22 mar 2017

Lekcja uważności w Gemäldegalerie


W wydanym jakiś czas temu mini-albumie berlińskiej Gemäldegalerie z popularnej serii Muzea świata, ten obraz został pominięty. Nie uwzględniono go także na liście najważniejszych obiektów z kolekcji na muzealnej stronie internetowej.

Nic dziwnego, w blasku Botticellego, van Eycka, Caravaggia z tamtejszej galerii malarstwa, aura tego maleńkiego obrazu rozbłyskuje światłem jakby przyćmionym.

Jest taki dyskretny. Tak wyciszony.

Dziewczyna z portretu pozostaje dość nieznana. Jak za pajęczyną czasu, który nie pozwala nic pewnego o niej powiedzieć. Spowita krakelurą porcelanowa twarz, w labiryncie berlińskiego muzeum, w którym można tak łatwo o niej zapomnieć.

Można o niej zapomnieć, gdy tylko omamią nas w kolejnych salach cudowne iluzje z "Madonny w kościele" Jana van Eycka, zagęszczone roślinne girlandy wokół Marii z Dzieciątkiem Botticellego czy prowokacyjny uśmiech Amora u Caravaggia.

Nazywano ją podobno Nefretete. Nazywano berlińską Moną Lizą. Jednak jej status jest niewspółmiernie niższy. Nie stała się ikoną z mianowania. Co prawda, o jej istnieniu wie wielu, wielu jest nią zadziwionych, wielu zaintrygowanych, ale także wielu ma wciąż szansę zobaczyć ją po raz pierwszy. I być może minąć obojętnie, jak wiele obrazów zamkniętych za powłoką tajemnicy.

To obraz uwięziony w swojej ciszy. Uporczywe milczenie modelki nie dotyczy tylko tej chwili oddanej w portrecie, ale, jak sobie wyobrażam, trwało także przez wszystkie godziny pozowania, a teraz z łatwością obejmuje także odbiorcę.

Nie wiemy o niej prawie nic. Stała się po prostu tytułową młodą kobietą, o nieznanym imieniu, o tożsamości wynikłej tylko ze spekulacji. Może była panną Talbot, a może panią Talbot. Cóż to zmienia? Cóż zmieni poznanie jej nazwiska, jeśli i tak najbardziej intryguje pewien brak symetrii w jej twarzy, to lekko skośnie ułożenie oka?

To prowokacyjna niedoskonałość, która każe patrzeć uważniej.

Mogłaby to być anonimowa twarz, taka jakiej nie zauważa się w tłumie. Jeśli jednak już ją zauważymy, to wracamy wzrokiem, wciąż zerkamy, jakbyśmy chcieli w końcu rozwikłać tajemnicę tej nieregularności. Przyglądamy się ukradkiem, uważając by obserwowana osoba tego nie zauważyła. Czy nie tak?

Przekorne dzieje sprawiają, że ten obraz pod pewnym względem jest historycznie pierwszy. Po raz pierwszy bowiem właśnie w tym obrazie sportretowana postać umieszczona jest w konkretnym wnętrzu. Dziś pozbawiona konkretności modelka w konkretnym wnętrzu z bardzo konkretną, drewnianą lamperią.

Autor obrazu został rozpoznany w XIX wieku dzięki inskrypcji na nieistniejącej już ramie. "PETR XPI"- "Petrus Christophori". Skojarzono go ze wspominanym w "Żywotach..." Vasariego Pietro Christa, flamandzkim malarzem, który zachwycił między innymi Medicich.
Petrus, malarz, który przejął po śmierci van Eycka w 1441 roku jego pracownię wypełnił czas malarskiego interregnum w Brugii, zanim przybył do niej ze swojego niemieckiego miasta w 1465 roku kolejny geniusz, Hans Memling.

Ale i Petrus Christus, autor, któremu historycy z czasem przypisywali kolejne dzieła, dziś uważany jest za mistrza. Dość wspomnieć Św. Eligiusza z nowojorskiego MET, z tym kantorem złotnika, gdzie w ustawionym w rogu lustrze odbijają się zaciekawieni przechodnie w purpurach, a strój pary przy ważącym kruszec Eligiuszu świadczy o całym tekstylnym prospetity miasta.




Na berlińskim portrecie precyzyjne didaskalia są zestawione z tajemnicą, którą na ten obraz naniósł czas.

Ten obraz również w tajemniczy sposób mi o sobie przypominał. Trzy lata temu znalazł się na mojej facebookowej "ścianie". Rok temu, w marcu, oglądałam go w Berlinie. Teraz pokazała go aplikacja eksploatująca wspomnienia z Facebooka.

Swoją drogą, ta aplikacja- to kolejne ułatwienie dla celebrowania zainteresowania samym sobą. Opowiadamy o sobie teraz, za pomocą selfie. Opowiadamy o sobie kiedyś- za pomocą podpowiadanych przez portal wspomnień. Opowiadamy o sobie w przyszłości, która pewnie nie nadejdzie nigdy - w "nametestach". Ot, tworzymy epikryzę przeskalowanego ego. Albo profil behawioralny, w którym w naiwnej wierze we własną osobowość tak naprawdę jesteśmy tylko marketingowym łupem.

A tymczasem tak ciekawie jest przyglądać się innym. Na przykład tej introwertycznej, młodej damie.

Dobrze jest przed tym obrazem trochę pomilczeć.

Ta dziewczyna z obrazu Petrusa Christusa daje lekcję patrzenia. Lekcję uważności i wyciszenia.
Czarna panna, o cerze białej i błyszczącej jak parafina.
Muza z gabinetu figur woskowych. Triumfująca mistrzyni powściągliwości.





Justyna Napiórkowska

7 mar 2017

Słowo i obraz- Tatarak Andrzeja Wajdy


6 marca- urodziny Andrzeja Wajdy. Te byłyby 91...

Niespełna pół roku temu miałam razem z moją mamą niezwykłą okazję spotkać pana Andrzeja Wajdę. Nie zapomnę momentu na progu Jego domu, po zakończonej, inspirującej rozmowie.

Padło wówczas zdanie o filmie, który jeszcze nie powstał. Nastała wtedy taka "przepastna" chwila, ułamek sekundy, w którym mieści się wiele. A w powietrzu zawisła raczej wątpliwość...poczucie, że mówimy o filmie, który jednak już nie powstanie.

Takie smutne przeczucia kojarzą mi się nieodzownie z jednym z najważniejszych dla mnie filmów Wajdy.
Z "Tatarakiem".  Przeczucia, za które człowiek chciałby od razu siebie zbesztać. Ale to nic nie da.



Tamto spotkanie dotyczyło profesora Eugeniusza Eibischa, artysty, który był rektorem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w czasie, gdy Wajda tam studiował. Relacja między profesorem a ówczesnym studentem, jak się okazało odległa, mieszcząca się tylko w formalnych zależnościach uczelnianych- była trudna i bardzo ciekawa.

Młody Wajda wówczas buntował się wówczas przeciwko Eibischowi, koloryście, wychodząc z założenia, że po wojnie nie można już malować tak jak kiedyś. Artystyczna postawa Eibischa była co najmniej złożona...Być może w jego kolorystycznym zapamiętaniu i tym krytykowanym przez młodych malowaniu martwych natur i kwiatów była też próba udawania, że nic się nie zdarzyło przez ostatnie lata? Przecież czas wojny musiał być dla niego bardzo traumatyczny, gdy, wróciwszy z Paryża w 1939 roku do Krakowa, przez okres okupacji ukrywał swoją żonę, piękną Żydówkę, Franciszkę. Suche słowo "ukrywał", to które znam z urywkowych opowieści, musiało mieścić w sobie wiele strachu, przerażenia, poczucia ostateczności... Może ta wojenna trauma odbiła się późniejszym pomijaniem w twórczości Eibischa wojny, jakby się nie wydarzyła? Znam właściwie tylko jeden obraz, w którym pojawia się wojenne pokłosie, przedstawiający Korczaka w pasiaku...

Jak usłyszałam, tych wojennych losów profesora nie znał Andrzej Wajda, ani jego rówieśnicy- na przykład przyjaciel Andrzej Wróblewski, gdy buntowali się przeciw władzom uczelni, pisząc i publikując krytyczny dla Eibischa list otwarty na łamach pewnego pisma.
Prawo buntu, prawo młodości...Prawo młodych zranionych wojną, prawo do szukania swojego sposobu na opowieść o świecie, który nie jest dobry.

Wczorajszy wieczór spędziłam na lekturze króciutkiego opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, Tatarak. Chciałam sprawdzić co będzie miało większą moc- słowa, czy obrazy?

To była bardzo ważna lektura. Zazwyczaj przed zobaczeniem filmowych adaptacji i ekranizacji literatry, próbuję najpierw sięgnąć do źródła. Nie zawsze się to udawało, i przed zobaczeniem filmowego "Tataraku" opowiadania Iwaszkiewicza nie czytałam.

To znakomite opowiadanie.
Jego ekranizacja- w kontekście znajomości tekstu- jest dla mnie także doskonała.

To połączenie tekstu i obrazu jest wg mnie niebywale spójne.

Czytając słowa Iwaszkiewicza widziałam Andrzeja Wajdę, który w jednej z pierwszych scen filmu rozciera w palcach pasmo tataraku...Słyszałam głos Krystyny Jandy w pustym pokoju z Hoppera. Widziałam marmurowo-blade ciało młodego aktora o twarzy, jaką opisywał pisarz.

Te obrazy zawładnęły tekstem.

Po kilkukrotnym zobaczeniu filmu i po spóźnionej lekturze mogę powiedzieć, że tekst oddycha obrazami Wajdy, a film czerpie z psychologicznych opisów u Iwaszkiewicza. Bez straty dla żadnej ze stron.

Być może Iwaszkiewicz jest tym autorem, który nie celebruje słów, nie pochyla się nad ich brzemieniem i samoistnym znaczeniem, lecz po mistrzowsku wprzęga je w zadania narracji, tak, że stają się -"d o s ł o w n i e"- obrazami.

Andrzej Wajda zrobił z tekstu mistrzowski użytek. Reżyser klasyk, w tym filmie tak nowatorski, zresztą, za wyznaczenie nowej ścieżki rozwoju w kinie otrzymał za "Tatarak" na Berlinale nagrodę im. Alfreda Bauera.

Tekst i film.

Słowo, tak doskonale ponownie ubrane w obraz,  którego przecież musiało się wywodzić.

Obraz - film, pachnący jak tatarak. Materializujący wszystko co niematerialne: przemijanie, strach w podwodnych odmętach, umykający czas.

Tekst i film. A w nich: życie i śmierć. Pełne, konkretnie opowiedziane. W króciutkim opowiadaniu. I w wersji pełnometrażowej.

Justyna Napiórkowska

W Instytucie Polskim w Brukseli trwa przegląd filmów Andrzeja Wajdy:
http://culturepolonaise.eu/3,3,758,fr,Retrospective_Andrzej_Wajda

5 mar 2017

Blask Włoch, cienie naszych czasów. Mantua i Brescia

Mantua, Camera degli Sposi

Skorzystałam z wolnego czasu w pracy.
W ciągu dwóch dni odwiedziłam dwa, a właściwie trzy miasta. Wszystkie położone w Lombardii, gdzieś w orbicie Mediolanu.

