15 sty 2017

Śmierć Marata Jacques-Louis Davida



Kilka dni temu, przeglądając jakiś album, zatrzymałam się na tym obrazie. Oczywiście znałam go i (odrobinę) pamiętałam z lekcji historii. Zawsze robił na mnie duże wrażenie. Uświadomiłam sobie jednak, że mimo, że oglądałam go tu, w Belgii, w Królewskich Muzeach Sztuki w Brukseli, to nigdy do końca z Brukselą go nie łączyłam. A także, że patrzyłam na niego dokładnie tak jak chciał tego autor. Zasadniczo - to wspaniała rzecz, taka zgodność twórcy i odbiorcy. Tym razem jednak w wersji Davida stawką jest historyczna prawda. Niekoniecznie w pełni oddana.  

"Smierć Marata" Jacques Louis Davida wystawiona jest w północnej galerii sztuki dawnej. Można dotrzeć do tego obrazu po zobaczeniu już wszystkich Boschów, Bruegli, Rubensów. To niespodziewanie duże płótno. Obraz jest dość matowy w porównaniu do wersji z reprodukcji. W sali, gdzie jest eksponowany ma niewątpliwie status arcydzieła.

I jest arcydziełem.

Kiedy myślę o tym muzeum, nie jest dla mnie nigdy pustą przestrzenią. Zaraz umiejscawiam w niej salę z van der Weydenem, wiem gdzie wisi "Upadek aniołów" z warsztatu Boscha, a także na której ścianie upada Ikar Bruegla. Tymczasem ten Jacques-Louis David samodzielnie nie trzyma się mojej pamięci. Mimo, że niewątpliwie czuję w nim ogromną siłę.

Zdałam sobie zatem sprawę, że ten obraz, o którym wciąż tak łatwo zapominam, jest właśnie tu. Być może zbyt francuski dla Belgii, ale jest to jedno z kilku najważniejszych dzieł, które w tej kolekcji można znaleźć.

To jeden z naczelnych obrazów kojarzonych z Wielką Rewolucją Francuską. Przyznam, że nie interesuje mnie teraz za bardzo kontekst polityczny. Mam wrażenie, że przez dwieście lat wynikłe z niego emocje lekko zmurszały. Jak płaty farby odpadły od źle zagruntowanego płótna, odsłaniając podmalówkę. Choć mogę się mylić, bo ślad śmierci Marata jest w każdym mordzie politycznym, jaki nam się na tym świecie zdarzy(ł)...

Oto zatem Jean-Paul Marat został właśnie zamordowany.

Jego blade ciało ułożone jest w przypominającej sarkofag wannie. Historycznie sprawa była dość trywialna- długimi kąpielami podobno leczył chorobę skóry, egzemę.
Charlotte Corday, ta, która go zabiła, najpierw z premedytacją kupiła sztylet i podstępnie dostała się do Marata. Niewątpliwie w poczuciu, że jej dłoń jest tylko narzędziem opatrzności, po które ktoś tak silny jak ona, tak zdeterminowany i tak odważny musi sięgnąć.

Charlotte, która pewnie wiedziała, że za ten czyn również ją za chwilę spotka śmierć, że przeprowadzą ją w haniebnym pochodzie, wśród okrzyków tłumu, na szafot.

Polityczne tło zostawiam, ale zastanawiam się nad mocą malarskiej propagandy, która również na mnie, po tylu latach, tak skutecznie działała.

Po prostu czuję żal, patrząc na Marata.
Ofiara zbrodni, wygląda tak niewinne. Zwłaszcza, jak na siewcę terroru, którym był.

Pieta rewolucji- tak ten obraz określano.


Już sam fakt, że powstał w 1793 roku daje do myślenia. Czemu wtedy, gdy gorączkowo gilotynowano zbyt posażnych i strącano z nisz rzeźby królów, czemu w tym czasie terroru (w służbie pełnej demokracji i równości), czemu wtedy ktokolwiek zajmował się malowaniem? Sam tytuł w wersji oryginalnej podkreśla sam czyn, a nie skutek: "Marat assassiné"- "Marat zamordowany".
Daje to trop do śledzenia przyczyn jego powstania.  

Propaganda. Malarska propaganda w wydaniu klasyka, który na dodatek był przyjacielem zamordowanego.

W niepamięć idą zgilotynowani z rozkazu Marata arystokraci.
Na śmietnik historii, jak zwykło się mówić.
Marat natomiast- na płótno, które miało wyznaczać nową ikonografię. Współtworzyć nowy świat utopijnej równości, który potrzebował swojego bohatera.

Czemu jednak ta śmierć Marata nie ma odrębnego "życia", tym razem jako muzealny eksponat, i dotychczas nie przywarła do marketingowego obrazu belgijskiego muzeum*? Może jednak ta czarna strona bohatera sprawia, że okazywane jest jak- owszem- zdolne dziecko, ale z lekkim zażenowaniem, bo nie z prawego łoża? 

Oczywiście, gdy pojawia się słowo "śmierć"- robi się odrobinę nieswojo. Ale ta obecna jest w tym obrazie w sumie zaledwie w tytule i może w czerwonej, podłużnej plamce na bladym ciele Marata.

Jak na śmierć- zatem niezwykle estetyczna. Co prawda w twarzy Marata jest zbyt dużo bólu jak na sen, o który można byłoby go posądzić. Jego sylweta porównywana niekiedy do ciała Chrystusa w scenach zdjęcia z krzyża mi przypomina także równolegle omdlewającą Marię z madryckiego obrazu Rogiera van der Weydena.

A zatem zbrodniarz przedstawiony jak Chrystus. Płótno, jak papier, wszystko przyjmie...

Ciekawa dla mnie jest estetyka tej śmierci. To nawiązanie do klasycznej rzeźby. To tak mocne w swej symbolice ułożenie Marata od razu w sarkofagu- romantycznie czy pragmatycznie, choćby ten udawał wannę? Kąpiel w sarkofagu. W miejscu wiecznego spoczynku. Ha. Ciekawy skrót, z życia wprost do wieczności.

Tak, śmierć w tym przedstawieniu tak mocno wkroczyła w sferę życia. Bardzo zresztą konkretnego. Podobno nawet w trakcie pogrzebu Marata, prawdziwego spektaklu na potrzeby szarganego konfliktami Paryża,  jego ciało przykrywano mokrym prześcieradłem, w nawiązaniu do kąpieli.

Biedny, nagi, bezbronny człowiek pada ofiarą zbrodni.

Śmierć czyli oderwanie od życia. Ta śmieć- tak pokazana- całkowicie oderwała Marata od życia, od jego życia, gdyż zdjęła z niego szatę terroru, który tak bez żadnej wątpliwości realizował.

Oto uczyniła męczennikiem żołnierza, który tak bez wątpliwości, śmiało brnął w krwawe rządy.

Piękno i wzruszający charakter tej sceny przykryły odrobinę prawdy.
Mamiąc również mnie, przez surową urodę tego obrazu, dodając empatii w patrzeniu na Marata.

Siła sztuki to czasem także tkwiące w niej niebezpieczeństwo.



Reprodukcje: 
Śmierć Marata, 1793, Jacques-Louis David, Królewskie Muzea Sztuki w Brukseli
Zdjęcie z Krzyża, ok. 1435, Rogier van der Weyden, Madryt, Prado

* Królewskiego muzeum...a tu obalający monarchię rewolucjonista- męczennikiem :)  
Justyna Napiórkowska, historyk sztuki i europeista. 
Współprowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie i Brukseli. 
Autorka Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury. 

3 sty 2017

Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem. Kolekcja Czartoryskich.




Izabela Czartoryska uskarżała się dwieście lat temu, że obraz jest "taki sobie", bo nie jest to jeden z tak typowych dla artysty portretów. Faktycznie, to jeden z zaledwie sześciu, może siedmiu olejnych pejzaży Rembrandta. Ale powód do narzekań stał się zaletą obrazu.

Przyznaję, że także dla mnie ten obraz nie był długo zbyt fascynujący. Znałam go najpierw z reprodukcji. Ten krajobraz był - w sumie podobnie sam Rembrandt- odległy, skrywany za spiżowym wizerunkiem genialnego malarza.

Pamiętam zajęcia z historii sztuki, gdy siedzieliśmy na drewnianej, błyszczącej podłodze w muzeum Czartoryskich, wysłuchując wykładu o obrazie. Próbowałam wówczas chwycić się każdego detalu, zapamiętać szczegóły, żeby ten Rembrandt zapadł mi w głowę i w serce. Tak się wówczas nie stało, choć mówiono do mnie mądrze i przekonująco.

