Moje Delft
Poniedziałki zazwyczaj uderzają w człowieka listą imperatywów. Kalendarz zaczyna skrzypieć, w głowie kłębią się zadania. Telefon dzwoni, świat wzywa. Taki jest mój poniedziałek. Pozornie spokojnie, w wielkomiejskiej orbicie, w centrum stolicy Europy Środkowo- Wschodniej. A mi przyszło planować kolejną podróż. Krótką, ale dość daleką, intensywną i pracowitą. W ciągu najbliższych dni zobaczę cztery, może pięć miast. Każde o randze metropolii. O nazwie magicznej, której każda zgłoska mieści w sobie historię, ludzi, budynki. Wszystko nieobjęte. Inspirujące. Ciekawe. Oczywiście, cieszę się. Ale także zastanawiam: co ze mną z tych miast pozostanie? Może nic, bo niewzruszony zegar sprawi, że pewne wrażenia zostaną zawieszone w powietrzu, zatrzaśnięte w tej chwili, gdy migną mi w oczach. Nie opadną na ziemię, nie spadnie na nie deszcz, nie przykryje ich kurz, nie wypuszczą korzeni, by potem życiodajnie wzrastać. Udręki człowieka współczesnego. Spiesznego. Pędzącego....