Zadziwia mnie ten region. Gdy przejeżdżam go na przełaj, góry pojawiają się i znikają, na rzecz równiny, o której jedyne co słuszne można powiedzieć, to trywialne, że jest płaska jak stół. Mam wrażenie, że określenie „dolina Padu” trochę wprowadza w błąd, bo zakłada, że rzekę okala coś więcej, a tymczasem ona płynie jakby stanowiła tylko kanał do drenażu uprawnych ziem. Jest jak rysa wydrążona w gładkiej ziemi, od chłodnych źródeł do ujścia w pobliżu Wenecji, gdy rozwidleniami delty łączy się z Adriatykiem .

Gdzieś daleko, na horyzoncie niekiedy pojawiają się góry wysokie. Majestatyczne i odległe. Ich wierzchołki bielą się w oddali, lukrowane lodem, przyprószone śniegiem.

We włoskich miastach zawsze zaciekawiają mnie lokalni bohaterowie. Na terenie całych Włoch można oczywiście znaleźć tych wspólnych, postawionych na pomnikach przy placach Republiki całego kraju rzeczników zjednoczenia.
Ale w ich sąsiedztwie, na freskach, w rzeźbach i wystawnych grobowcach rezydują też  bohaterowie lokalni.
I tak się przewrotnie tu składa, że niekiedy będąc bohaterami w jednym z miast muszą siłą rzeczy stać się wrogami w sąsiadującym, innym mieście.

Ta cicha anarchia ma zatem wymiar podwójny- historyczny i geograficzny.
Historyczni wrogowie jakiś czas temu, decyzją potomków zostali ( skutecznie bądź nie) pogodzeni. Nie wypada już tak bardzo pielęgnować dawnych animozji.
Drugi, wymiar jest geograficzny, bo w nim realizuje się zszywanie tego kraju, gdzie każdy pochodzi ze swojego miasta, borgo, a nawet bardziej precyzyjnie z konkretnego contade. Widziałam to kiedyś podczas słynnego, szaleńczego wyścigu Palio w Sienie, gdzie jeźdźcy pędzą konno, na oklep, po głównym brukowanym placu miasta. Pędzą na chwałę swojej dzielnicy, maleńkiej cząstki miasta, w konkurencji, w której stawką z łatwością może być co najmniej kalectwo ( nie mam co do tego wątpliwości patrząc na trasę, zagiętą pod kątem prostym wzdłuż okalających plac budynków. Przy tych zakrętach tylko odrobinę zwalniają i podczas, gdy można jeszcze zrozumieć szaleństwo jeźdźców wabionych chwałą, trudniej zrozumieć konie, pędzące tak opętańczo, bez strachu, wśród roześmianej i radosnej publiczności.)

A więc postaci na obrazach i pomnikach sąsiadujących miast niekiedy opowiadają zupełnie sprzeczne historie. W zależności od miejsca opowieści są bohaterami lub zdrajcami. Wszystko w słowach, w narracji.

Może zatem oni się jeszcze do końca nie zjednoczyli? Może to tu trzeba szukać źródeł kryzysu, nie tylko włoskiego, ale też europejskiego, o którym szumią wszyscy? Może niegdyś to ta rywalizacja z sąsiadami sprawiała, że wszystko kwitło, jak w wioskach, gdzie gospodynie rywalizują o tytuł najpiękniejszego ogródka. Tymczasem teraz wobec pozornej wspólnoty zewsząd wyzierają objawy dekadencji.

Władze lombardzkich miast pewnie w nieprzejednany sposób stawiały sąsiadom wymagające warunki handlowe. Po germańsku, na tych terenach Longobardów, organizowali składy zboża, jak te na wzgórzu zamkowym Brescii, okalanym solidnymi murami obronnymi. Składy zboża, na wzgórzu, za grubymi murami. Skomplikowana logistyka. Bardzo mnie to zastanowiło.

Ciekawe są te mury, okalające siedziby na wzgórzach, wokół których lokowano miasta. Przecież od północy widać ten solidny, pofalowany mur Alp. Naturalna granica i ochrona. Ta stroma ściana mrozów, tak trudna do przebycia, tak rozdzielająca światy, że nawet w tej dziedzinie, która wydaje się najłatwiej transferowalna, w sztuce, rozróżnia się do dziś to, co na Północ od Alp i to, co na Południe.

Przeciw komu zatem budowano w miasteczkach półwyspu te umocnienia? Chyba najbardziej przeciw najbliższym sąsiadom. Tym, którzy chcieli naszemu władztwu uszczknąć fragment naszej miedzy i przypisać ją administracyjnie do siebie.

Pamiętam tę opowieść usłyszaną od Toskańczyka, GD, że odkąd w bitwie pod Montaperti siły sieneńskie pokonały Florentczyków, relacje nie układają się najlepiej. Bitwa pod Montaperti, 1260 rok!

Podróż zaczełam od Bergamo, a potem pojechałam do Mantui.

To miasto, do którego przyjechałam po raz drugi. Scenariusz zupełnie nieprzewidywanie powtórzył się z poprzedniego pobytu.

Gdy wieczorny pociąg dojeżdżał do stacji, gdy zwalniał, nagle zgasły wszystkie światła. Przez kilka chwil (które oczywiście rozciągnęły się nieproporcjonalnie w porównaniu do wszystkich innych chwil, gdy nie wydarzyło się nic specjalnego) panowała zupełna ciemność, w której można było zobaczyć tylko poruszające, czarne sylwety współpasażerów.
Z tych zgaszonych świateł w dojeżdżającym do stacji pociągu na szczęście nic złego nie wynikło. Było może jak ta chwila w teatrze, zanim kurtyna się podniesie, a światła rozświetlą, dając jasną informację, że oto jesteśmy co prawda wciąż w tych samych fotelach dla publiczności, ale już w zupełnie innym świecie. Po chwili rozświetliły się światła, ja wysiadłam, a Mantua ukazała się podobnie jak przed kilku dobrych laty w swojej dość brzydkiej formie. Okolice dworca nie sugerują ukrytego wewnątrz miasta piękna. W barze- prowadzonym przez przybyszów z Chin- pustki. Budynki szare, z szarymi szybami. Na wąskim chodniku przemykają przechodnie.

Mantua zajaśniała dzięki Gonzagom. I to dla nich tam przyjechałam. Stworzyli jeden z najsłynniejszych dworów Europy, z potężnym mecenatem artystycznym, który na przestrzeni stuleci ściągnął tu m.in. Mantegnę, ale także Rubensa.

Mam wrażenie, że całkiem przypadkiem trafiłam nie tylko do tego samego hotelu naprzeciw stacji, gdzie zatrzymałam się już kilka lat wcześniej, ale nawet do tego samego pokoju, gdzie na ścianie wisiała i wisi duża fotografia przedstawiająca Mantuę wieczorem. Widnieje na niej powtarzane we wszystkich przewodnikach zdanie renesansowego włoskiego poety, Torquato Tasso, że piękno tego miasta warte jest tego, by przebyć choćby tysiąc mil. Co więcej, to zdanie pozostaje tak samo aktualne: wtedy, gdy napisał je blisko pół tysiąca lat temu autor, a także także dla mnie, zarówno, gdy przeczytałam je na tym plakacie po raz pierwszy, jak i teraz, przy drugiej wizycie, w tym samym mieście, w tym samym hotelu, kto wie, może w tym samym pokoju.

Przyjechałam tu dla Andrei Mantegni, dla jego fresków. Chciałam też zobaczyć jego dom sprzed 500 lat. Studiolo Izabeli d`Este, która tak próbowała namówić Leonarda da Vinci, malującego portret Cecylii Gallerani, ten z gronostajem, by zgodził się sportretować także i ją, najpotężniejszą kobietę swojej epoki. On zaś robił uniki... i powstał tylko rysunek.

Zobaczyłam też bazylikę Sant'Andrei, arcydzieło renesansu znane z czarno-białych reprodukcji w dawnych podręcznikach historii sztuki. Jest tak renesansowo doskonały, w układzie stworzonym przez Leona Battistę Albertiego. W bodaj pierwszej kaplicy po lewej stronie, po przejściu zaciemnionego portyku znajdziemy się naprzeciw niewielkiej, prawie filigranowej, a znów renesansowo idealnej kaplicy, gdzie Mantegna - zgodnie ze swoją wolą- został pochowany. Dziś można spojrzeć na nią przez grube kraty.

Spędziłam długie godziny w zimnym zamku Gonzagów, w wymyślnym domu o chłodnych murach i wilgotnym powietrzu. Jest potężny... Nie zapamiętałam z entuzjazmem wyliczanych przez kasjera sal, z których się składa. To tak naprawdę patchwork pałaców, dobudówek, korytarzy, dziedzińców. Świadectwo rozrastających się ambicji.

Chciałam zobaczyć oczywiście przede wszystkim Camera Picta, inaczej zwaną Camera degli Sposi, gdzie wśród namalowanych motywów jest rodzina Gonzagów w do końca nie zinterpretowanej scenie. Postaci oddane z tak dużą siłą iluzji, o twarzach tak konkretnych. Towarzyszą im ulubione psy, takie, jakich wiele zobaczę następnego dnia w czasie joggingu po ulicach Brescii. Nieco wyżej, przez iluzjonistyczny oculus namalowany na sklepieniu- do środka zaglądają z ciekawością m.in. amorki, w symboliczny sposób łącząc to co ziemskie ze strefą nieba.

Camera degli Sposi to odrębna opowieść. Spędziłam w niej więcej czasu, niż przysługujące turystom piętnaście minut, wracałam chyba dwukrotnie, próbując wniknąć w magię tego przedstawienia, osadzonego w tak konkretnej chwili, jak migawka fotograficzna oddającego moment.

Brescia, Duomo Nuovo, fot. JN


Z Mantui chciałam pojechać do Pavii, albo do Cremony (po drodze jeszcze pewna drobna przygoda*). Nie miałam zadań i obowiązków i mogłam wsiąść do dowolnego pociągu. W ostatniej chwili zmieniłam zatem zdanie i zdecydowałam się na dzień w Brescii. Znałam to miasto jedynie z nazwy, która padła w przypadkowej rozmowie, z dziewczyną z Polski spotkaną wiele lat temu w pociągu, gdy ona- jak i ja- jechała na studia. Pociąg z Wiednia wiózł mnie do Florencji, ona wysiadła może w Mediolanie? Nie pamiętam, ale zaintrygowanie pozostało: Brescia? Cóż to za miasto?

Otóż to drugie co do wielkości miasto Lombardii. Mały Rzym, jak syntetycznie bywa nazywane.

Wieczorem, gdy przyjechałam wydawało mi się się niezwykle czyste, uporządkowane.
Rano, gdy operowało mocne słońce, miałam wrażenie, że z niewiadomych przyczyn właśnie tu słoneczne światło układa na budynkach i ulicach w bardzo równe, geometryczne kwartały. Pas światła, pas cienia.

To samo zobaczyłam później na głównym placu miasta.

Brescia/ fot.jn (widok z okna B&B AI MUSEI)


Spektakle światła w Brescii są rzeczywiście niezwykłe. Pierwszy zobaczyłam o poranku, przez niewielkie, nisko ustawione nad podłogą okno w pokoju BB, w którym się zatrzymałam. Budynek zbudowano na pozostałościach ( gruzach? ruinach? murach?) rzymskiej bazyliki, mój pokój mieścił się na poddaszu…Stare mury...może dlatego spałam tu snem sprawiedliwego, nieprzerwanym, może tylko na chwilę, by spojrzeć przez okno i zobaczyć, że potężna kopuła Duomo jest oświetlona przez całą noc i także o trzeciej w nocy wyłania się jak biała porcelana znad ciemnych dachów miasta.