A może takie obrazy muszą po prostu niekiedy poczekać? Może w końcu dopuszczą nas do swojej głębi, przeszyją jak łuna światła przez uchylone drzwi.
Zafascynują tak, że wrócą do nas w momentach nieoczekiwanych, daleko od muzealnej sali, daleko od albumów. Gdzieś bliżej życia?

Myślę, że taka jest  moc arcydzieł.

Na pierwszy rzut oka- to rzeczywiście tylko pejzaż. Krajobraz niepokojący. Gdy w XIX wieku kupował go Norblin, mówiono po prostu o przedstawieniu burzy.

Można widzieć w nim niezwykłość, nawet jeśli miał być tylko portretem przyrody, w jej zmieniającym się stanie. Potargane burzą niebo przeszywa ten legendarny promień. Mrok i jasność, zszyte w tym przedstawieniu ręką Rembrandta.

Coś niepokojącego jest w tym drzewie, postawionym prowokująco, w samym środku. Konary potężnego dębu w centrum kompozycji są jak filar podtrzymujący to ciężkie od burzy niebo. Jak belka w biforium, w samym środku poskładanej z wielu dyskretnych wątków konstrukcji.

Cóż jest na obrazie? Z jednej strony gęstwina, z drugiej otwarty pejzaż z murami miasta na horyzoncie. Reprodukcja tego nie pokaże, ba, nawet jeśli w pobieżnym oglądaniu rzucimy okiem na ten obraz na żywo, nie zauważymy wszystkich postaci. Tych pracujących w polu, rybaka nad wodą, wędrowców, parę starszych osób. Karocę, za którą unosi się pewnie pył z piaszczystej ziemi. Nie zauważymy wiatraków na tych rzekomych murach Jerycha, które przypominać mogą ówczesną Rembrandtowi Lejdę.

To co mogło by być tylko sztafażem, te drobne postaci, nad którymi zastanawiali się historycy sztuki, tak naprawdę są nośnikami tej historii. Wielowymiarowej i ponadczasowej. Opowiedzianej przez Rembrandta ewangelicznej przypowieści, która co prawda wyrasta z kart biblijnych, ale swobodnie chwyta się dowolnych czasów i wrasta w nie jak bluszcz.

Droga do Jerycha jest skrajnie przez Rembrandta podporządkowana krajobrazom autorowi znanym. Pewnie bez znaczenia jest fakt, że malował ją człowiek, który nie lubił podróżować, który wiedzę o świecie czerpać mógł ze sztychów i opowieści.

To Jerycho położone jest na ziemi pagórkowatej, malowniczej, różnorodnej. Innej niż Palestyna. I innej niż Niderlandy. Jerycho- gdziekolwiek. Jakiekolwiek.

Po lewej stronie- ci w oddali- ledwie widoczni- to wędrowcy, którzy przed chwilą minęli skatowanego człowieka. Kapłan i lewita. Przeszli nieporuszeni. Do swoich spraw. Na pewno znaleźli dobre wytłumaczenie.

Po prawej natomiast rozgrywa się tak dyskretny akt miłosierdzia. Samarytanin unosi ciało pobitego, układa je na grzbiecie zwierzęcia. Obaj ukryci w cieniu drzewa, w otulinie gęstej zieleni. W półmroku, pod konarami potężnego dębu. Tu dzieje się najważniejsze. A mogłoby być niezauważone. Burza i tak wędrowałaby przez niebo, a wiatr targałby konary. Nic nie umniejszyłoby tego dramatycznego obrazu przyrody. Ale tu, u Rembrandta ten dramatyczny obraz przyrody jest echem dla dramatu tych drobnych postaci. Dla tego ludzkiego sztafażu.

Miłosierny Samarytanin. Taki dyskretny i cicho wykonujący te swoje akty miłosierdzia. Nic spektakularnego. A przecież mógł podrzeć materiał ze swojej koszuli. Pewnie pobrudził się krwią. To nie była czysta historia.
Z pewnością to zamieszanie nie było mu na rękę. Zwłaszcza, że pomagał wrogowi.


Życie Rembrandta od pewnego momentu porażało ilością wydarzeń bolesnych. Wcześniej- zdolny, ceniony. Jako trzydziestolatek, dumnie i pewnie spogląda z autoportretu w National Gallery. Po kolei zdobywał szczeble artystycznej kariery w Lejdzie i w Amsterdamie. Złe wydarzenia narastały od 1635 roku. Odbijały się w wizerunkach artysty, które tak cierpliwie malował. Rembrandt miał cudowną żonę, kobietę o filuternym uśmiechu. Chyba łączyły ich chwile prawdziwej beztroski. Jak ta, w której namalował siebie w scenie, która bywa interpretowana jako powrót syna marnotrawnego.
Gdy malował krakowski obraz, stracili z ukochaną Saskią dwójkę dzieci. Najpierw zmarł dwumiesięczny Rumbertus. Potem maleńka Kornelia. Zmarła po kilku tygodniach życia. Kilka lat później umarła kolejna córeczka, także Kornelia. Jakiś czas potem, po narodzinach jedynego dziecka, które przeżyło- Tytusa umarła Saskia, Rembrandt związał się ze służącą, Gertje. Ale kiedy ona zdecydowała się zastawić biżuterię należącą niegdyś do Saskii, Rembrandt po prostu ją wyrzucił, opłacając pobyt w domu dla starych panien. Gertje odważyła się dokonać zamachu na ostatnie pamiątki, jakie zostały po miłości jego życia.



Biedny Rembrandt.
Z wiekiem zastygał z tym wzrastającym bólem w oczach; jakby w tym zmęczonym spojrzeniu zatrzymał toczące się łzy. W autoportretach malował to swoje uwikłanie w żal i smutek, które w nim narastały. Musiała być w nim wielka empatia, intuicja i doświadczenie człowieka, który swoje przeżył. Miał w swoim życiu okres jasny i ciemny. Pełną nadziei młodość i zapadającą w mrok starość. Szkoda, że musiał stać się z czasem człowiekiem tak smutnym. Ale cudownie, że był w tym tak do bólu szczery, malując się na autoportretach z bezmiarem autentyzmu.

Ciemność i jasność na krajobrazie z Samarytaninem to także trochę dwa światy. Przedzielone tym dębowym konarem światy. Po jednej stronie – paradoksalnie tej jasnej - ci co przeszli, nie zauważyli. Nie oderwali się od swoich rybackich sieci, pługów, planów. Po drugiej- Samarytanin, w otoczeniu tajemniczych postaci. Pokornie i cicho skupiony na ratowaniu człowieka. Zwyczajny-niezwyczajny.

Na krakowskim obrazie Rembrandta, to co najważniejsze, zostawione jest w cieniu. Detal. Didaskalia. Szczegół wśród rozszalałej przyrody.

Ten obraz to dla mnie lekcja patrzenia. A może także dostrzegania? Może to po prostu podana przez mistrza lekcja empatii?
Smutny ten Rembrandt, ale jest w nim jakieś tajemne ukojenie. Na czasy burzy. Że będzie dobrze.

Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem, 1638, Rembrandt van Rijn, Kolekcja książąt Czartoryskich w Krakowie

Justyna Napiórkowska, historyk sztuki i europeista. 
Współprowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie i Brukseli. 
Autorka Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury. 


9 gru 2016

Prawa dłoń Cecylii Gallerani - Dama z gronostajem




Jasna jak pergamin. Finezyjnie ułożona.
Po gotycku smukła, choć przynależy już do początków renesansu.
Prawa dłoń Cecylii Gallerani.
Może to jedna z najważniejszych dłoni w historii malarstwa?

Ta dłoń to traktat o doskonałości.
Jest tak prawidłowa. Tak bezbłędna.

Ach, te dobrodziejstwa internetu! Te wyraziste reprodukcje. Te miliony pikseli na naszych usługach, przynoszące arcydzieła prosto na ekran mojego komputera. Dzięki nim zaczęłam uważniej patrzeć na tę dłoń.
Można przyglądać się poszczególnym palcom, przesuwać kursorem po powierzchni. Prześledzić konstrukcję anatomiczną i podążyć siatką krakelur. Oddalać się i przybliżać, nie budząc niepokoju muzealnej ochrony.

Można patrzeć na Damę z gronostajem tak, jakby właśnie dłoń była głównym motywem obrazu, a wszystko inne było tylko dodatkiem. Tłem. Uzupełnieniem.

Smukłe palce delikatnie muskają sierść gronostaja.
Opuszki palców są w totalnej anarchii wobec tego co dzieje się w wyższej partii obrazu, bo ten odruch musi być całkowicie bezwarunkowy.
Psychologowie często piszą o tych wszystkich gestach nieświadomych. Gdy bezwiednie dotykamy, muskamy, gładzimy. Jakie to wszystko zmysłowe!


