatralną, bo didaskalia nie mogą pomieścić niezobowiązującego czaru miejsca.   Werona jest miastem cudownym. W cieniu wielkiej siostry, Serenissimy . Z cudownymi balkonami, weneckimi biforiami,  z pinakoteką wypełnioną Madonnami z Dzieciątkiem. Z fasadami dekorowanymi sgrafitto i polichromiami. Z kościołami o ścianach pokrytych freskami, w których nad formą prymat miał kolor, jak w Wenecji. Żaden z artystów nie zdobył tu jednak prymatu. A najzdolniejszy, największy Veronese- wyjechał z miasta, do Wene...