Usłyszałam od właściciela pensjonatu, że ta kopuła jest trzecią co do wielkości, po florenckiej i mediolańskiej. Właściciel wymienił jeszcze miejsca, które powinnam zobaczyć, z tym entuzjazmem, z jakim Włosi lubią mówić o swoich miastach.

Gdy chodziłam po Brescii, oficjalnie jeszcze zimą, pogoda zachowywała się tak, jakby zdecydowanie była to już wiosna.

Do głównego placu miasta w ciągu dnia dotarłam kilka razy. Doprowadziły mnie tam różne drogi, z północy, południa, ze wschodu...

Niegdyś nazywał się Piazza del Duomo, przemianowany za sprawą papieża Paolo VI, który urodził się gdzieś w rejonie tego miasta.

Wielkością przypomina odrobinę prostokąty placów rzymskich- Piazza Navona czy - jeszcze bardziej - mój ulubiony Campo di Fiori. Wczesną wiosną słońce przechodzi po nim tak trochę smugami, jak po rozstawionym na środku zegarze, wschód-zachód. A może się mylę.
Widziałam też Kapitol, część miasta antyczną, przypominającą rzymskie Forum. Zadziwiające, tu na północy Włoch.

Tu, w Brescii  można mówić o jednoczeniu przeszłości z przyszłością. O zamazywaniu anarchii. Wszystko tu doskonale zintegrowano. Minione z nowym. Pragmatyzm z malowniczością.
Przy głównym placu miasta, "ramię w ramię", w zorganizowanym szpalerze stoją budynki świeckie i religijne.

Od południa z potężną fasadą obecnego Duomo, nazywanego pewnie od XVII wieku Nowym (a także letnim), sąsiaduje stare Duomo- wcześniejsza katedra, zwana ivernale (zimową), w formie romańskiej rotundy.

Znamy wiele sąsiadujących ze sobą kościołów. Postawione ściana przy ścianie, jak dotykające się ramionami warszawska katedra św Jana i kościół Jezuitów o białej fasadzie. W Krakowie kościół św Piotra i Pawła, tuż obok bielonych romańskich stalagmitów wieży romańskiej kościoła św. Andrzeja (gdzie wewnątrz tak skutecznie wszystko zbarokizowano, że okładka zupełnie nie pasuje do treści).

A tu nowa, XVII-wieczna katedra z trzecią co do wielkości kopułą Włoch stoi tuż obok starej, romańskiej katedry. To za sprawą chyba tutejszej solidności budowlanej. Wstrząsy tej sejsmicznej ziemi nie zniszczyły budynków, a chęć okazałości ( i zasobność finansowa) kazała mimo wszystko wybudować nowy, imponujący budynek.

Po drugiej stronie placu- w niebo wżyna się kamienna wieża. Czytam w internecie, że ma 54 metry. Jej kamienie pamiętają trzęsienie ziemi, może wtedy zgrzytały, odłamki kamieni może padały na bruk, ale ustała niezmieniona, nie dodając grozy do wydarzeń, gdy wówczas w XI wieku i tak zginęło 20000 ludzi. Nie bez przyczyny zatem podziwiano jej wytrzymałość. W nieodległej Cremonie, tej, do której chciałam początkowo pojechać, stoi dwukrotnie wyższa wieża. Pokaz możliwości, przesuwanie skali w tych włoskich miastach. Dawne Manhattany, z ustawionymi pionowo drabinami do nieba. 104 metry- to już dla mnie groza. Żałuję, że i tym razem Cremona pozostanie dla mnie tylko nazwą, ale już teraz w wyobraźni nieodzownie wpina się z niej w niebo ta niezobaczona wieża.

Moc sztuki często wyrasta z niespełnionych marzeń, z konkurowania na sny.
Piękne mieli Gonzagowie w Mantui. Wielkie marzenia towarzyszyły mieszkańcom Brescii...coraz bardziej ambitne śniły się mieszkańcom Cremony,

Czas biegnie szybko, moje trzy włoskie dni także dobiegają końca. Planując podróż do Bergamo i na lotnisko, siedzę na schodach przed nowszą katedrą i spoglądam na plac Paolo VI.

Z tego popołudnia chciałabym zapamiętać grupkę studentów. Siedzą obok, na schodach w promieniach słońca, popijając coś z plastikowych kubeczków. Robią selfie, pozdrawiają parę przejeżdżającą na rowerze, z roześmianą blondynką akrobatycznie stojącą na bagażniku i przytrzymującą się ramion chłopaka. W grupie na schodach jedna z dziewczyn ma na głowie wieniec laurowy z czerwonymi kwiatami. Świętuje obronę dyplomu. Tu wieńce laurowe są dla uniwersyteckich laureati.

Słońce przesuwa się, wchodząc na kolejne stopnie schodów, na których i ja siedzę. Powoli cień nachodzi także i na mnie cień, przynosząc od razu chłód.

Po nasyceniu się blaskiem Włoch, po poczuciu słonecznego szczęścia, powrót do Warszawy, która też zaskakuje choćby tymczasową, choćby złudną, ale jednak wiosną!


Justyna Napiórkowska

27 lut 2017

Bergamo. Giovanni Bellini, piękno, które zbawia.



Bergamo. Moje ukochane, kamienne miasto. Dumnie nazywane małą Wenecją, choć nie ma w nim żadnych kanałów. Zamiast lazuru laguny okala je szarość kamieni, diadem murów na wypiętrzonym gdzieś w centrum Lombardii wzgórzu. 

Jestem tu po raz kolejny i coraz wyraźniej czuję, że to miasto lubię bezwarunkowo. Byłam tu jesienią i zimą, w deszczu, słońcu i we mgle, szczęśliwa zupełnie i potencjalnie, radosna i odrobinę smutna, zmęczona i wypoczęta. 
I zawsze to miasto w sposób doskonały wyrównuje dla mnie amplitudy.

Dziś chodziłam ulicami, po których biegały karnawałowo przebrane dzieci. Tutejszy bruk i różnobarwne kamienie, którymi wyłożone są ważniejsze place pokrywało barwne confetti. Kolorowa rzęsa confetti unosiła się także na wodzie w tutejszych fontannach. 

Na niebie przesuwały się bezkształtne chmury, a miasto spowijał filtr szarości, w którym wszystko stało się tak wyraźne.

Dzień gwarny i zwyczajny. Tak inny od nocy, w która byłam tu poprzednim razem, i z której pamiętam tylko ciszę i niepokojące cienie. Tym razem Bergamo jest w pełnym sztafażu, w porze dnia, która pozwala na harmider. 

Lubię podróżować we własnym rytmie. Iść za spontanicznymi pomysłami. Śledzić cienie i wędrować w stronę prześwitów, które przyciągną uwagę. Porozmawiać ze sprzedawcą róż z Bangladeszu, który mówi mi o swoim życiu i nie ma w jego oczach ani śladu, który kazałby w takim wypadku podchodzić z dystansem. Nie wierzyć obcemu, któremu na koniec uścisnę rękę, bardzo drobną i szczupłą, dłoń, która pamięta niedożywienie z dzieciństwa, i który na koniec przekaże mi różę, z prośbą, żeby ją zanieść do sąsiadującego kościoła Santa Maria Maggiore. To tuż obok katedry i jest tam ołtarz, z którego spogląda święty Roch w zielonych rajtuzach, z psem u stóp. 

To w tym kościele ściany są obwieszone gobelinami, pochodzącymi może z Brugii, może z Antwerpii. Tylko na fragmentach murów jaśnieją radosnymi kolorami freski.
Całe sklepienie i górną partię pokrywa jak dla mnie zbyt bogate zdobienie, stiuki i złocenia, jakiś zmasowany horror vacui, piękny i straszny, a tu będący bardzo kontrastowym tłem dla średniowiecznego krucyfiksu. Na belce tęczowej zawieszony jest wizerunek Chrystusa o poranionym ciele, niebywale szczupłego, gdzie wychudzone żebra i ślady ran rzucają cienie widoczne nawet z tej odległości. A w tle ten karnawał kolorów, girland, festonów. 
  
W takiej samodzielnej podróży jest łatwo o rozmowy, które coś znaczą. I nie mam tu na myśli tylko zabawnego przypadku wczorajszego wieczoru, gdy siedząc przy kawie rozmawiałam przez telefon z przyjaciółką z Polski, mówiłyśmy o wszystkim i niczym, wspominając wspólny pobyt w  tej samej trattorii sprzed dwóch bodaj lat. Blanka wówczas rzuciła, że właśnie dziś w Bergamo, w turnieju tenisowym zwyciężył młody, ambitny tenisista z Polski, więc mogę go spotkać. I gdy jeszcze to mówiła (choć nie mamy zwyczaju rozmawiać o turniejach tenisowych ani zwycięstwach polskich tenisistów), do trattorii wszedł ów tenisista, początkowo przeze mnie nie rozpoznany, bo wątpliwości budziła broda :).  

Mam na myśli rozmowy takie jak z panem, który o poranku ustawiał coś i porządkował przed swoją posesją, i gdy przechodząc powiedziałam do niego, że tu tak pięknie, on z dumą odparł, że w słoneczne dni z tego panoramicznego tarasu spod Porta San Giacomo w Bergamo Alta można zobaczyć nawet Piacenzę, miasto odległe o kilkadziesiąt kilometrów.

Tymczasem przed moimi oczyma była Lombardia w znacznie mniejszej orbicie. Jej krańce rozpływały się w blasku poranku, wśród mgieł i różów. Poniżej rozpościerało się nowe miasto usłane prostymi, kubistycznymi płachtami czerwonych dachów. Tylko w kilku miejscach ponad ten równy pejzaż wyrastały wieże kościołów, jak ten przy ulicy Jana XXIII, gdzie na samym czubku, gdzieś zdecydowanie bliżej nieba stał święty patron. Taka lokalna maniera, wysunąć kilka punktów nad horyzont i tam postawić tych, którzy mieliby być łącznikami między niebem a ziemią. Jak w wycelowanych w niebo rakietach. 


Poniedziałek w Bergamo to dzień, gdy (w przeciwieństwie do innych miejsc) otwartych jest wiele muzeów. Ja chciałam zobaczyć Accademia Carrara. Kolekcję obrazów oglądałam już kiedyś, gdy w czasie remontu muzealnego budynku w Bergamo Basso, czyli mieście dolnym wystawiano ją czasowo w Palazzo Podesta na górze. 

Wówczas obrazy były w ciemności, w potężnej i chłodnej sali, wywieszone na ścianach i rozstawione na sztalugach.

Tym razem mogę je zobaczyć w nowym i pustym muzeum. Dobrze, że torebkę trzeba zostawić w szatni; wychodzę z niej tylko z kluczykiem, biletem i aparatem fotograficznym.

Zobaczyłam m.in. Mantegnę, Madonnę z Dzieciątkiem, które w przeciwieństwie do większości innych dzieciątek jest skrzywione, płaczące. Na marginesie, widać, że wyżynają mu się dwa przednie zęby, może to taki konkretny ból z procesu wzrostu sprzed pół tysiąca lat pozwolił Mantegni tak precyzyjnie oddać skrzywioną buzię dziecka? Obok- łagodna i nieporuszona Madonna.

Oglądałam przepiękne Ofiarowanie w świątyni dość nieznanego Michele Colteliniego z Ferrary, przecudną i efemeryczną Madonnę z Dzieciątkiem Neroccio di Bartlolomeo  de' Landi. 
Oglądałam dziwnego Chrystusa Botticellego i zjawiskową, obsypaną złotem kolejną Madonnę z Dzieciątkiem Carlo Crivellego.