Tak. Słowa, słowa, słowa.

A tymczasem dzięki tym gestom Cecylię można "odczytywać". Diagnozować. Jak u psychoanalityka na kozetce.

Los Cecylii nagle stanie się wątkiem jak z opery mydlanej. To skandal, skrywany w niedopowiedzeniach. Mógłby zasilać kolorowe strony magazynów dla kobiet. Jak ponadczasowa plotka ze strefy glamour.

Przypomnijmy. Cecylia ma najprawdopodobniej 16 lat. Jest kochanką księcia Mediolanu. Ubrana nad wyraz poważnie. Siedzi naprzeciw jednego z najważniejszych artystów, ale pewnie z młodzieńczą niefrasobliwością nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie zdaje sobie sprawy, że oto w jej życiu rozgrywają się wydarzenia najważniejsze. Wszystko, co będzie potem (gdy oprócz syna Cezara ze związku z Ludovico urodzi czwórkę dzieci z prawego łoża, gdy będzie już żoną innego Ludovica- de Brambilla, zwanego Il Bergamino, i gdy dokończy życia na zamku w San Giovanni in Croce niedaleko Cremony).
To wszystko, co wydarzy się potem i tak będzie już tylko cieniem.
Wspomnieniem bladym i przygaszonym.
Bo oto właśnie ta chwila, gdy maluje ją Leonardo nigdy nie przeminie. Stanie się wiecznością. Zburzy porządek i chronologię.

Cecylia nagle zwraca się w stronę źródła światła.
Jakby czyjeś nagłe nadejście oderwało ją od tego pełnego skupienia pozowania. Na twarzy Cecylii tli się uśmiech.

Powstał obraz -kalambur.

Obyczajowy rebus, który każe w zwierzątku rozpoznawać ukryte odniesienia. Może do orderu gronostaja, który miał dumnie nosić książę Mediolanu. Może do brzmienia nazwiska Cecylii, w ulubionej grze znaczeń, z odniesieniem do greckiego słowa galé, nawiązującego do obejmowanego zwierzątka.

Jest w Cecylii piękna nadzieja i uważność. Ostrożność i zaciekawienie. Frywolność i powaga.
Jest w tym obrazie tyle konkretnych detali, didaskaliów sprzed ponad pięciuset lat. Te kokardki, te welury. I choć chyba nie mają one żadnego znaczenia, to czas nie pozbawił Cecylii konkretności. Historycy wszystko odtworzyli. Zidentyfikowali tożsamość. Zrekonstruowali siatkę relacji, w którą wplątane były jej losy.

Cecylia, kochanka księcia Mediolanu, który za chwilę poślubi zgodnie z zamierzeniami Beatrice d`Este, lecz będzie jeszcze utrzymywał ten ukryty związek przez pewien czas.

Nie będę zastanawiać się nad tym, jak oni wszyscy na tym mediolańskim dworze żyli. Nie będę rozważać, jaką przewrotnością było błędne rozpoznanie* przez Czartoryskich Cecylii jako tożsamej z późniejszą "La Belle Ferronière", która tak naprawdę była najpewniej Lucrezią Crivelli, kolejną kochanką Ludovico. Nie będę pytać, czy przypadkiem Leonardo namalował "Damę z gronostajem" i tę drugą dziewczynę z Luwru na orzechowej desce pochodzącej z tego samego drzewa.

Niech to wszystko będzie obrazem gęstych powiązań na mediolańskim dworze. W sumie bez znaczenia dla mocy tego obrazu, bo on nie potrzebuje żadnego podwójnego dna. Nie potrzebuje żadnych, dodatkowych, ukrytych znaczeń. Jest tak mocny, tak wymowny w tym, co widać.

* i dodanie na domalowanym w XIX wieku, czarnym tle podpisu z błędem nie tylko merytorycznym, ale też ortograficznym.  - {La BELE FERONIERE LEONARD D`AWINCI}

Justyna Napiórkowska, historyk sztuki i europeista. 
Współprowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie i Brukseli. 
Autorka Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury. 





22 wrz 2016

Tajemnice Nefretete


Gablota stoi w centrum ciemnej sali.  Szklane akwarium w muzealnym półmroku. Snop światła wydobywa ją z nicości. Jest doskonała, tajemnicza, wniosła.  Nefretete. Magnetyczna piękność z berlińskiego Neues Museum.

Większość zwiedzających przychodzi tu właśnie do niej. Stoją w bezruchu, w ciszy, w skupieniu.
W bezczasie, jak ona. Nefretete promieniuje w  tym swoim szklanym pudełku. Jak motyl przypięty szpilką z perłowa główką, za smugą celofanu, w gabinecie kolekcjonera.

Wyobrażam sobie emocje, jakie towarzyszyły w grudniu 1912 roku archeologom, gdy spod gruzu i kurzu, w miejscu, które było dawną pracownią rzeźbiarza Totmesa wydobyli to popiersie. Odkrywca, Ludwig Borchardt chyba od razu wiedział, że oto zmienia się hierarchia najważniejszych dzieł sztuki na świecie. Wyłoniona z pyłów Nefretete upomniała się o swoje miejsce. O gablotę, której tak uważnie strzec będą strażnicy berlińskiego muzeum.

O pięknie Nefretete nie ma co mówić. Jest oczywiste, niepoddawane wątpliwościom, zbudowane z harmonii i doskonałości.  Patronka gabinetów urody. Nawet jej imię miało oznaczać „piękno, które przyszło”.  Gdy została współregentką, otrzymała imię Neferneferuaton, „nadzwyczajna piękność Atona".

Na dodatek była podobno zuchwale mądra.

W całym muzeum można zobaczyć jeszcze kilka jej podobizn, rozstawionych w różnych salach, zawsze gdzieś w pobliżu równie pięknego Echnatona. On młodzieńczy, o czystej urodzie. Ona, idealnie-realna. Inspiracja makijażystek wszech czasów. Usta malowała używając ochry, oczy miała podkreślone precyzyjną kreską.

Nefretete wydaje się bez skazy, ale gdy się przyjrzymy, okazuje się, że można dopatrzeć się nawet zmarszczek.
Te ledwie zaznaczone fałdki –subtelny znak starzenia się, dyskretny symptom przemijania, który paradoksalnie przetrwał ponad 3000 lat. Paradoksalnie- w życiu powstają niechciane i bez wysiłku, w rzeźbie wymagały od autora wyjątkowego kunsztu i celowości.

Być może naprawdę wcale nie była piękna, a ten wielowiekowy mit na temat jej urody był owocem skutecznej propagandy? Podobno pod gładką, gipsową warstwą, która tak pięknie uwydatnia kości policzkowe, pod tym wizerunkiem, który stał się synonimem urody doskonałej jest wapienny trzon, gdzie twarz Nefretete jest znacznie mniej regularna .

A zatem być może rzeźbiarz ją udoskonalił. Dłutem wycyzelował jej urodę. Czemu jednak Totmes zdecydował się ten tak wyidealizowany wizerunek urzeczywistnić, zarysowując delikatną siateczkę zmarszczek wokół jej oczu? To triumf życia. Pochwała prawdy.

Nefretete i Echnaton wprowadzili kult Atona, egipski pierwotyp wielkich monoteizmów. Dokonali prawdziwej rewolucji i najwyraźniej stało się to w rękawiczkach, jeśli nawet krwawo, to niezwykle estetycznie, w pięknie i harmonii, której byli orędownikami. Tylko tak doskonały wizerunek mógł pasować do takiego przewrotu ideowego.



Naukowcy wszystkich czasów wciąż poszukują choć śladu, jakiegoś tropu, który pozwoliłby opowiedzieć o Nefretete więcej. Badają pigmenty, prześwietlają ją tomografami. Poszukują i analizują, by przebić tę powierzchowną warstwę. Dotrzeć do tajemnicy Nefretete i rozłożyć ją na czynniki pierwsze.

Kiedy w chłodny, berliński poranek stanęłam naprzeciw niej, to szczelne, konserwatorskie opakowanie, w którym jest eksponowana wydało mi się bardzo trywialne.
Nefretete ma taką moc, że nawet w tej szklanej gablocie muzeum nie daje się sprowadzić do rangi eksponatu. Dosłownego, naukowo opisanego.  Nawet najbardziej uwielbianego.

Justyna Napiórkowska, historyk sztuki i europeista. 
Współprowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie i Brukseli. 
Autorka Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury. 

26 sie 2016

"Babie lato" Józefa Chełmońskiego


Patrząc na ten obraz, trudno uwierzyć, że powstał on pewnie w ciemnej ( i może zimnej ) pracowni malarskiej, a nie w plenerze. Mogło to być studio wynajmowane przez Józefa Chełmońskiego wraz z Witkiewiczem i Chmielowskim w hotelu Europejskim przy warszawskim Krakowskim Przedmieściu. W sercu miasta. Był rok 1875, a w autorze tliło się wspomnienie bezkresów Ukrainy, które oglądał podczas podróży rok wcześniej.

"Babie lato" to chyba najpiękniejszy obraz na czas, gdy w miarę coraz krótszych dni narasta nostalgia za tym, co właśnie mija.

Obraz chwili i obraz schyłku. Celebrujący moment i wieszczący tęsknotę za nim, gdy przeminie.  

To na tym płótnie zrealizował Chełmoński swoją wizję życia chłopskiego, przełamując przy tym wszystkie zasady, począwszy od tej dotyczącej godności tematu.
Ukraińska chłopka wylegująca się wśród wysuszonych traw na poważnym obrazie? Według publiczności warszawskiej było to niegodziwe. Zwłaszcza te słynne bose, brudne stopy!
Po prostu skandal. Skandal, który wywołał falę krytyki i de facto zmotywował młodego malarza do wyjazdu do Francji. A tam, wśród pyłów opadających po sporze akademików z realistami, Chełmoński mógł liczyć na prawdziwy triumf. I na przykład Grand Prix wystawy światowej. Los artysty, w którym to, co wielkie musi wyłonić się z ciemności.

Prowokacją w tym obrazie jest prawie wszystko. Trywialny temat, pozbawione ozdobników przedstawienie, w końcu ustawienie horyzontu tak wyzywająco niezgodne z zasadą złotego podziału.

W tym bezkresnym pejzażu, linia dzieląca niebo od ziemi jednocześnie dzieli kompozycję obrazu na pół. 

Kiedy jednak patrzę na ten obraz mrużąc lekko oczy, mam nieodparte wrażenie, że Chełmoński przemyślnie, jako realista oddał pewien stan rzeczywisty, ale także jak symbolista z tajemnym przekazem zszył tutaj rozdzielone linią horyzontu sfery.
Postać dziewczyny, jej wyciągnięta dłoń, nitki babiego lata, czarna sylweta psa jak klamra spinają niebo i ziemię. Przypominając, że beztroska nieba i ziemskie utrapienie do siebie przynależą. Muszą współistnieć.     

Kiedy stanęłam ostatnio naprzeciw tego obrazu w warszawskim Muzeum Narodowym, w jeden z najbardziej upalnych dni tego lata, nabrałam przekonania, że nie warto silić się na neutralny profesjonalizm. Ten obraz dobrze i wiarygodnie ogląda się właśnie w najgorętsze dni końcówki lata. Gdy opadający wieczorem żar powietrza już nie otumania, ale rozpyla jakąś łagodność. Pośpiech dnia czeźnie. Zmęczenie pracą i upałem niknie, znój dzielnie przeniesiony przez wszystkie godziny dnia gaśnie.

Zmęczenie przeradza się z bezwolność omamiającą zmysły. Opada ciężka kurtyna dnia.

Pamiętacie takie upalne dni?

Pośrodku obrazu- postać dziewczyny, w ciężkiej spódnicy, okutanej w lny i płótna. Wyleguje się na rozpostartym wśród wysuszonych traw jutowym worku. Biel jej spódnicy i jasność  bluzki kontrastuje z szarą paletą w otaczającym ją pejzażu.

Między palcami plącze jej się nitka babiego lata. Dziewczyna chwyta ulatującą nić. W tej chwili nie istnieje dla niej i w niej nic więcej. Tylko celebrowanie tej chwili, ulotnej jak te wici na niebie.
Dziś powiedzielibyśmy na to- mindfulness. Chwytanie chwili. Skupienie na doczesności.  Radość czerpana z powiewu wiatru, z zapachów, smaków, świateł.
Wylegująca się dziewczyna, pewnie uciemiężona dniem pracy pewnie tego nie rozważała. Ale to uczucie obezwładniającego zmęczenia, gdy z braku sił zapadamy w jakąś bezmyślność wydaje się znane. Czy nie można znaleźć łącznika między jej zabawą babim latem, a współczesnym odstresowującym kolorowaniem rysunkowych zeszytów? Jednak jej zmęczenie jest piękniejsze, bo w pełni wpisane w zachwycający pejzaż.

Babie lato… cierpliwie utkane pasemka. Smugi lekkie i unoszone przez wiatr. Za całą ich poetyckością mieści się wielki pragmatyzm przyrody, gdy tkające je pająki przenoszone są ciepłymi podmuchami powietrza na skraje świata, których istnienia nawet nie podejrzewają. Czasem wici zaplączą się wśród gałęzi. Albo zostaną zatrzymane jak tu, przez bawiącą się palcami dziewczynę, gdzieś wśród równinnych pól.

Poziom zmęczenia zdewaluował wszelką obowiązkowość, zgrzebność, uporządkowanie. To przedstawienie staje się niemą, zatrzymaną w bezruchu odpowiedzią na cuda przyrody.
Jest w tym odpoczynku tak opowiedzianym przez Chełmońskiego niebywała doskonałość. Uczucie pełni, po którym można poznać arcydzieło.  

Justyna Napiórkowska, historyk sztuki i europeista. 
Współprowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie i Brukseli. 
Autorka Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury. 

Między pięknem a rozpaczą- drżąca ziemia


Na jednej ze ścian dolnej bazyliki w Asyżu, w kwaterze z malarskiego cyklu z warsztatu Giotta przedstawiona jest scena rozgrywająca się w 1222 roku w mieście Sessa. Opisał ją w Trattato dei Miracoli Tommaso da Celano jako jeden z cudów dokonanych przez świętego Franciszka. Na skutek działania złych mocy w Sessa zawalił się dom, grzebiąc pod rumowiskiem chłopca. Jak opisał da Celano, święty Franciszek miał wówczas wskrzesić wydobytego spod gruzów dziecka. Po trzęsieniu ziemi, które nocą z 23 na 24 sierpnia 2016 roku dotknęło środkowe Włochy, można czekać tylko na cud. 

Na fresku z warsztatu Giotta widać obraz rozpaczy. W miejscu domu- ruina: kamienie, połamane belki, kurz. Obok grupa postaci. Z gruzowiska wydobyto właśnie blade ciało chłopca. Opada bezwolnie z trzymających je rąk. Osuwa się, jak w piecie opada ku ziemi. Pochylająca się nad nim kobieta to pewnie matka. Obejmuje dziecięcą, pokrytą pyłem twarz. Wokół gęsty tłum uczestników i gapiów. Zmartwieni, poruszeni, zrozpaczeni. To tu za chwilę nastąpi cudowana interwencja Franciszka. Chłopiec ożyje.

Freski Giotta i wspólpracowników zachwycają próbą realistycznego oddania postaci, głębokim psychologizmem, bogatą paletą. Ich motywy są ponadczasowe. Nikt tak dobitnie jak Giotto nie pokazał pocałunku Judasza, który na scenie w kościele górnym wręcz entuzjastycznie rzuca się w ramiona Jezusa, po to, by go zdradzić. Obraz odwiecznej ludzkiej miałkości. 

Nikt także tak pięknie nie pokazał odwiecznej ludzkiej tęsknoty za cudem, za interwencją, która odwróci bieg zdarzeń. 

To tak naprawdę po prostu tęsknota za nadzieją- tą wielką siłą z triady z wiarą i miłością. 
Wyraz ludzkiego pragnienia, by nadzieję po prostu mieć. 
   
Byłam w Umbrii w zeszłym roku. Najpierw podróż przez Orvieto, Perugię, Asyż, potem drogą wzdłuż Tybru przez Lacjum na południe, do Rzymu. Wzdłuż- to niedobre określenie. Tybr płynąc przez Umbrię i Lacjum wije się, skręca gęstymi meandrami. Płynie w wyciętym wśród zieleni, płytkim korycie. Powoli się poszerza, ale nie ma nic z majestatu jaki nadadzą  mu imponujące mosty w Rzymie.
Droga do Rzymu, włoska superstrada prowadzi przez dziesiątki mostów. Umbria wypełniona jest niezliczonymi wzgórzami, na których w niebo pną się cyprysy. Jak powiedziała moja siostra, Magda te umbryjskie wzgórza ukoronowane są srebrzystymi diademami małych miasteczek. Dalej na południe faluje w ciemnej welurowej zieleni ściana gór oddzielająca bardziej równinne tereny od Adriatyku. Tak zapamiętałam ten fragment półwyspu, na południe od Perugii, gdzie drogowskazy kierowały do Terni, Narni, Amelii.
   
Przemierzając Umbrię, wśród tego piękna nie można nie odnieść wrażenia niezwykłej harmonii między tym, co uczyniła tu natura i tym, co uczynił człowiek.