Chciałam jednak zobaczyć tu przede wszystkim Giovanniego Belliniego, ten jeden obraz, o którym już kiedyś pisałam, Madonnę w niebieskim maforium, za pulpitem z czerwonego marmuru, z prawie nagim dzieciątkiem, pod którego krągłe ciało podłożony na marmurze jest fragment tkaniny, by chronić od zimna kamienia.
Maria- tak piękna, tak łagodna, tak niezwykła. 

Przyglądałam się jej twarzy, przyglądałam płóciennej bordiurze, przyglądałam drewnianemu podłożu wyłaniającemu się spod splotów płótna z boku. 
Patrzyłam na delikatne wygięcie, któremu to wiekowe drewno poddał czas. 

Podchodziłam blisko, bardzo blisko. Widziałam każde pęknięcie na powierzchni obrazu. Fotografowałam bez opamiętania.

Teraz już wiem, że jedna rysa krakelury przebiega nad prawym okiem Madonny, przecinając brew. Druga zarysowuje środek twarzy, biegnąc cienką nitką przez nos i usta. 

Patrzę na to, przyglądam się jak czas próbuje nadwyrężyć arcydzieło. 

Korniki. Spękania. Draśnięcia.

I znów czuję jak intuicyjnie puzzle mojej podróży, zupełnie nieświadomie składają się w obraz, który chciałam osiągnąć. 

Podświadomie zmęczona wszystkimi niepokojami świata. Poruszona przykładami niszczenia dziedzictwa kulturowego, gdzieś na kresach Europy. Sfatygowana społecznymi niezgodami i politycznym zamętem. Powoli zobojętniała na wojny, które przecież wciąż się toczą. Przestraszona widmem terroryzmu, które od 13 listopada 2015 jest ze mną bezgłośne wszędzie, na zatłoczonych dworcach, na tarasach paryskich kawiarni i w stacjach metra, w końcu na brukselskim lotnisku (gdzie nie ma już tej rzeźby, która stała tam przez tyle lat, bo mimo że spiżowa, to rok temu ta marcowa eksplozja gwoździ i śrutu zdołała ją zniszczyć).

Zmęczona upadkiem cywilizacji, który teraz zewsząd wyziera.

Spędziłam dwa ostatnie dni wśród piękna włoskich Dolomitów, i o tym rozmawialiśmy ze znajomymi z Brukseli: Polakami, Francuzem, Włoszką, Hiszpanami, w glorii gór i w euforii narciarstwa…

Niosąc te podskórne troski, często w codzienności zupełnie nieświadomie, nie chcę dopuścić do chwili, gdy strach przemieni się w zwątpienie. Nie chcę się poddać, bo to, co upada, to fragment moich marzeń, mojej Europy, mojego świata i moich wartości.

I wtedy jadę do Włoch. Otaczać się wielkim pięknem, budowanym tu przez stulecia. Dziś przyprószonym smutkiem i rozczarowaniem Włochów, powtarzających niemal w każdej rozmowie, że w tym kraju nie da się żyć. 

Ale zawsze, gdy zaczynam z nimi rozmawiać o pięknie ich miast i miasteczek, widzę jak te potargane codziennością twarze rozjaśniają się.

I wtedy nabieram właśnie tego przekonania, że piękno nas jednak zbawi. Choćby było szarpane jak łódka na wzburzonych wodach, zbawi nas.


Tę przyjemną nadzieję dają nam malarze. Dają nam poeci.

Przekonanie staje się pewnością, gdy namówiona przez siostrę do zrobienia sobie jakiejś przyjemności zaglądam do księgarni i tam kupuję wiersze Szymborskiej w wersji dwujęzycznej.

Wiele razy podchodziłam do tej książki, ale wcześniej odkładałam.

Być może kupuję ją teraz, bo przypomina mi także znajomego sprzed wielu lat, o którym niestety usłyszałam znów ostatnio. Wówczas, przed kilkunastu laty był młodym, włoskim aktorem. Szliśmy z nim pewnego razu, może w czerwcu, może we wrześniu przez Rzym, do Instytutu Polskiego, ulicą wzdłuż Tybru, a on mówił jak bardzo lubi tę poetkę, i pytał jak wymawiać jej nazwisko, gdy za chwilę będzie recytował wiersze…
Być może chcę czytać te wiersze teraz także po włosku, bo dowiedziałam się, w sumie zupełnie przypadkiem, że ów aktor, którego wiersze Szymborskiej tak zachwycały nigdy ich już nie wyrecytuje...odszedł, zniszczony okrutną chorobą. 

Teraz otwieram tom na przypadkowej stronie. A tam: 
"Vermeer".
Dopóki ta kobieta z Rijksmuseum
w namalowanej ciszy i skupieniu
mleko z dzbanka do miski
dzień po dniu przelewa,
nie zasługuje Świat
na koniec świata.

Choć także na twarzy Madonny Belliniego w Bergamo są te wszystkie spękania, to ten świat nie zasługuje na koniec.

PS. Napisane w pociągu do Mantui. Po drodze nazwy działające na wyobraźnie...Zdjęcia ( więcej) i ewentualne literówki- potem...

Justyna Napiórkowska

17 lut 2017

Egon Schiele




Historia sztuki bywa dziedziną okrutną. Z obowiązku chirurgicznie oddziela emocje malarza od jego dzieła. Skalpel nauki szuka porządku, chronologii, logiki rozwoju sztuki. Artysta ma być wyłącznie ich możliwie zneutralizowanym nośnikiem.

Przyznaję, że nigdy tego nie lubiłam i wciąż nie lubię. Chętniej próbuję zszywać rozprute więzi i dostrzec w obrazach wyłożone przede mną, widzem, lustro, Stendhalowskie "zwierciadło".

Chcę zrozumieć nie tylko "jak", ale i "dlaczego". Mieć czarno na białym- "madame Bovary to ja".
Patrzeć na artystę wyłożonego przed widzem jak głowa Jana Chrzciciela na tacy, na tym jasnym i potwornym ołtarzu sztuki, na którym ci wielcy, wybitni od zawsze się poświęcali.

W przypadku Egona Schiele wolałabym, żeby było odwrotnie.

Chciałabym oderwać jego twórczość od życia.
Oglądać obrazy i rysunki neutralnie, na zimno. Okiem zdystansowanego badacza.

Tak dobrze byłoby uzdrowić Egona z jego fobii, oczyścić z niszczycielskiego szaleństwa i wierzyć, że nadal te rysunki, o takiej mocy byłyby możliwe.Chciałabym widzieć dzieła, które zrodziły się, owszem, z potrzeby tworzenia, z tej niezbadanej, czerpanej z tajemnych źródeł mocy, ale bez bólu. Uwierzyć naiwnie, że czerpał z owych niepokojących, ciemnych głębin, a potem, odkładając ołówek, papier, zamykał szkicownik i żył, pełną, radosną piersią.
Że było życie i sztuka. Oddzielne: sfera bytu i jego przetworzony na chłodno obraz.

Z pewnością jednak takie rozdzielenie u Egona Schiele nie było możliwe. A może nie zdążyło tak być.

Naturalnie, te prace nie pozwalają na podejście bez emocji. Nie pozwala na to ta rozedrgana, poszarpana, dramatyczna kreska. Nie pozwalają te poruszone w spazmach, konwulsyjnie posplatane ciała. Nie pozwala ta obyczajowa śmiałość, erotyczna ekspozycja. W końcu to egocentryczne skupienie się na sobie, w dziesiątkach autoportretów.

Ciekawe było jego życie. Ciekawe- to nienajlepsze słowo. Ogólnie ta tkanka losów buntownika nie mieści się w opisach. Zrobiono z niego enfant terrible, szaleńca, propagatora pornografii...
Przeciw czemu był buntownikiem?
Myślę, że jego bunt należał do tego gatunku tragicznych buntów, z których się nie wyrasta. Nie był to bunt przeciwko życiu- przecież w tych pracach jest tyle żaru i witalności, w jej erotycznej odmianie. Nie był to też bunt przeciwko śmierci, bo Schiele zdawał się ją nawet jakoś aprobować. Był to bunt przeciwko życiu  o r a z  śmierci, przeciw temu, że stanowią byty powiązane, rewers i awers tej samej karty.

Urodził się w czasie, który niejako zobowiązywał do dekadencji, do egzaltacji, do nadmiaru egocentryzmu, który u niego poskutkował tak gęstą od emocji, choć niezwykle syntetyczną linią stylistyczną.




Egon Schiele, 1914


Życie miał krótkie, zaledwie 28-letnie, ale bardzo pełne. Nawet jego znana z fotografii twarz wskazuje, jakby był znacznie starszy i przeszedł znacznie więcej. Od choroby ojca, przeprowadzki do Wiednia, przez pierwszą nieszczęśliwą miłość, której ślady odkryli badacze dopiero teraz, potem pragnienie zostania artystą, przez czas studiów na Akademii, okres rosnącej chwały, gdy był protegowanym Gustawa Klimta, wówczas najbardziej znaczącego artysty, aż po czas, gdy oswobodził się zarówno spod wpływu Akademii, jak i Klimta.

Fantastyczne musiały być te tygodnie, gdy z młodziutką Willy, niegdyś modelką Klimta stworzyli dwuosobową kolonię. Najpierw gdzieś w Krumau (obecnie czeska Krmlova, skąd pochodziła matka Egona), a potem w podwiedeńskim Neugelbach, gdzie budzili obyczajowy skandal, co zresztą skończyło się tragicznie: oskarżeniami o pornografię, o nękanie młodocianych, coś, co dziś zahaczałoby pewnie o pedofilię. Oskarżenia w znacznej części były nieprawdziwe, jednak przyniosły trzy tygodnie w więzieniu, potem proces.
Co czuł Egon, gdy sędzia spalił jeden z jego rysunków?

Willy, 1912

Wiezienie było doświadczeniem traumatycznym, w którym ratunek niosła Egonowi Willy. Ta sama, którą potem "zdradził", porzucając wraz z nią życie bohemy i wnikając w świat mieszczański. W 1915 roku poślubił Edith, córkę sąsiadów,  a wraz z tymi małżeńskimi więzami przyjął chyba pojedyncze zasady owego mieszczańskiego środowiska, którego stał się częścią. Uspokoił tematykę swoich prac, rezygnował z najśmielszych scen, do których pozowały mu modelki. Rysem tragicznym była jednak rozpacz, która dotknęła go, gdy dowiedział się o śmierci Willy, która nadeszła w 1917 roku, gdzieś w Dalmacji, w wojennej zawierusze.

Rok później Schiele namalował obraz, którego motyw miał się nigdy nie ziścić. Przedstawiał nagą rodzinę: jego, Edith i dziecko, wyłaniających się z ciemności, wśród skłębionych prześcieradeł.
Wkrótce bowiem hiszpańska grypa, której epidemia przechodziła przez Europę zabiła najpierw będącą w szóstym miesiącu ciąży Edith. Trzy dni później zmarł także Egon.

Zatem nie powiódł się ten ingres do stabilności mieszczańskiego życia.

"Wszystko co żyje, jest martwe." To jego słowa. A także te o byciu wiecznym dzieckiem.
Tak myślę. że splątywała się w nim ta naiwna wiara- w jakieś rodzinne szczęście, w domowy Eden i przejmujący strach o kruchości tych pragnień. Jak na tym obrazie, który miał nigdy się nie wydarzyć.

Chyba bez takich losów nie byłoby w pracach Egona Schiele ich autentyczności.

Jego kreska prowadzona na papierze, o zmiennej mocy, nie byłaby wędrówką, jak z Cerberem przez Styks. Nie dyktowałaby -wedle nasilenia, wedle nacisku ołówka na papier - proporcji strachu i nadziei. Nie byłaby taka totalna, wszechogarniająca.

Jest w tych pracach Eros i Thanatos. Dwa chyba najważniejsze motywy w sztuce. Z pewnością najważniejsze w twórczości Egona Schiele. Tak mocno splecione. Jak bluszcz zrośnięte.

Tak, te rysunki kojarzą mi się z bluszczem, z tymi chaszczami, które nie znają niesprzyjających warunków i chwytają się z niebywałą mocą pionowych ścian budynków. Wdrapują, wbrew grawitacji, teoretycznie ku niebu, ale zaślepiając wszystko wokół. Podnoszą dachówki, podważają rynny. Zmieniają to co ludzkie, podporządkowując sobie.
Wielkie, złoczynne siły natury.
Opętujące. Zniewalające. Niestrzeżone, po chwili okazują się tak trudne do okiełznania.

Tu tak precyzyjnie oddane na papierze.

Wiele lat temu widziałam wystawę Egona Schiele w Mediolanie. Nie jestem pewna, co wtedy z niej rozumiałam. Próbowałam ogarnąć wzrokiem każdy z rysunków, gęsto rozwieszonych w niewielkiej sali, nie pamiętam gdzie. Myślałam wtedy o biednym artyście, zamkniętym w więzieniu. Odrzuconym. Zmarłym tak młodo.

Te rysunki raz prowadzą w stronę życia, do utraty tchu, zmysłowego, fizycznego, dosłownego. Ale też tym bolesnym meandrem wiodą nieodmiennie do końca. Do krańca. Przez życie ku śmierci.
Z każdej strony są obszyte strachem, fastrygowane konkretnym ściegiem przemijania.
Są piękne, choć niestety bolesne.

Żal, wielki żal, ale tak musiało być.
Thanatos przejmował prowadzenie, być może między innymi dlatego, że Egon Schiele był najszczerszym dzieckiem swojej schyłkowej epoki.

Biedny.
Nie mógł po prostu zamknąć szkicownika, tylko niósł ten Weltschmertz przez swoje krótkie życie.

Autoportret



PS Od 22 lutego 2017 wystawa Egona Schiele w wiedeńskiej Albertinie. 

Justyna Napiórkowska

10 lut 2017

Powiśle, Powiśle



Ten fragment Warszawy jest wyjątkowy, choć może mogłabym powiedzieć to o każdej innej dzielnicy, która stała się moja.

Powiśle. Część miasta uszyta ze swojej zależności. Kiedyś portowa i fabryczna, dawna dzielnica ubogich i przepracowanych, rewir piaskarzy i rybaków. Na starych zdjęciach widać tutejszą odwieczną anarchię budowlaną. Obok wystawnych domostw liche kwatery robotnicze. Dzielnica od zawsze poddana "wyższemu" miastu tuż obok. Wyłożona jak barwny kobierzec na progu spokojnej rzeki.

Jest w pewnym sensie suteryną miasta. Przecinają ją wiadukty mostów, udające, że prawa i lewa strona Wisły stanowią wspólny krwiobieg.

Po dziesiątkach schodów można wkroczyć z jej nizinnych terenów na miejski salon, na piano nobile, wiaduktem Mostu Poniatowskiego, przez Aleje Jerozolimskie, przez Foksal, do Nowego Światu i Chmielnej, przez Tamkę do Świętokrzyskiej. A także kapryśnymi Oboźną i Karową albo dalej legendarną Bednarską, gdzie można usłyszeć strojenie instrumentów z okien szkół muzycznych... Ku Krakowskiemu Przedmieściu, albo wzdłuż Mariensztatu, koło kościoła św. Anny, który przecież osuwając się stał się kiedyś ofiarą skarpy tworzącej całą tutejszą malowniczość.

Każda nazwa niesie w sobie historię, każda mieści funkcję.

Powiśle, ta fabryka miasta, w której jeszcze sprzed lat pamiętam zapach czekolady, z zakładów chyba Wedla. Dziś błyszczą rozbite szyby starych budynków. Ceglana architektura przemysłu. Obok banery deweloperów.

Malownicza rdza tutejszych mostów przegląda się w przemywającej brzegi wodzie Wisły.

Ciekawią mnie jej ulice. Tworzą tu tak gęsta siatkę, dobrą do wieczornych spacerów. Leniwy Solec. Jednokierunkowa Smulikowskiego- czemu jest przełamana na pół, pod kątem prostym? Opuszczony przez pieszych dolny odcinek Tamki. Przedzielona mostem ulica 3 Maja, gdzie w jednym z budynków zachowały się podobno jesionowe, fornirowane windy, otwierane kluczem. Teraz jak przed wojną ich stare, odnawiane mechanizmy wożą mieszkańców, proszonych archaicznie o ciche zamykanie drzwi.

Ta dzielnica jest jak wielokrotnie cerowane ubranie. Niewielu już martwi się, by szew był niewidoczny i przez tutejsze ulice prześwitują te wszystkie wstawki i niedopasowania, gdzie różni się albo tkanina, albo wzór. Ikona postmodernistycznego myślenia. Eldorado warszawskiego melanżu.

Zastanawiam się, gdzie tu umieścić piaskarzy z obrazu Gierymskiego. Albo gdzie zabrzmiałby gwar ze Święta Trąbek, gdzie ten świat, którego nie ma.







Powiśle, kolorowy patchwork. Społeczna soczewka Warszawy. Źrenica miasta.

Gdzieniegdzie przetrwał jeszcze nawałnicę gentryfikacji zakład szewski albo naprawa zamków błyskawicznych. Obok rozsiewają się dziś umiarkowanie popularne lokale, ogrody, których właściciele zerwani z łańcuchów korporacji realizują swój sen. Gotują dawno zapomniane warzywa, celebrują sezony. Nie martwi ich brak obłożenia wszystkich stolików. Na parapetach cierpliwie ustawiają kwiatki. Przecierają kieliszki spoglądając w okno.

To tu są te jasne bulwary, wzdłuż Wisły, która na początku wiosny niekiedy trochę terroryzuje możliwymi podtopieniami, ale poza tym czasem spokojnie i majestatycznie płynie sobie jak dziś, gdy niesie cienkie, mleczne kożuchy kry na swoim miękkim kręgosłupie.

Lubię tutaj biegać. Trochę z żalem, że Centrum Kopernika przerywa moją arterię, że dalej nie pobiegnę wzdłuż rzeki i muszę wpuścić się w substancję miejską, by dotrzeć do Starówki, jeśli czas na to pozwala.

Biegnę o poranku i patrzę jak mostami nadjeżdżają wszystkie SKM-y, które użyźnią w ciągu dnia tę warszawską glebę.

Powiśle.

Dzielnica różnic. Dzielnica starych murów i aksamitnych apartamentowców. Miejsce dla graffiti z frustracją wyrzucającego to, co złe i marmurów celebrujących dzień dzisiejszy.

Podziemny charakter wzmagają mosty, pod których arkadami trzeba tu codziennie przechodzić. Można wtedy poczuć coś na kształt trwogi, gdy nagle, na górze przejedzie pociąg, dajmy na to z Gdańska albo Białegostoku.

Wtedy czuje się czym to miasto oddycha, zasilane wciąż nową tkanką.


Lubię chodzić ulicami Powiśla. Wzdłuż Solca albo przez te wszystkie nieuregulowane parki.
Na przykład ku warszawskiej Syrence, z podniesionym mieczem. Spiżowo-spokojnej. Nieruchomej i wytrwałej, postawionej na kawałku ziemi burzonej turbulencją...zbyt dużych ambicji, zbyt wielkich szans, które rozkładają na łopatki ledwie dyszącą, starą postać miasta.

Justyna Napiórkowska

Aleksander Gierymski, Święto trąbek, 1884, Muzeum Narodowe w Warszawie
Aleksander Gierymski, Piaskarze, 1887, Muzeum Narodowe w Warszawie
fot. Warszawa, Justyna Napiórkowska 

7 lut 2017

Rozdzielony dyptyk z Melun






Jest to być może najdziwniejszy obraz jaki znam. 
Najbardziej prowokacyjny.
Niektórzy twierdzą - i chyba słusznie- że jest po prostu bluźnierczy. 

Słynne prawe skrzydło dyptyku z Melun z 1450 roku autorstwa Jean Fouqueta.

Oficjalny tytuł tego obrazu to- naturalnie- Madonna z Dzieciątkiem wśród Aniołów.
Teoretycznie wszystko się zgadza. Tyle, że modelka pozująca do wizerunku owej Madonny była osobą - powiedzmy z przymrużeniem oka - z krwi i kości, co samo w sobie nie było niczym nadzwyczajnym,  ale jej tożsamość z mroków historii wydobywa głównie aspekt obyczajowy. 

Nie ma chyba drugiego przedstawienia, w którym mocno erotyzujący charakter skrywany byłby..."pod płaszczem" czy raczej w przebraniu Madonny.
Także te błyszczące, syntetyczne anioły nie pozwalają oddać się czysto religijnemu zawierzeniu. Niebieskie cherubiny symbolizują czystość i żywioł powietrza. Czerwone serafiny- miłość i ogień. Czy przypadkiem tylko serafiny przytrzymują tron? Niejako nie dopuszczając do "Królowej Nieba" cherubinów ?

Obecnie dwa skrzydła dyptyku znajdują się w odrębnych kolekcjach. 

Dobrze, że prawa część dyptyku z przedstawieniem Agnès Sorel jako Matki Boskiej znajduje się w Antwerpii.
Tam może się spokojnie wpisywać w realizowane znacznie przed narodzinami surrealizmu szaleństwo, którego chyba najwybitniejszym rzecznikiem był Hieronim Bosch. Jego tajemnicze wizje promieniowały z nieodległego s`Herotogenbosch, gdzie artysta urodził się i spędził prawie całe życie. A znacznie później mieli tworzyć w promieniu może stu kilometrów -które jak wiadomo dla szaleństwa nie są żadną odległością- m.in. James Ensor w Ostendzie,  Félicien Rops w Namur, czy współcześnie Jan Fabre właśnie w Antwerpii i Wim Delwoye w Gandawie...
  


Druga część dyptyku, zupełnie niewinne przedstawienie klęczącego Etienne Chevaliera- fundatora i królewskiego sekretarza, który polecany jest właśnie przez swojego patrona Matce Boskiej (albo po prostu sportretowanej...Agnès) znajduje się w berlińskiej Gemäldegalerie i raczej nie będzie mieć mocy zatrzymania Was na zbyt długą chwilę.
Zwłaszcza, że znajduje się w tej orbicie genialnych obrazów - bo przecież to tam jest Madonna w kościele Jana van Eycka (która tak ostatnio poruszyła mojego kolegę FB, że zapytał- jak on to zrobił...), Portret młodej kobiety (zatrzymanej przez Petrusa Christusa jak figura z wosku, w jakimś totalnym bezczasie (a przecież przypisanej nieodmiennie drugiej połowie XV wieku) i Amor Vincit Omnia Caravaggia, który mnie w sumie najmniej przekonuje, może przez swoją zbyt natarczywą tezę.



A zatem: oto Agnès Sorel jako Matka Boska z Dzieciątkiem ( tak!) z antwerpskiego muzeum.