Jak opowiada księga Genesis, świat powstał z chaosu. To piękno pofalowanych wzgórz, skalistych skarp, na których zawieszone są dziś jak gniazda domy Urbino czy Asyżu także wyrosło z faz anarchii. Z kaprysów ziemskiej powłoki.

Piękno wypiętrzone z chaosu. Wyrosłe ze zgrzytów ziemi.

Kamienny Asyż, którego włoska nazwa brzmi tak dźwięcznie, Assisi, gęstą zabudową porósł górę Subasio. Miasto świętego Franciszka i świętej Klary. Umbrię odwiedzałam wielokrotnie, między innymi w czasie studiów w nieodległej Florencji. W samym Asyżu byłam jako dziecko, w najgorętsze dni lata. Zapamiętałam wówczas ścieżkę wśród cyprysów, która prowadziła do bram miasta.  Byłam wiele lat później, w chłodny i deszczowy dzień, gdy Asyż tonął w szarościach. Byłam też ostatnio na wiosnę, gdy kamienne miasteczko wyrastało z radosnej zieleni wzgórza, a przed Bazyliką, w dłoniach wiernych zieleniły się gałązki bukszpanu z okazji Niedzieli Palmowej. Od mojej pierwszej wizyty Asyż dotknęło potworne trzęsienie ziemi. Miało to miejsce 26 września 1997 roku. Przed południem, w kościele górnym bazyliki świętego Franciszka upadły sklepienia. Sceny z ewangelistami rozpadły się w tysiące drobnych kamyczków. 

Na cząsteczkach drobnego gruzu, na kamyczkach i odłamkach pozostały ślady polichromii, które pozwoliły włoskim konserwatorom dokonać niezwykłego- odtworzyć z rumowiska,  z 80000 fragmentów kolejne fragmenty sklepienia.
Ułożono wówczas puzzle z dziesiątków tysięcy części. Na gruzach franciszkanskiej budowli wykonano benedyktyńską pracę. Na granicach zdrowego rozsądku i pragmatycznej  kalkulacji. Po to, by przywrócić blask arcydzieła, odtwarzając sklepienie, w którym nie będzie braków, jak wyrwanych kartek w książce.

Niewiarygodne. W tym miejscu to druga odsłona włoskiego geniuszu. Ten włoski geniusz ujawnił się we freskach Giotta, które w XIII i XIV wieku zrewolucjonizowały sztukę. W początku XXI wieku wyrazem tego geniuszu był ogromny szacunek dla dziedzictwa kulturowego, który kazał odtwarzać to, co zniszczone.

Kilka dni temu ziemia we Włoszech znów zadrżała. Setki osób, które spokojnie zasypiały w swoich domach w Amatrice i sąsiadujących wioskach zginęły, przysypane gruzami własnych domów...Tak trudno pogodzić się z tą tragedią... 

Pozostaje tylko wierzyć w cud. Pozostać z nadzieją, że gdzieś pod gruzami jeszcze tli się życie do uratowania. Z wiarą, że kamienne mury, domy i przyszłośc także uda się znów odbudować, nawet z 80.000 fragmentów.    

Justyna Napiórkowska, historyk sztuki i europeista. 
Współprowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie i Brukseli. 
Autorka Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury. 

1 sie 2016

Warszawa, 1 sierpnia

(...)
Ciemna noc się nad nami
roziskrzyła gwiazdami,
białe wstęgi dróg w pyle, długie noce i dni,
nowa Polska, zwycięska, jest w nas i przed nami
w równym rytmie marsza: raz, dwa, trzy...
Hej, chłopcy, bagnet na broń!
 (...) Krystyna Krahelska, ps. Danuta

Historia, ta zbyt tragiczna zostawia swój ślad na miejscach. Plami je, wnika w ich glebę. Zmienia niebo nad nimi.

Niby pozornie wszystko wygląda tak samo. Odczułam to w tym roku w Waterloo, w miejscu wielkiej bitwy, którego zielone pola wydawały się zbyt idylliczne jako tło dla śmierci 22 tysięcy ludzi w czasie ostatniej, przegranej walki Napoleona. Ale gdy tak w ciszy spoglądałam w te miękko rozlewające się po horyzont łąki, czułam niebywałą powagę. Tragiczny genius loci.

Cóż dopiero Warszawa...

Miasto, które miało być zrównane z ziemią na zawsze- żyje. Pnie się wieżowcami w górę. Pulsuje arteriami. Jego wypełnione kawiarnianymi stolikami place pobrzemiewają gwarem.
Ulice ruchliwe. Tramwaje zatłoczone. Powietrze wypełnione śmiechem, szumem; pośpiechem i zniecierpliwieniem. Na drogach kipią nerwy kierowców. Na trotuarach w kakofoni tętni ruch pieszych.
Poruszają się liście na drzewach. Chmury swobodnie wędrują, gdzie chcą.

Ale gdy na chwilę, 1-ego sierpnia o 17-tej wszystko zatrzymuje się w miejscu, historia cicho tkwiąca w granitowych tablicach, w uszczerbkach murów i w spiżowych pomnikach przez chwilę brzmi głośno, potężnym memento. Dźwiękiem syren, setek klaksonów.

To piękne, jak nauczyliśmy się tego momentu. Jak on reguluje nasze warszawskie zegarki. Wspaniały gest dla ducha tego miasta. Dla niezniszczalnej Warszawy, której rany były tak głębokie.

Tu powstanie jest wszędzie. Wyłania się zewsząd, jak napisy spod łuszczących się tynków. Jest w czerwieni kwiatów pod grawerowanymi płytami. Jest w liczbach: 44 rok, 63 dni, 200000 ofiar. Jest w imieniu mojego ojca, na pamiątkę Kogoś kto w dniach Powstania wyszedł z domu i nigdy nie wrócił. W układzie ulic, pod którymi,gdzieś w pamięci, skrywa się gęstsza siatka dróg i domów, kamienic i parków.  

Warszawa. Varsovie. Warsaw. War-saw. Warszawa widziała. Widziała wojnę.

Lubię iść przez Warszawę niespiesznie. Zatrzymać się obok tego, co zwykle mijane. Zauważyć to, co wzrok najczęściej obejmie, ale nie nada właściwego znaczenia.

Tam, gdzie kamienie padały na szaniec.

Zatrzymuję się na chwilę, żeby zobaczyć. War-saw.

Jedna z dziesiątek tablic, przy Alejach Jerozolimskich, niedaleko Brackiej. Dziś błyszczy tu Vuitton.

Gdzieś tu, 8 sierpnia 1944 roku zginął Antek Godlewski, zwany Rozpylaczem.
Miał 21 lat, piękną twarz, pewnie równie piękną duszę i marzenie o morskiej żegludze. Jak mówili jego koledzy, był "narwany, odważny, wesoły, pogodny, roześmiany, kontaktowy...() Był żywiołowy chłopak i przez tę swoją żywiołowość tak szybko zginął właśnie w ataku na „Cristal” w Alejach Jerozolimskich." Wszystko pękło jak bańka mydlana właśnie tu, przy Alejach Jerozolimskich. Przy ataku na Cristal.

Jakie to symptomatyczne: żywiołowy, więc zginął tak szybko. Iskra, która spaliła się zbyt prędko. Zapłonęła ogniem w tym warszawskim holocauście, gdzie nikt nie chciał być ofiarą, bo przecież wszyscy szli po zwycięstwo, a nie po śmierć.

Osiem miesięcy wcześniej, zanim Warszawa zapłonęła blaskiem swoich meteorytów, Hans Frank notował w swoim dzienniku: „Gdybyśmy nie mieli Warszawy w Generalnym Gubernatorstwie, to nie mielibyśmy 4/5 trudności, z którymi musimy walczyć. Warszawa jest i pozostanie ogniskiem zamętu, punktem, z którego rozprzestrzenia się niepokój w tym kraju".

Warszawo, dziękuję.

Pamiętam.



Justyna Napiórkowska / Blog O sztuce


18 kwi 2016

Syn Szawła / Son of Saul - film Laszlo Nemesa



"Syn Szawła" to filmowe arcydzieło.

Być może nie należy tak mówić o filmie, który traktuje o Zagładzie. Zagłada ma taki wymiar, że nie wypada jej ujmować w ramy jakiejkolwiek fabuły. Nie mamy prawa do sztuki o Holokauście, po Holocauście.

Ale ten film jest jak dokument. Trudny, bardzo bolesny i który trzeba zobaczyć, bo zobowiązuje do tego pamięć.

Wrzuca widza z całą mocą w piekło Auschwitz, z którego apokaliptycznych przestrzeni nie sposób się wyrwać.
Przybliżone kadry dają obraz, w którym wszystkie demony ubrane są w niezwykle realistyczną wizję.
Pot, krew, palące mieśnie, których pracę widać na szkieletowanych ciałach. Wszyscy trwają w napięciu i strachu, który nigdy nie gaśnie.

Oglądamy zwykły obozowy dzień. W pierwszym planie jest potworna rutyna. Zagłada odbywa się w jej tle.

Natrętnie towarzyszymy bohaterowi, Szawłowi (Saulowi) Ausländerowi (wielki w tej roli Géza Röhrig), gdy ten jako członek Sonderkommando zmuszony jest uczestniczyć w przemyśle Zagłady.
Szaweł pracuje bez wytchnienia; z porażającą powagą i skupieniem, która wskazuje, że choć widzi to wszystko, co wokół, próbuje ocalić niewinność oczu, zachować dystans. Jakby tego nie widział. Bez krztyny buntu, ale sprawiając, że wszystkie jego czynności są mechaniczne. Wykonuje je jego ciało, ale dusza walczy wytrwale, by być od nich wolna, nie dopuścić za zaakceptowania tego porządku piekła.

Samo pokazanie machiny Holocaustu jest niezmiernie realistyczne. Taki obraz mieści w sobie całe okrucieństwo i niewyobrażalny pragmatyzm zabijania. Porażającą organizacyjną rutynę- niepojętą ekonomię komór gazowych i pieców krematoryjnych...

Oglądając na ten film także widz, podobnie jak Ausländer*, nie może już się buntować. Staje się wieźniem tego zorganizowanego aparatu. Przez kolejne sceny jest zespolony bliskim kadrem z Ausländerem i po prostu próbuje przetrwać, ratując ostatni skrawek swojej duszy.

Jednak i w tym piekle nadchodzi głód katharsis. Pojawia się granica, której nie można przekroczyć. To zgoła nic nie znaczące w nadmiarze potworności wydarzenie.

W pewnym momencie, w Szawle budzi się obsesyjna potrzeba pochowania chłopca, który cudem przeżył natrysk w komorze gazowej.
Ausländer zaczyna miotać się jak Antygona, na miarę okrutnego XX wieku. Budzi się w nim potężne pragnienie pochowania chłopca, oddania zadość rytuałowi pogrzebowemu, odmówienia kadisz. Chęć spełnienia choć tej ostatecznej powinności, próba ocalenia tego chłopca choć w tym wymiarze generuje w bohaterze poteżną i nieracjonalną silę działania. Gdy doktor śmierć chwilę wcześniej dobijał chłopca zastrzykiem, Ausländer po prostu zastygł w bezruchu, nawet nie jęknął, jakby z wymiaru "tu i teraz" już dawno zrezygnował. Zapragnął ocalić jedynie wieczność, poprzez rytuał pogrzebowy, który stał się ostatnim bastionem człowieczeństwa na tych zgliszczach świata.

Ten pochówek staje się jego obsesją. Szaleństwem realizowanym rozmyślnie i wytrwale.

W tym filmie pojawia się też przez ułamek sekundy wybawienie. Objawia się w uśmiechu na twarzy Szawła Ausländera w jednej z ostatnich scen... Ten uśmiech na porażająco skupionej przez cały film twarzy Szawła to najpiękniejszy uśmiech kina.
Choć nie prowadzi do dobrego zakończenia, bo takiego nie można się było spodziewać...

To film bardzo trudny. Oglądając go, łatwo zupełnie wątpić w swoje człowieczeństwo. Ale w finale otrzymujemy też jakiś blask nadziei.

Syn Szawła ( 2015)
reżyserii László Nemes
na podstawie scenariusza László Nemesa i Clary Royer

* Czy nazwisko też niesie znaczenie- obcy?- jest tu, ale on nie stąd, poddany, ale nie pogodzony

22 mar 2016

Drzwi Gnieźnieńskie. Z Brukseli.


                      

Bruksela. Dziś rano miastem wstrzasnęły wybuchy- najpierw na lotnisku, potem na stacji metra. 

Większość osób, które los tu ściągnął, przybyły za jakimś swoim marzeniem. Także Polacy, cieszący się otwartą dla nas Europą. Europracownicy, hydraulicy, biznesmeni, pisarze i dziennikarze...
Wielu z nas nie widziało tu ideału, nie było zaślepionych, ale jednak chcieliśmy realizować jakieś swoje marzenie.
Marzenie wyjścia poza granice kraju, marzenie zdobywania Europy i realizowania swojej misji, choćby w najmniejszej skali.
Obserwuję to od kilku lat i od kilku lat także w tym uczestniczę.

Od miesięcy widzimy jak to marzenie kruszeje...Dziś jestem w Brukseli. Cichy, dość pogodny poranek przerwały informacje z mediów. A potem ten ciągły dźwięk syren, w różnych miejscach.

Odczuwam ten strach, ból i żal pewnie nie mocniej, lecz tak samo jak wiele osób na świecie. Bo tu nie miejsca mają znaczenie, ale podstawowa i piękna ludzka solidarność.
To jest takie smutne...Przychodzą liczne refleksje. Na przykład te, których tyle słyszałam niedawno na Zjeździe Gnieźnieńskim. Zorganizowano go w nawiązaniu do słynnej pielgrzymki Ottona III, największego monarchy ówczesnej Europy do grobu Św. Wojciecha. Prelegenci w Gnieźnie nie stracili wiary w to, że można być solidarnym, ale i bezpiecznym, zarówno w sferze fizycznej, jak i w sferze wartości. 
Bez zacietrzewienia i obskurantyzmu. 
W dialogu. Dobrze mieć taką wiarę. 

Skojarzenie z Gnieznem powróciło, gdy przeczytałam dziś w Le Monde, że Salah Abdeslam "był wart dla francuskich śledczych tyle, co jego waga w złocie". Czuję w tym jakąś ironię i przewrotność historii. 
Przypomina mi się kwatera ze spiżowych Drzwi Gnieźnieńskich, ze sceną, w której Chrobry wykupuje ciało Św. Wojciecha za wagę srebra. Ciało pierwszego świętego, patrona Polski, męczennika. Chrobry robił to być może jako konkretny projekt polityczny, po to by zakorzeniać w Gnieźnie stolicę* i wpisywać powstająca Polskę do strefy cywilizacji zachodniej. Na wagę srebra. Na wagę złota. Minęło ponad tysiąc lat, zmieniły się realia, a wciąż wszędzie- to srebro i złoto, jako mierniki wartości. Być może to skojarzenie nie jest wcale uprawnione. Ale wszyscy chcemy jakoś zrozumieć te wielkie procesy, w których uczestniczymy.  
Wtedy, gdy Św. Wojciechowi poganie w Prusach ścinali głowę też miało miejsce zderzenie cywilizacji. Z jednej strony- niosący cywilizację Zachód, z drugiej- barbarzyńcy, dzicy poganie. Nastąpił wówczas wielki, ludzki ruch tektoniczny, z którego wyłonić miał się inny świat.

                           

Kiedy powstawały Drzwi Gnieźnieńskie, około 1175 roku, Zachód był obietnicą bezpieczeństwa, stabilności, pokoju. Gdy przechodziłam przez te drzwi ostatnio, w kruchcie gnieźnieńskiej katedry, miałam myśli dalekie od tej obietnicy bezpieczeństwa.
Drzwi. Jak wiele w nich jest znaczeń. Poteżne, budące respekt. Otwarte lub zamknięte. Spiżowe, przetrwały wieki. Z kołatką, która może być zaproszeniem do wejścia, ale i z ryglami pozwalającymi odebrzeć intruzów.
Czy Europa mówi ostatnio o czymkolwiek innym?

Jestem w Brukseli, na chwilę unieruchomiona w tym mieście, które bezpieczną twierdzą nie jest. Czuję się jak bohater Dekameronu, oczekujący na obrzeżu wydarzeń, aż dżuma minie.



18 scen pokazuje kolejne etapy życia i śmierci, a także pośmiertnej legendy Św. Wojciecha. To pierwszy przypadek w historii chrześcijaństwa ukazania w takiej formie tematu, który nie pochodził z Biblii, ale stanowić miał jej ciąg dalszy. Sceny z misją i męczeństwem Wojciecha opasane są bordiurą. Wśród bujnych wici wyłaniają się postaci, zwierzęta, hybrydy...Wszystko w rygorystycznym porządku, który ma także nadawać ład rozumieniu świata. Ach ta cudowna, archaiczna wiara w możliwość uporzadkowania światopoglądu obrazem. 