Obraz wiąże się z dworem Karola VII, gdzie Agnès- jak można oględnie powiedzieć- zrobiła błyskawiczną karierę, zostając królewska metresą. 

Metresa- ładne słowo. Musiało mieścić w sobie sporo, a legendarnie piękna Agnès była chyba mistrzynią gatunku. (Na marginesie, mistrzostwo zakłada już sama etymologia słowa, od francuskiego maître. Jednocześnie nie pozwala to Agnès zaistnieć jako patronki feministek, bo niejako "zajaśniała" dzięki męskiemu patronatowi (czy jak kto woli mecenatowi, albo językiem współczesnym- sponsoringowi;).
Podobno w wydekoltowanych sukniach realizowała na miarę swojej epoki estetyczną rewolucję, obyczajowy paryski maj, jakieś pół wieku przed 1968...
Jak ładnie zapisał jeden z kronikarzy używając ponętnego słowa tétons - miała paradować po dworze z odkrytą piersią, co dobrze dokumentuje portret, będący kopią innego obrazu Fouqueta. 


W antwerpskim obrazie Jean Fouqueta widzę ją w jakiejś geometrycznej wersji. Sprowadzona do figur - trójkątów torsu i bioder, nachalnie regularnej krągłości piersi, która przetrwała chyba tylko we współczesnej postaci z gier komputerowych- w Larze Croft (i może jej realnej odtwórczyni, zapadającej w anoreksję Angeliny Jolie. Zresztą wywiązuje się po francusku  ładny dialog między nazwiskami Jolie i przydomkiem Agnes Sorel, zwanej od otrzymanych dóbr Dame de Beauté. Jolie- to po prostu ładna, a Beauté to już piękno...Ot, dodatkowa, trudna do osiągnięcia zmiana skali).

Więc cóż z tą odsłoniętą piersią? Autor, starając się trzymać religijnej wersji motywu nawiązywał oczywiście do wizerunków Virgo lactans. W tłumaczeniu dosłownym- dziewicy karmiącej. Powstawały takie obrazy, które w bardzo konkretny sposób ukazywały macierzyństwo Marii, a Dzieciątko, choć nastawione na sprawy ducha - musiało także być po prostu karmionym piersią niemowlęciem. 

O tym jak dawny to motyw niech wskazuje przedstawienie z rzymskich katakumb...


Tu jednak, u Agnès Sorel, choć była podobno matką trójki królewskich potomków, nie widzę nadwyżek macierzyńskiego ciepła. 
Rumiane dzieciątko siedzi poważne, na przytrzymywanej przez matkę szacie, na draperiach, które przypominają bardziej połamaną blachę, niż - jak się mówiło starodawnie- miękkość matczynego łona. 

Sztuka w renesansie szukała dobrego pretekstu do pokazania aktu. Na przykład u Cranacha, który przysłaniał ledwie woalem nagości Adama i Ewy. 

Tu jednak, u Jean Fouqueta chyba nie można uwierzyć w ów pretekst przedstawienia virgo latens- dziewicy karmiącej. Mówiąc obcesowo- ani dziewica, ani karmiąca. 
W sferze odczytywania symboli - sprawa jest bowiem jasna- karmić można było prawą piersią. Pierś lewa natomiast - uważana była za szatańską. W sumie to zabawne- ta mapa ciała, która sprawia, że strona prawa jest par excelence zbawiona, a lewa- potępiona. Cóż, ludzka miara dla spraw człowieka przerastających. 

Zatem, mimo wszystkich pozorów, sportretowana uporczywie nie staje się Madonną, do której swobodnie można wznosić modlitwy. 
Ja także uporczywie nie będę tytułować damy z obrazu Matką Boską z Dzieciątkiem. 

W sumie ten obraz jest tak zmysłowo sugestywny, że może spokojnie stać się motywem walentynkowym, unosząc śmiało konkurencję nabrzmiałych erotyką obrazów we współczesnym, rozerotyzowanym świecie.

Oczywiście jest też w jakiejś mierze świadectwem miłości nieszczęśliwej, bowiem jak mówią historyczne opisy, Agnès Sorel zmarła młodo, a opłakiwał ją najpewniej nie tylko król, ale i jego sekretarz, Etienne Chevalier...Ot, trochę obyczajowego smaku. Niech odrobiną dziegciu będą jeszcze ślady rtęci odkryte niedawno w jej badanych szczątkach...Czy była otruta?

Niech pozostanie po prostu porcelanową Agnès Sorel, zmysłową i piękną kochanką króla, a kto wie, może także jego sekretarza, Etienne Chevaliera, który -być może zamroczony utraconą miłością- zamówił ten dyptyk...dziś rozdzielony na dwie muzealne kolekcje.  

Niech Agnès niezmiennie zadziwia w tym antwerpskim muzeum, a Etienne Chevalier z drugiej, odległej części dyptyku niech w ciszy berlińskiego muzeum będzie nadal polecany gestem patrona nie do końca wiadomo komu...  

A dwa skrzydła niech pozostają rozdzielone, w Antwerpii i w Berlinie, w pokucie dla skrzydeł ołtarza.

Justyna Napiórkowska 

PS W Antwerpskim muzeum do 2019 roku trwa remont, jednak najważniejsze obiekty ze zbiorów można oglądać w innych lokalizacjach. 






2 lut 2017

Sztuka malowania autoportretu z hiacyntem


Na obrazie - Jacek Malczewski. Być może ubrany w swoją słynną, podszytą czerwienią pelerynę, w której widywano go na krakowskich Plantach, blisko Akademii.

Postawiony kołnierz. Czapka ( gamerka?) wspominająca zimę. W tle scenografia chochołów z nadzieją na wiosnę i chór faunów z obietnica natchnienia.


Czarny, śpiący pies, jak otyła tylda ułożona na piasku.


I ten hiacynt, trzymany pod ramieniem, jak książka. Jak zapowiedź. Jak opowieść.


Jeśli czytaliście kiedyś już moje teksty o Malczewskim, wiecie, że szczególnie lubię przyglądać się zawsze pejzażom w jego obrazach: są takie konkretne. do dziś nie zmienione. Na przykład te z Wielgiego, tam gdzie spędzał krótki, ale ważny moment na pograniczu dzieciństwa i młodości (a ja genetycznie ukierunkowana na to miejsce oglądałam kamienie i deski domu, gdzie urodziła się moja babcia...).


Tak, pejzaże niezmienione

W tej życiowej igraszce przynajmniej one mają szansę być stosunkowo stałe.

A portretowany? Oczywiście trzyma się swojego czasu w portrecie (w przeciwieństwie do choćby Doriana Graya), starzeje dyskretnie i godnie. Wnikliwie oddaje ten coraz dłuższy, coraz mroczniejszy cień, który się na niego zasadza.


Autoportrety zazwyczaj można poznać po wzroku utkwionym w widza. Wynikła z tego moc spojrzenia czerpie z bardzo pragmatycznych okoliczności: w końcu często malowano je patrząc w lustro.


Jak dużo można zobaczyć, gdy człowiek wpatruje się w siebie w lustrze...Przez dłuższą chwilę, niefunkcyjnie. Bez celu. W łazience, o poranku, albo wieczorem- po prostu spoglądając sobie w oczy. Albo w przelocie,  na przykład w windzie między piętrami, lub w odbiciu w szybie, przechodząc ulicą. Daleko od amoku selfie, który poda nam już twarz uładzoną, wyreżyserowaną na potrzeby świata.


Zwykle rzadkie są spotkania z własną twarzą. Malczewski jednak odbywał je nader często, częściej niż Dürer, Rembrandt czy Wyspiański...




Artysta spogląda zatem uważnie na nas (na siebie? ...w lusterku?), trzymając pod ramieniem wypięty ku niebu hiacynt.


Hiacynt, ta cudowna roślina, fenomen pory roku, która za chwilę nastanie.


Mocą kopuły, z której wyrasta, tej cebuli, która ma w swojej głębi ogromne zapasy, blado zielony sztylet przebija ziemię, podnosi liście i patyki (którymi bywa przykryty w swojej donicy) i wydobywa się po zimie zawsze w nieomylnym kierunku. 

Wczesnowiosenna rezurekcja. Ku światłu.

Jest jak gotyckie okno, z maswerkiem kwiatostanu.


Tu hiacynt pojawia się też jako odniesienie do imienia malarza. Wikipedia mówi:  "Jacek, Jacenty – imię męskie greckiego pochodzenia (gr. Ὑάκινθος Hyakinthos, hiacynt), od zlatynizowanej formy imienia Hiacynt (łac. Hyacinthus)." A dalej-  a jakże: informuje, że Hiacynt, ulubieniec Apollina został zabity dyskiem celowo rzuconym przez Zeusa.


Ulubieniec Apollina, jakby nie patrzeć- boga piękna- ginie - tak nieszczęśliwie, od dysku należącego do swego promotora.

Tego Apollina, który z wysokości Parnasu kapryśnie zsyłał natchnienie.

Los artysty... Radość tworzenia jest chyba zawsze podszyta straceńczym pytaniem "po co": "po co" czynić piękno w tym nietrwałym świecie, bo przecież ta mądra sekwencja, ars longa, vita brevis nie zawsze ma moc pokrzepienia. "Nic się nie pocieszy"*. 


Malczewski z hiacyntem. A zatem mierzy się w tym autoportrecie ze swoją definicją. Z imieniem, do którego aluzję skrywa ten kwiat. To przecież nasza pierwsza definicja, nadana przez rodziców. Zawsze coś musi zacząć nas definiować, a imię jest jednym z pierwszych...Niekiedy całe życie mija w cieniu tej pierwszej sugestii.


Czy imię Malczewskiego jest zatem zgodne z nim samym? Czy definicja nadana zgadza się ze stanem faktycznym? Czy to imię wypełni się jak wyrocznia?


Gdy Malczewski malował ten autoportret na początku XX wieku, pewnie się jeszcze nie domyślał, że pod koniec życia zacznie tracić wzrok...Że i jego dosięgnie ten rzucony dysk Apollina, gdzie śmierć najpierw ugodzi to, co było najważniejszą częścią jego życia. Czy może być gorsza końcówka dla malarza?


Być może nikt się nad tym nie zastanawiał. Może nie ma to znaczenia, takie dywagacje.


A jednak bardzo zastanowił mnie ten obraz własnie jako sposób opowiedzenia o sobie. Skonfrontowania własnej opowieści o sobie z tą, którą zna i powtarza świat.


Takie właśnie myśli towarzyszyły mi, gdy szłam przez krakowskie Planty, tam gdzie niegdyś chadzał w tej czarnej, podszytej czerwienią pelerynie Jacek Malczewski


A w głowie kołotało mi zdanie z "Wyrwanych stron" Czapskiego: "Nie chodzi o realizm czy antyrealizm, ale o prawdę”.


Otóż to. Liczy się prawda. W każdym autoportrecie, który tworzymy każdego dnia.


Justyna Napiórkowska


* Zbigniew Herbert
Jacek Malczewski, Autoportret z hiacyntem, 1902, Muzeum Narodowe w Poznaniu, kolekcja Raczyńskich

PS Pozdrowienia z selfie z hiacyntami, z trasy ku wiośnie ;) 




31 sty 2017

Jezioro Genewskie




Genewa. Piękno nad chmurami. Piękno pod chmurami. Miasto, o którym nie miałam żadnego pojęcia, poza płaszczem stereotypów. Płaszcz zrzucony, a Genewa objawiła się przede mną w kilku wersjach.