Dziś patrzymy, jak Zachód (który według niektórych już dawno się skończył, bo nie miał w sobie żywiołowych mocy) dogorywa uderzany przez barbarzyńców. I ich zalewie, niesprawidliwość dotyka tysięcy osób Bogu ducha winnych. Uciekających przed wojną. Walczących z determinacją o życie, na łodziach, na łajbach, w zasiekach naszych granic. 

Barbarzyńcy niosą oni ze sobą wiarę w te swoje "wartości". Fałszywe, złe i nieludzkie. Czesto wyrosłe na podatnym gruncie nierówności i frustracji. Ale są to przekonania tak mocne, że każą opasać sie pasami Szahida i iść w tłum, siać apokalipsę. Nieść cierpienie, ból, przerażenie. 

Jak to wszystko pojąć? Jakie znależć remedium...Nikt nie wie. Być może pieniądze- to srebro i złoto- tak jak staje się przyczyna wojen, tak może te wojny rozwiązać. W sumie proste.**  


Naprzeciw naszej brukselskiej Galerii trwa właśnie konferencja dotycząca zrównoważonego rozwoju pod egidą Narodów Zjednoczonych. Spoglądam przez okna na wystawione inspekty pełne zielonych roślin, przykładów mądrego gospodarowania ziemią.***

Z Nadzieją, że ta moc dobra które jest w świecie jest i będzie silniejsza od zła, także tego, którego dziś doświadczyliśmy. 

Patrzę na tę zieleń i mam jakąś nieracjonalną wiarę, że gdy te pyły opadną, obudzimy się mocniejsi. Na Drzwiach Gnieźnieńskich, gdy na marach wystawione jest ciało Św. Wojciecha. gdzieś za nim wyrasta roślinka. A na jej drobnej gałęzi ptak. Znów - bogaty symbol. Choćby kojarząc go z ptakami, które pojawiły się Noemu jako pierwsza zapowiedź suchego lądu, wśród spienionych wód potopu. 

Mam więc nadzieje, że obudzimy się mocniejsi. 
Z większą pokorą. Z większym szacunkiem dla siebie nawzajem. Z empatią dla świata, który cierpi z powodu nierówności.**** Dziś zginęło tyle osób. Szala cierpień znów się przechyliła, tak blisko nas. Trwa dzień smutku, ale musimy wyjść z niego mocniejsi. 

Tego życzę na nadchodzące Święta Wielkanocne. 

Justyna Napiórkowska 

POSTSCRIPTUM 

* W konkurencji z Krakowem również starającym się o prymat i później rozwijającym kult św. Stanisława- co obok religijnych miało polityczne przesłanki- dla zjednoczenia ziem polskich po rozbiciu dzielnicowym. 
** 
a.Chyba nikt nie ma watpliwości, ze to wielkie finansowe interesy, a nie ideologia i religia wywołały konflikt w Syrii i Iraku. Może to uproszczenie- ale przecież w dolice Tygrysu i Eufratu przez setki lat w lepiej lub gorzej- ale współistniały religie- dzięki temu przetrwały tam do XXI wieku, inaczej by ich tam nie było! 

b. Ropa, antyki. W antykwariatach Londynu, Hamburga czy Zurichu bez problemu można znaleźć antyki "niewiadomego" pochodzenia, bez wątpliwości rozpoznawanych przez specjalistów jako pochodzace z Iraku i Syrii...Wstyd dla Zachodu za to, że to własnie m.in w Europie obiekty te są praktycznie "legalizowane"- "czyszczone" ze świadectw o ich proweniencji i wystawiane na otwartym rynku sztuki. Ktoś je wystawia. Ktoś je kupuje. I nie sa to terrorysci, lecz wykształceni koneserzy... 

c.Od lat wspieram PAH, która z niebywałą determinacja niesie pomoc w MIEJSCACH KONFLIKTÓW. 

*** Jeśli mądrym gospodarowaniem ziemią nie zajmiemy się szybko, to za chwile głód i susze beda tylko mnożyć katalog zachodnich problemów...wiemy o tym wszyscy...

****Europa popełniła i popełnia wiele błędów. Jednak istnienie nierówności jest faktem. Ekspolatacja też jest faktem. Czy nie należy się spodziewać kiedyś buntu szwaczy z Bangladeszu, w których jeansach kupionych za cenę prania chodzimy? Teraz jest czas na dynamiczne dzialania, ale także na dalekowzroczną refleksję. Tak aby nie tworzyć w świecie dalszych podziałów - my i oni, bo wtedy żaden mur nas nie ochroni.

20 mar 2016

"Szczygieł" Carela Fabritiusa




33,5 na 22,8 cm- to format bliski kartki papieru. Wielkość poważna, jeśli jako kartka nosiłaby słowa. Dla obrazu, oleju na desce- to format prowokująco niewielki. A motyw: szczygieł. Po prostu. Zwykły ptak, jeden z ziemskiego, przyrodniczego dostatku, z przebogatego katalogu gatunków. Carduelis carduelis, to łacińska nazwa szczygła. Brzmi poważniej niż nazwa polska, gdzie dźwięki niosą w sobie coś psotnego. Ulotnego. Zmiennego. Jako temat dla obrazu wydaje się być niewiarygodnie trywialny. Jednak ten motyw jest tak nasączony znaczeniami, że potrzebuje odczytania. Jak pełen ukrytych między wierszami znaczeń tekst potrzebuje egzegezy. 

„Szczygła” namalował Carel Fabritius, najzdolniejszy malarz z pracowni Rembrandta. Niektórzy chcą w nim widzieć ucznia, który- zrodzony w blasku talentu swojego nauczyciela – za chwilę miał go przerosnąć. Wiele pisano o antyrembrandtowskim potraktowaniu światła- o malarskiej rewolucji, której dokonał Fabritius. O doskonałej technice. O intuicji kolorystycznej i genialnym światłocieniu. 

To jeden z tych obrazów, które zerkając na nas z tysięcznych reprodukcji stawiają pytanie- jak powstaje dzieło, które przetrwa swój czas? A nawet więcej: gdy przeminą wszyscy, dzięki którym powstało, będzie znaczyło jeszcze więcej. Wzrośnie nie tylko wartością zabytku przeszłości, dawnego reliktu, ale zabrzmi także tą niewypowiedzianą siłą, która powstaje nie wiadomo kiedy, nie wiadomo dlaczego, scalając w sobie pełną moc przedstawionego motywu i talentu artysty. 

Niewielkie ptaki, ptaszki i ptaszęta, w które tak obfituje wiosenne niebo zwykle pojawiają się nagle. Siadają wśród konarów, nerwowo kręcą maleńkimi główkami. Czasem poruszą piórkami. I zanim się zorientujemy znikają. Odlatują, zostawiając za sobą tylko drżącą gałązkę i poruszone powietrze…Ślad równie efemeryczny, co ich wcześniejsza obecność. 

Szczygły podobno mogą zachowywać się inaczej. Można je poddać ludzkiemu pomysłowi. Jak nakazano w Genesis- uczynić poddanymi. Tu człowiek poszedł dalej. Okazało się, że można je cyrkowo przysposobić, nauczyć się samodzielnie czerpać wodę małym wiaderkiem. Po co – nie wiem. Smutno wygląda ten szczygieł przywiązany srebrzącym się łańcuszkiem do podajnika. Ptak w niewoli ludzkiego kaprysu. 

Aluzje biblijne w tym wypadku wydają się odrobinę uprawnione: charakterystyczna, czerwona główka szczygła znalazła w chrześcijańskiej historii wyjaśnienie testamentowe. Ta czerwień miała odnosić się do Pasji Chrystusa. Gra znaczeń szczygła z obrazu jest zatem wielowarstwowa. Niderlandzka nazwa ptaszka, „puttertje” miała wskazywać na tę wyćwiczoną umiejętności czerpania wody, od słowa „putten”. Co więcej, nawiązywała także do rodziny noszącej nazwisko zbieżne z niderlandzkim słowem „szczygieł”. Obraz powstał podobno na zamówienie, jako swoisty szyld. Znak graficzny dla domu rodziny „Szczygłów” w mieście Delft.



To takie przewrotne- jeśli ten obraz rzeczywiście miał motyw tak zakorzeniony w konkretnym czasie i miejscu. Obrazek funkcyjny, powstały z przyczyn pragmatycznych. A jednocześnie wieloznaczeniowe arcydzieło malarstwa iluzjonistycznego.

Ars longa, vita brevis. Życie składa się z katalogu spraw efemerycznych. Te stałe, nieruchome są tylko tłem. To ten trywialny szczygieł zapewnił jego autorowi nieśmiertelność. 

Carel Fabritius zginął młodo. I spektakularnie. 12 października 1654 w Delft wybuchły wielkie magazyny prochu. Eksplozja zniszczyła miasto, zburzyła jego budynki, zabiła mieszkańców. Być może Fabritius zginął w swojej pracowni. Zniszczeniu uległy także obrazy, z kilkoma wyjątkami. 