Kosmopolityczna, od dworca, przez tramwaje, po pół alfabetu akronimów, w których skrywają się organizacje międzynarodowe:  WTO, MOP, CERN, WIPO, WHO...

Na mnie największe wrażenie zrobiło jezioro, z tym pióropuszem wody wystrzeliwanym z potężną siłą z jego centrum, ale też z tą obietnicą bezy Mont Blanc, Białej Góry, na której wyłonienie tak oczekiwałam.

Przyjechałam do Genewy wczesnym popołudniem, prosto z Paryża. Było deszczowo. Na marginesie spotkań zawodowych udało mi się zmoknąć zarówno w brukowanych uliczkach starówki, jak i na esplanadach wiodących w dół, do jeziora.





Jezioro Genewskie jest jak miraż i fatamorgana. Wiem to na pewno, bo ten obraz, który zobaczyłam na zdjęciach i pocztówkach jest zupełnie inny od tego, który czekał na mnie o poranku, gdy deszcz nie mógł się zdecydować i niekiedy spływał strugami jak sznury, a niekiedy opadał z nieba lekką bryzą.

Jezioro Genewskie zapomniało tego dnia o swoich granicach, na horyzoncie wypływało gdzieś w niebo w niewyobrażalnej harmonii barw.

Tam, gdzieś chyba na zachodzie łączyło się z niebem. Bezbłędnie. Bezszwowo.

Zupełnie niewidocznie, niezauważalnie żywioły mieszały się, woda i powietrze łaczyły, a chmury roztapiały górskie masywy, które przecież gdzieś za tą szarą, zawieszoną w powietrzu emulsją musiały być, tuż obok.

Odsłaniały się tylko ich fragmenty, tylko na chwilę.


Kocham góry. Lubię oddychać ich powietrzem. Uwielbiam ich chłód, poważam ich kapryśność.

Lubię przyglądać się, gdy ich granie ranią błękit, a naiwne chmury opatrują te rany. Lubię patrzeć, jak nikną ich granice, gdy ziemia wdziera się w niebo, a niebo schodzi na ziemię.

Jest sprawą oczywistą, że tam też niekiedy rezyduje Bóg, i mój w którego wierzę, i wszyscy bogowie wszech czasów, ci z Akropolu i z innych świętych gór, objawiający się w upale lub w zimnie, ale raczej nie wtedy gdy ich się spodziewamy. Raczej w nieznane i w nieoczekiwane "czasem" Bóg coś cichutko szepnie, muśnie, przebłyśnie. Ale jest. Czasem w górach, czasem w dolinie. Czasem w rozmodleniu, a częściej w zwątpieniu.
Ale chyba raczej nie tam, gdzie przypudrowani przychodzimy na spotkanie, bo kimże w końcu jesteśmy, żeby wyznaczać panu Bogu terminy? ;)

A więc jezioro Genewskie mnie uwiodło, opętując tą pastelową gamą barw, której wcale się nie spodziewałam po tym kraju, znanym z organizacji, znanym z pragmatyzmu, znanym z praktycznego podejścia i wyrazistości. Jak czerwony krzyżyk na białym tle- chyba najbardziej rozpoznawalny emblemat ze scyzoryków, krowich dzwonków i czekoladek.

Gdy obudził mnie genewski poranek  po prostu musiałam iść pobiegać, 6 km, chciałam przebiec najpierw brzegiem, a potem wrócić miastem, ale nie, nie udało się, bo magnes, który ktoś gdzieś tam umieścił trzymał mnie na ścieżce, jak jeden z tych pociągów, które wytrwale suną po szynach i nie mają pomysłu, żeby zboczyć, jak tam w pracowni pewnego znajomego Szwajcara, gdzie pamiętam z dzieciństwa piwnicę ze skarbem- z pieczołowitością wybudowanym modelem kolejki, która w kółko, tą samą drogą, ale hipnotycznie przesuwała się powoli przed moimi oczami, przed oczami mojej siostry, a może i przed oczami Ralfa, wówczas zdecydowanie dorosłego, ówczesnymi kryteriami nawet starego znajomego rodziców, z którego śmiało, przy okrążeniach tej kolejki wychodziło dziecko.

Bo przecież chodzi o to, byśmy wszyscy na chwilę byli dziećmi. Proste. Nic więcej.

A wiec Jezioro Genewskie. Cud przyrody, cud świata. Szare, lazurowe, niebieskie. Zmienne.

O wodzie tak czystej, że staje się jakimś jordanem, który musi służyć czemuś więcej niż zwykłym kąpielom. O wodach poruszonych wartkim nurtem Rodanu.

W zwieńczeniu tej upuszczonej wśród gór plamy, gdzieś na horyzoncie, w słoneczne dni pojawia się ośnieżony szczyt Mont Blanc, ale oczywiście go nie zobaczyłam, postanowił się nie objawiać, bo przecież z pewnością nie jest też tak, że oto przyjeżdżamy, stajemy na esplanadzie i dostajemy całe, tak niewyobrażalne piękno: bierzcie to wszystko.

Trzeba pokory. Trzeba cierpliwości.

Ale myśl, że ten szczyt bieli się gdzieś za niewidocznym horyzontem to już bardzo dużo. Wiara że jest.
Wystarczy ją zastosować także do innej Obecności.
Bo wobec takiego piękna, przekonanie graniczy z pewnością. Jest. Bóg jest.


Justyna Napiórkowska

PS Jeśli za bardzo mnie uniosło, to uszczypnijcie, przywołajcie do porządku, ściągnijcie na dół, a ja opadnę spokojnie na dowolny bruk. Za dużo piękna, syndrom Stendhala doskwiera ;) 
PS 2 Pisane w samolocie, z takimi widokami:














30 sty 2017

Paryż. Miasto skojarzeń.

Paryż, Paryż. 
Spędziłam tu tylko chwilę. Moment wszyty między dwa pociągi, które przenoszą mnie z północy na południe, trochę trawersem, w sprawach zawodowych przez pół Europy.

Niepełna doba, ale Paryż dał mi wszystko czego po nim nie oczekiwałam. Jakby ktoś stanął przede mną i szybkim gestem odsłonił grubą kurtynę, powłokę miasta, która zazwyczaj nas w pierwszej chwili przyciąga, nie pozwalając dotrzeć do jego serca.

A więc tym razem wieża tylko mignęła mi z okien RER-u, tego podmiejskiego pociągu, który wiózł mnie ze spotkania na spotkanie. Luwr przesunął się nad moją głową w jedynce metra, a Tuilleries, Concordy i Champs-Elysées zostały nietknięte, tam gdzie są zawsze.

Pierwsza połowa dnia minęła na spotkaniach zawodowych, które niezauważalnie stały się ważnymi rozmowami. Potem miałam czas dla siebie.

Lubię znaleźć się w mieście takim jak Paryż (ale także Mediolan czy Rzym) na zaledwie kilkanaście godzin, bo każda z nich kwestionuje nośność czasu, mieści więcej niż powinna. Chcę to jeszcze zmaksymalizować, nie wiem, czy wolę wieczór paryski czy poranek, dlatego wieczorem długo chodzę po mieście, wracając ze spotkania ze znajomymi wysiadam dwie stacje wcześniej, żeby wyjść z tego podziemnego krwioobiegu, przejść górą, nad tymi katakumbami metra, w spokojnym, uśpionym Paryżu, bo taka jest teraz w styczniu większość dzielnic (oprócz tej jednej dyskoteki, o nazwie Discothéque, która podobno czeka (na mnie też?) 24 godziny na dobę, żeby podtrzymać miraż miasta, które nie śpi).

To miasto jednak śpi. Zasypia zatem rozrzedzającym się nurtem samochodów na jego ulicach, coraz mniej licznymi Paryżanami, którzy kryją się pod parasolami na jego trotuarach. Zasypia wygaszanymi światłami dzielnic, jak te w XVI dzielnicy, po 22, w większości już tonącej w ciemności.

A zatem Paryż śpi, a potem wstaje. Ja też wstałam z jego pierwszymi, porannymi mieszkańcami. Zakładam buty do biegania, w recepcji krótka rozmowa z bardzo paryską recepcjonistką, na której twarzy są fantastyczne konstelacje rudych piegów. Potwierdza, że dobrym pomysłem jest pobiegnięcie do Ogrodów Luksemburskich, zaledwie 15 minut stąd. Po drodze trochę zbaczam, idąc za tym co mnie przyciąga, zerkając od czasu do czasu na wystrzelony w niebo, rozświetlony na niebiesko wieżowiec Montparnsse`u, ten najbardziej natarczywy wtręt z całej paryskiej panoramy.  

Zatem biegnę, nie tylko dlatego, by nawdychać się tego powietrza, by poczuć zapach boulangerii o poranku i usłyszeć dźwięk tępo rzucanych na chodniki, wiązanych sznurkami kubików świeżych gazet przed kioskami. Nie tylko po to, by wymienić uśmiechy z kierowcą autobusu numer 93 i panią, która zamiata przed swoim sklepem. Wiem bowiem, że w biegu zobaczę więcej, niż gdybym tu przez tydzień z literą przewodnika zaliczała kolejne punkty. Gdy biegnę, jestem  w pełnej mobilizacji, łapię wzrokiem obrazy, okruchy, które zostaną i później jak z fragmentów potłuczonego  szkła złożą się w kolorową mozaikę, a kto wie może nawet w posklejane lustro, w którym zobaczę nie tylko Paryż, ale także siebie.

Tak, po to biegnę.

I wiem, że nie powinnam się dziwić, że choć nie znam dobrze akurat tej dzielnicy, to mylne labirynty ulic prowadza mnie tam, gdzie powinny, bym zdążyła jeszcze przed porannym pociągiem, który zacznie za chwilę spieszyć się przed wyjazdem na dość odległym Gare du Lyon, i ja także będę się podskórnie spieszyć, włączając sekundnik w telefonie w metrze, by sprawdzić czy na pewno zdążę, a jeszcze bardziej chwilę potem w tym  ludzkim korku  (tak!) który utworzył się na stacji Bercy, jeden przystanek od mojego dworca i 15 minut od mojego odjazdu, gdzie tłum ludzi przedzierał się przez przewężenie budowlane, tak idealne dla wszystkich terrorystów, których Bogu dzięki tu teraz nie ma, ale są gdzieś na ramieniu,  podszeptują o strachu gdzieś z tyłu naszych myśli. Przebijam się przez ten tłum,  wyprzedzam kogo mogę szarżując dziesiątkami „pardon” i „excusez-moi, je me depeche”…

A wiec przed tym pociągiem, o świcie, którego nawet przy wielkiej wyobraźni nie można nazwać bladym, bo ten świt jest jeszcze czarny, a rozjaśniać zacznie się dopiero około ósmej, więc przez to ciemne miasto świateł biegnę po siódmej rano i w tym biegu zahaczam o miejsca, które były i są mi tak drogie- Saint- Germain-des-Prés, Sciences Po, gdzie studiowałam, Musée de Cluny z jednorożcem, Cinema Le Champo, przy ulicy tego, który rozczytał hieroglify, tam gdzie w czerwonym, welurowym fotelu starego kina (dinozaura wśród multipleksów) oglądałam kiedyś Amélie. Potem podbiegam pod bramę 12, rue de la Sorbonne, ten wspaniały adres, gdzie przez ostatni miesiąc rocznego, paryskiego stypendium w PANie mieszkałam z wyrozumiałą współlokatorką w mieszkaniu o 12 metrach kwadratowych, a przy naszej ulicy stała (i stoi i stać będzie) Sorbona. A potem jeszcze biegnę wzdłuż ogrodów Luksemburskich, oczywiście zamkniętych o tej porze, ale przez których imponujące ogrodzenia można w biegu zobaczyć te wszystkie kamienne nimfy na piedestałach.

I kiedy tak biegłam, za azymut biorąc niebieską wieżę Montparnasse, intuicja (albo Bóg wie co ?) kazała mi skręcić w tę małą uliczkę, wyglądającą raczej jak impas, podejmując ryzyko, że za chwilę będę musiała zawrócić, mimo, że się spieszę, że przecież ten pociąg niedługo. Nie zawróciłam, a w zwieńczeniu ulicy czekało na mnie to, co miało czekać, nie zgodnie z moją wolą, albo planem, ani nie z topograficzną znajomością miasta, ale z tym przypadkiem, który w takich miejscach tak doskonale nas prowadzi.

Rue de Bara.

Ten adres, który powtarzał się wczoraj w mojej głowie.

Właśnie ten adres, nazwa uliczki, która okazała się bardzo krótka, jak jej nazwa, zaledwie kilkanaście numerów, właśnie tu mieści się także wąska kamienica pod numerem 3, dziś światła pogaszone, i to tu mieszkał Leopold Zborowski z żoną Anną i bywał może Modigliani, a na pewno Eugeniusz Eibisch i z pewnością jego przyjaciel, Chaim Soutine. Oni wszyscy, ci o których opowiadałam tyle razy słuchaczom w parlamencie europejskim i studentom, od Warszawy po Brukselę, a nawet Nowy Jork, gdzie przecież tłumaczyłam, że kobieta sportretowana przez Modiglianiego na pokazywanym w MoMA obrazie to właśnie Anna Zborowska.  

Właśnie, właśnie.

I oto właśnie te obecności zaprosiły mnie rankiem do siebie. Pod próg tego adresu, który był dla mnie bardziej mitem niż konkretem, bo nigdy się nie zastanawiałam, gdzie jest ta ulica, w tym mieście tysięcy ulic.
   
I wiem doskonale, że poprowadziła mnie tam ta sama siła, która dzień wcześniej późnym popołudniem, gdy wyszłam z hotelu planując bieg (nieskutecznie, bo wówczas nie udało się tego zrealizować) w kierunku Ogrodów Luksemburskich, ale z zamiarem wcześniejszego spaceru przez Cmentarz Montparnasse, który mieścił się dosłownie za ścianą mojego hotelu.

Poszłam zatem na cmentarz, który strona internetowa poświęcona turystyce rekomenduje triadą tagów:  "spacer, ogród, atrakcje", a dalej, że to tu spoczywa Ionesco, i Sarte, i obok Simone de Beauvoir, i Baudelaire i Brancusi, o którym wszyscy wiemy, że przyszedł do Paryża pieszo, na pewno za marzeniem. I Marguerite Duras, do której listy pisał przez lata młodszy o 30 lat asystent, który też leży teraz obok niej, i Maupassant…

Wiec idę, przechodzę przez bramę, idę tym kamiennym Styksem głównej alej i czuję jak rozpościera się we mnie żal, że nie znajdę tych wszystkich grobów, bo nie chcę iść z wyłożoną tu przy wyjściu drukowaną mapą, wolę iść swobodnie. Nie znajdę tych grobów, ale trudno, myślę. I wtedy właśnie zagaduje do mnie starszy pan, pytając czy się zgubiłam.

Odpowiadam trochę zgodnie z prawdą, a trochę niezgodnie, że nie. Nie zgubiłam się, idę prostą aleją, w XXI wieku, śmiało i pewnie, ale też tak, zgubiłam się, a może czasem nawet lubię się zgubić.

Pytam go czy może on się zgubił, czy jakoś pomóc. Pod ramieniem trzyma wydanie Jean d`Ormenssona w tej pięknej  i tak szacownej serii Gallimarda. Przed chwilą idąc z daleka zauważyłam, że zaglądał do tej książki. Ale teraz ją zamknął i rozmawia ze mną.

„Ja, proszę Pani, wkrótce tu będę rezydentem, więc znam to miejsce dobrze, bardzo dobrze.  Pokazać?” „Tak, bardzo chętnie”- odpowiadam i już wiem, jaki sens, poza wszystkimi powierzchownymi miał ten mój przyjazd do Paryża, że zaraz znów będzie odsłaniać się jakaś kotara, a obraz na chwilę się rozjaśni i stanie przez ułamek sekundy tak wyraźny i zrozumiały.

Idziemy więc razem przez cmentarz, mój rozmówca nieomylnie prowadzi mnie ścieżynkami do najdyskretniejszych grobów, bo takie są oczywiście groby ludzi najwybitniejszych, tych, których życie było już pomnikiem, więc po co jeszcze pośmiertnie, tak do znudzenia się powtarzać. Biała płyta Man Raya, którego prawdziwe imię było Emanuel, czego dowiaduję się właśnie tu, przy okazji czytając tę piękną, prawie niewidoczną inskrypcję „Unconcerned but not indifferent, z literówką grawera, a obok, pod medalionem czarną farbą, w wyżłobieniach – "together again" – gdzie pogrzebani są on i jego żona, której imienia nie pamiętam. Potem Julio Cortazar,  w grobie przykrytym listami i karteluszkami, ale także tymi rzuconymi biletami autobusowymi, które tak wiele osób zostawia tu na grobach (a którą to historię także poznaję, ale niestety zapominam, wśród tych wszystkich informacji, które tego dnia usłyszę). Idziemy dalej- Cesar, Ionseco, Jean Sebern, równie piękna jak nieszczęśliwa, naprawdę żyjąca do utraty tchu partnerka Belmondo, blondynka w marynarskiej bluzie; potem jeszcze twórca paryskiej Cinemateki, ocalający taśmy filmowe, z których zdjęcia tworzą teraz na jego grobie czarno-biały kolaż, i autor organów z Notre-Dame, które zagrzmią kilka godzin później, i Charles Baudelaire, na którego grobie jak stemple zostawione są pocałunki, ślady ust poruszonych czytelniczek, które najwyraźniej lubią różne kolory szminki. To tam, na tym grobie leży książka Rolanda Topora, wyłożona w ramach akcji publicznej wymiany książek- każdy może ją wypożyczyć, przeczytać i odłożyć gdzieś indziej- w autobusie, metrze albo parku. Rozmawiamy o Toporze, mówię, że był polskiego pochodzenia, na co twarz mojego rozmówcy znów się rozjaśnia, mówi "chodźmy" i bezbłędnym meandrem prowadzi mnie do grobu, na którego płycie wykonano płaskorzeźbę przedstawiającą wędrującego mężczyznę z walizką, która jakby rozpada się, a jej porwane płaty stają się ptakami.*** Grób Topora.

Idziemy dalej nic nie mówiąc, do grobu, na którego prosty granit położono kamienny krzyż. Na umieszczonej wyżej płycie prawie nie można przeczytać nazwiska, wymytego przez deszcz. Pochylam się, przyglądam literom.  



Chaim Soutine.

Tak, Chaim Soutine. Ten przyjaciel Eibischa, z którym dzielił pracownię i biedę, i nad którego życiem zastanawiałam się dużo, ale nigdy nie myślałam o jego grobie, nie zastanawiałam się gdzie jest.
Po prostu musieliśmy tu przyjść. Niezrozumiała siła. A może bardzo logiczna.

Wiec tu  leżą doczesne szczątki tego biednego Żyda, który przyjechał do miasta świateł gdzieś z szarości i biedy, z miejsca, które jest dzisiejszą Białorusią.

Pod płytą z krzyżem. A przecież nie zmienił nigdy wyznania, a obok nazwiska i zwiędłego fiołka wyłożono tu także zgodnie z żydowskim zwyczajem kilka kamyków, jako znak pamięci dla zmarłego…
I myślę wtedy o Madonnie wyrzeźbionej przez Żyda, Leo Lipschitza***** na wyspie Hebrydów, Holy Iona, o której tak cudownie pisał w 1963 roku Zbigniew Herbert, a ja przeczytałam zaledwie kilka dni temu.  Że oto ten krzyż, gdzieś na zapomnianym i niedostępnym krańcu jeśli nie świata, to chociaż Europy wyrzeźbił Żyd, który 
pozostał przy swojej wierze, po to, by „narody świata się porozumiewały”.

Soutine, ten równie wierny Żyd leży pod krzyżem być może dlatego, że kiedy umarł, w 1943, w opętanym przez nazistów Paryżu, to tylko ten krzyż mógł go przygarnąć pod płytę tego w końcu nieanonimowego, niezbiorowego grobu, na tym szacownym cmentarzu.

Ach, te zbiegi okoliczności. Te historie, które nas budują, tworząc tkankę z szeregu skojarzeń.

Jeśli jakieś dobre drogi będą nas prowadzić do takich znaków, to powiem za Herbertem:  „nie cała chyba nadzieja jest pogrzebana”.

Justyna Napiórkowska

PS
Pociąg dojechał. A teraz Genewa.
*
Dodam, że mój rozmówca okazał się wykładowcą Sorbony, gdzie przez 40 lat, do emerytury uczył historii. Wyszliśmy z cmentarza gdy dzwony we wszystkich jego bramach obwieściły czas zamknięcia.
**
W genewskiej księgarni do książki, która czytał. "Guide des égarés" Jean d`Ormessona, członka Akademii Francuskiej...Tytuł można tłumaczyć jako przewodnik błądzących ( zagubionych, błakających się...). Szukam dalej, i okazuje się, że jest zaczerpnięty z dzieła XII wiecznego żydowskiego filozofa,  Mojżesza Majmonidesa, który w swoim traktacie starał się pogodzić prawdy wiary z filozofią. Jak informuje francuska Wikipedia, pragnął zbudować zgodność świata prawd żydowskich z wartościami uniwersalnymi, dla uniwersalnej zgody. Czy to mogła być inna książka?
*** W kilku miejscach spotkałam się z powtarzanym cytatem Jean d`Ormessona:  "La légèreté est belle quand elle est alliée à la profondeur". Lekkość jest piękna, gdy towarzyszy jej głębia. 
**** Dopiero teraz zastanowiło mnie, dlaczego hotel, w którym zatrzymałam się nazywa się Arkadia. Czyżby rzeczywistość chciała do mnie mrugnąć okiem? 
*****Herbert pomylił się w imieniu- to był Jacques (Chaim Jakow), a nie Leo Lipschitz, a napis na tyle rzeźby, w języku francuskim brzmi:Jacob Lipchitz juif fidéle a la fonde ses ancêtres a fait cette vierge pour la bonne entente des hommes sur la terre afin que l'esprit régne.


Julien i Man Ray, "together again", "unconcerned but not indifferent", tu z małą literówką grawera


Julio Cortázar, urodzony w Brukseli, zmarł w Paryżu, pochowany z partnerką i żoną ( i nie była to jedna osoba).

Jean Seberg, z "Do utraty tchu"

Grób MargueDuras...i jej asystenta

Z grobu twórcy cinemateki, nazwiska nie pamiętam. Ocalający taśmy filmowe... 

Charles Baudelaire


Brancusi

Jean- Paul Sartre i Simone de Beauvoir


***Grób Rolanda Topora. To jednak nie ptaki wypadają z walizki.

Grób Chaima Soutine`a. Podobno wiele osób go szuka, ale nie znajduje...