„Szczygieł” podpisany nazwiskiem malarza z datą 1654 musiał zatem być jednym z jego ostatnich obrazów. Talent Fabritiusa w dużej pozostał w sferze hipotetycznej. Jako potencjał, którego mocy możemy się tylko domyślać. Malarz zginął zbyt młodo, by odsłonić pełnię swych możliwości. 

Pyły po wybuchu w Delft opadły, miasto z ruin odbudowano. Nadeszło nowe pokolenie artystów. Wśród nich wielki Vermeer, być może uczeń Carela. Ale Fabritius pozostał w tej mgle. Taka jest historia najzdolniejszego ucznia Rembrandta. Tak bardzo podatna na działania wyobraźni. 

Szczygieł, Carel Fabritius, 1654 Haga, Mauritshuis

PS Do tego tematu, bardziej niż książka Donny Tartt skłoniły mnie wszystkie akcydensy, które przywiozła mi siostra po wizycie w Delft i w Hadze :).

Justyna Napiórkowska, historyk sztuki i europeista, współprowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie i Brukseli, autorka Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury. 

21 lut 2016

Bergamo nocą




Zazwyczaj włoskie nazwy miast niosą w sobie coś nęcącego. Foniczną zapowiedź swojej malowniczości. Mieszczą się w niej zaułki, nasłonecznione place, cyprysy pnące w niebo, kamienie przeszłości. Bergamo brzmi inaczej. Lombardzko. Praktyczne. Przedsiębiorczo. Ale to brzmienie może mylić, bo Bergamo jest jak drogocenna szkatułka.

Bergamo usadowione jest na wzgórzu, z którego stare miasto rozlewa się wokół połaciami nowego, nowoczesnego miasta. Na dole panuje logika skrojonych z urbanistycznym zamysłem ulic. Na górze – w Bergamo-Alta rządzi logika bluszczu- wielowiekowego rozrastania się siatki miejskiej poddanej wymagającemu usytuowaniu.

Bergamo Alta. Bergamo górne.  W wolnym tłumaczeniu: Bergamo wysokie. Ja pozwolę sobie na jeszcze bardziej wolne tłumaczenie: Jego wysokość Bergamo. 

Jego wysokość wdarła się w skały przedpola Alp, tu gdzie zaczynają się Alpi Orobie. Kamienny diadem murów Bergamo spina wzgórze. Jeszcze z samolotu można zobaczyć złocące się miasto. W środku zmieściło się wszystko- tajemnicze ogrody, do których wiodą kamienne bramy, pałace o weneckiej architekturze na wspomnienie dawnej zwierzchności, kolekcja sztuki równa mediolańskiej Brerze. 


Tego wszystkiego tym razem nie zobaczę. W Bergamo zatrzymałam się tylko na chwilę, wiedziona turystycznym wymogiem porannego połączenia lotniczego. Na dworcu pojawiam się po 22.00, stąd pojadę do górnego miasta, bo moja romantyczna dusza nie chciała tym razem zatrzymać się na dole, tak jak nakazywał jej zdrowy rozsądek. O 6 rano muszę znów zacząć podróż, by przed siódma znaleźć się na lotnisku. 

Gdy w recepcji odbierałam klucze, recepcjonista mówił więcej niż chciałam. Znałam już Bergamo, byłam tu dwa razy, choć zawsze tylko na ułamek chwili. Oglądałam miasto w etapach, próbując złożyć z nich obraz całości. Tym razem byłam jednak zbyt zmęczona by zaprotestować. Pozwoliłam mu mówić po angielsku, by dopiero pod koniec informacji o procedurach otwierania drzwi i wymeldowania przyznać się do znajomości włoskiego. Przyznałam się także do tego, że znam już trochę Bergamo. Recepcjonista był przemiły. Od razu pomyślałam, że musiał się tu urodzić i od lat obrastać w tę typowo włoską miłość do własnego miasta, dzielnicy, borgo. Polecił mi miejscową polentę, którą na jednym  placyków – właściwie pod oknami mojego hotelu można zjeść przy placu, w chłodzie lutowej nocy aż do późna. 
Godzinę później, gdy autobus dowiózł mnie do Górnego Miasta, sama zrewidowałam swoje wcześniejsze przekonanie o znajomości miasta. Ostatnio kiedy tu byłam, spędziłam dzień oglądając po kolei wszystkich Bellinich w tutejszej pinakotece (Accademia Carrara), a gdy mój czas zaczynał już niknąć jak słońce za horyzontem, górne miasto nagle objęła mgła. Najpierw zniknęły wieże pnące się na wysokość ponad 50 metrów. Potem znikać zaczęły także Palazzo do Ragione i katedra. Ciężka i gęsta mgła kładła się na ceglanych flizach tutejszych ulic.
   
Było to doświadczenie mistyczne. Uświadomiło mi, że to całe piękno może tak szybko zniknąć, roztopić się jak w sopel lodu wystawiony na południowe słońce. 

Tym razem do dyspozycji miałam jedynie późny wieczór, właściwie fragment nocy. Perspektywa wczesnego poranka próbowała mi go zgryźliwie zmącić, ale nie poddałam się racjonalnemu myśleniu i zdecydowałam na powolny spacer, tak jak mnie kręte drogi Bergamo poprowadzą.
A poprowadziły mnie spektakularnie. 

To zapamiętane przeze mnie niewinne, rozjaśnione miasto na wzgórzu okazało się zmienne i kapryśne. Nieprzewidywalne, na przemian przyjazne i wrogie. Taka pewnie była jego historyczna konieczność- wabić, ale też trzymać dystans, budzić podziw, ale i respekt.  
Jego ulice, tamtym razem skrzące blaskiem witryn, teraz były nieruchome  i milczące. Okienne witryny zasłonięte drewnianymi okiennicami. Gdzieniegdzie przemykające dwie-trzy osoby. 
Prowadziły mnie puste tunele uliczek okalanych z dwóch stron murami budynków. Bez okien, bez drzwi. Ich ściany pięły się ku górze. Szłam przez te kamienne wyłomy, jak w kanionie, wdychając wilgotne powietrze ciemnych zaułków, gdzie nawet tu, we Włoszech, zimą słońce nie dociera. Mury pokrywały bluszcze i mchy. 
Szłam bez mapy, z tracącą moc komórką (to pewna prawidłowość w takich okolicznościach), rejestrując wszystko tylko w pamięci. Miasto wydawało się niewielkie i podatne na Herbertowski sposób zwiedzania- tu w prawo, tam w lewo, bez celu, jak flâneur. Szłam jedną z najstarszych ulic- via del Arena. Po drodze widziałam kościół św Agaty, katedrę i bazylikę Santa Maria Maggiore, gdzie zgodnie z romańską modą kolumny portali ustawiono na sylwetach lwów z marmuru z Candoglii. Po drodze, w niewielkiej loggi stała podświetlona tumba. Nagle, gdzieś u zamknięcia uliczki pojawiła się na postumencie ciemna postać, z podświetloną od tyłu sylwetą w papieskich szatach, tiarą. Teraz wiem, że był tu najpewniej pomnik Jana XXIII, który tu się urodził i wbrew rozgorączkowanej wyobraźni nie był żadnym z tych papieży z ciemnych kart historii Kościoła, a wręcz przeciwnie, świętym! Jednak ciemność zmienia percepcję. 

Zgubiłam się w tym nocnym Bergamo. Przewędrowałam wąskimi siatkami ulic, a towarzyszył mi podziw, gdy odsłaniały się przede mną spektakularne place, ale i strach, potęgowany uśpieniem miasta.

To raj dla pisarzy, których wyobraźnia mogła się swobodnie posiłkować tym miastem piękna, tajemnicy, światła i mroku. Jak porządna opowieść, Bergamo potrafiło odsłaniać co chciało i kiedy chciało, po to by potem znów zakryć to gęstą jak mleko mgłą. Zadziwić widza, otumanić wędrowca, zmylić turystę, który jak ja mógł się potem zastanawiać- czy to by sen?


Gdy wieczorem patrzyłam na Città Alta z dołu, Bergamo wyglądało jak jedno z tych cukierkowych, historycznych miast, których dawne funkcje stały się tylko turystycznym folklorem. Tu, jak zobaczyłam tym razem, było w dużej mierze inaczej.    
Jedyne co urealniało ten obraz, to rozmieszczone tu i ówdzie tablice wspominające wielkich literatów, którzy tu się kiedyś zatrzymali. 















Justyna Napiórkowska, historyk sztuki i europeista, współprowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie i Brukseli, autorka Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury.