22.09.2016

Tajemnice Nefretete


Gablota stoi w centrum ciemnej sali.  Szklane akwarium w muzealnym półmroku. Snop światła wydobywa ją z nicości. Jest doskonała, tajemnicza, wniosła.  Nefretete. Magnetyczna piękność z berlińskiego Neues Museum.

Większość zwiedzających przychodzi tu właśnie do niej. Stoją w bezruchu, w ciszy, w skupieniu.
W bezczasie, jak ona. Nefretete promieniuje w  tym swoim szklanym pudełku. Jak motyl przypięty szpilką z perłowa główką, za smugą celofanu, w gabinecie kolekcjonera.

Wyobrażam sobie emocje, jakie towarzyszyły w grudniu 1912 roku archeologom, gdy spod gruzu i kurzu, w miejscu, które było dawną pracownią rzeźbiarza Totmesa wydobyli to popiersie. Odkrywca, Ludwig Borchardt chyba od razu wiedział, że oto zmienia się hierarchia najważniejszych dzieł sztuki na świecie. Wyłoniona z pyłów Nefretete upomniała się o swoje miejsce. O gablotę, której tak uważnie strzec będą strażnicy berlińskiego muzeum.

O pięknie Nefretete nie ma co mówić. Jest oczywiste, niepoddawane wątpliwościom, zbudowane z harmonii i doskonałości.  Patronka gabinetów urody. Nawet jej imię miało oznaczać „piękno, które przyszło”.  Gdy została współregentką, otrzymała imię Neferneferuaton, „nadzwyczajna piękność Atona".

Na dodatek była podobno zuchwale mądra.

W całym muzeum można zobaczyć jeszcze kilka jej podobizn, rozstawionych w różnych salach, zawsze gdzieś w pobliżu równie pięknego Echnatona. On młodzieńczy, o czystej urodzie. Ona, idealnie-realna. Inspiracja makijażystek wszech czasów. Usta malowała używając ochry, oczy miała podkreślone precyzyjną kreską.

Nefretete wydaje się bez skazy, ale gdy się przyjrzymy, okazuje się, że można dopatrzeć się nawet zmarszczek.
Te ledwie zaznaczone fałdki –subtelny znak starzenia się, dyskretny symptom przemijania, który paradoksalnie przetrwał ponad 3000 lat. Paradoksalnie- w życiu powstają niechciane i bez wysiłku, w rzeźbie wymagały od autora wyjątkowego kunsztu i celowości.

Być może naprawdę wcale nie była piękna, a ten wielowiekowy mit na temat jej urody był owocem skutecznej propagandy? Podobno pod gładką, gipsową warstwą, która tak pięknie uwydatnia kości policzkowe, pod tym wizerunkiem, który stał się synonimem urody doskonałej jest wapienny trzon, gdzie twarz Nefretete jest znacznie mniej regularna .

A zatem być może rzeźbiarz ją udoskonalił. Dłutem wycyzelował jej urodę. Czemu jednak Totmes zdecydował się ten tak wyidealizowany wizerunek urzeczywistnić, zarysowując delikatną siateczkę zmarszczek wokół jej oczu? To triumf życia. Pochwała prawdy.

Nefretete i Echnaton wprowadzili kult Atona, egipski pierwotyp wielkich monoteizmów. Dokonali prawdziwej rewolucji i najwyraźniej stało się to w rękawiczkach, jeśli nawet krwawo, to niezwykle estetycznie, w pięknie i harmonii, której byli orędownikami. Tylko tak doskonały wizerunek mógł pasować do takiego przewrotu ideowego.



Naukowcy wszystkich czasów wciąż poszukują choć śladu, jakiegoś tropu, który pozwoliłby opowiedzieć o Nefretete więcej. Badają pigmenty, prześwietlają ją tomografami. Poszukują i analizują, by przebić tę powierzchowną warstwę. Dotrzeć do tajemnicy Nefretete i rozłożyć ją na czynniki pierwsze.

Kiedy w chłodny, berliński poranek stanęłam naprzeciw niej, to szczelne, konserwatorskie opakowanie, w którym jest eksponowana wydało mi się bardzo trywialne.
Nefretete ma taką moc, że nawet w tej szklanej gablocie muzeum nie daje się sprowadzić do rangi eksponatu. Dosłownego, naukowo opisanego.  Nawet najbardziej uwielbianego.

Justyna Napiórkowska, historyk sztuki i europeista. 
Współprowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie i Brukseli. 
Autorka Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury. 

26.08.2016

"Babie lato" Józefa Chełmońskiego


Patrząc na ten obraz, trudno uwierzyć, że powstał on pewnie w ciemnej ( i może zimnej ) pracowni malarskiej, a nie w plenerze. Mogło to być studio wynajmowane przez Józefa Chełmońskiego wraz z Witkiewiczem i Chmielowskim w hotelu Europejskim przy warszawskim Krakowskim Przedmieściu. W sercu miasta. Był rok 1875, a w autorze tliło się wspomnienie bezkresów Ukrainy, które oglądał podczas podróży rok wcześniej.

"Babie lato" to chyba najpiękniejszy obraz na czas, gdy w miarę coraz krótszych dni narasta nostalgia za tym, co właśnie mija.

Obraz chwili i obraz schyłku. Celebrujący moment i wieszczący tęsknotę za nim, gdy przeminie.  

To na tym płótnie zrealizował Chełmoński swoją wizję życia chłopskiego, przełamując przy tym wszystkie zasady, począwszy od tej dotyczącej godności tematu.
Ukraińska chłopka wylegująca się wśród wysuszonych traw na poważnym obrazie? Według publiczności warszawskiej było to niegodziwe. Zwłaszcza te słynne bose, brudne stopy!
Po prostu skandal. Skandal, który wywołał falę krytyki i de facto zmotywował młodego malarza do wyjazdu do Francji. A tam, wśród pyłów opadających po sporze akademików z realistami, Chełmoński mógł liczyć na prawdziwy triumf. I na przykład Grand Prix wystawy światowej. Los artysty, w którym to, co wielkie musi wyłonić się z ciemności.

Prowokacją w tym obrazie jest prawie wszystko. Trywialny temat, pozbawione ozdobników przedstawienie, w końcu ustawienie horyzontu tak wyzywająco niezgodne z zasadą złotego podziału.

W tym bezkresnym pejzażu, linia dzieląca niebo od ziemi jednocześnie dzieli kompozycję obrazu na pół. 

Kiedy jednak patrzę na ten obraz mrużąc lekko oczy, mam nieodparte wrażenie, że Chełmoński przemyślnie, jako realista oddał pewien stan rzeczywisty, ale także jak symbolista z tajemnym przekazem zszył tutaj rozdzielone linią horyzontu sfery.
Postać dziewczyny, jej wyciągnięta dłoń, nitki babiego lata, czarna sylweta psa jak klamra spinają niebo i ziemię. Przypominając, że beztroska nieba i ziemskie utrapienie do siebie przynależą. Muszą współistnieć.     

Kiedy stanęłam ostatnio naprzeciw tego obrazu w warszawskim Muzeum Narodowym, w jeden z najbardziej upalnych dni tego lata, nabrałam przekonania, że nie warto silić się na neutralny profesjonalizm. Ten obraz dobrze i wiarygodnie ogląda się właśnie w najgorętsze dni końcówki lata. Gdy opadający wieczorem żar powietrza już nie otumania, ale rozpyla jakąś łagodność. Pośpiech dnia czeźnie. Zmęczenie pracą i upałem niknie, znój dzielnie przeniesiony przez wszystkie godziny dnia gaśnie.

Zmęczenie przeradza się z bezwolność omamiającą zmysły. Opada ciężka kurtyna dnia.

Pamiętacie takie upalne dni?

Pośrodku obrazu- postać dziewczyny, w ciężkiej spódnicy, okutanej w lny i płótna. Wyleguje się na rozpostartym wśród wysuszonych traw jutowym worku. Biel jej spódnicy i jasność  bluzki kontrastuje z szarą paletą w otaczającym ją pejzażu.

Między palcami plącze jej się nitka babiego lata. Dziewczyna chwyta ulatującą nić. W tej chwili nie istnieje dla niej i w niej nic więcej. Tylko celebrowanie tej chwili, ulotnej jak te wici na niebie.
Dziś powiedzielibyśmy na to- mindfulness. Chwytanie chwili. Skupienie na doczesności.  Radość czerpana z powiewu wiatru, z zapachów, smaków, świateł.
Wylegująca się dziewczyna, pewnie uciemiężona dniem pracy pewnie tego nie rozważała. Ale to uczucie obezwładniającego zmęczenia, gdy z braku sił zapadamy w jakąś bezmyślność wydaje się znane. Czy nie można znaleźć łącznika między jej zabawą babim latem, a współczesnym odstresowującym kolorowaniem rysunkowych zeszytów? Jednak jej zmęczenie jest piękniejsze, bo w pełni wpisane w zachwycający pejzaż.

Babie lato… cierpliwie utkane pasemka. Smugi lekkie i unoszone przez wiatr. Za całą ich poetyckością mieści się wielki pragmatyzm przyrody, gdy tkające je pająki przenoszone są ciepłymi podmuchami powietrza na skraje świata, których istnienia nawet nie podejrzewają. Czasem wici zaplączą się wśród gałęzi. Albo zostaną zatrzymane jak tu, przez bawiącą się palcami dziewczynę, gdzieś wśród równinnych pól.

Poziom zmęczenia zdewaluował wszelką obowiązkowość, zgrzebność, uporządkowanie. To przedstawienie staje się niemą, zatrzymaną w bezruchu odpowiedzią na cuda przyrody.
Jest w tym odpoczynku tak opowiedzianym przez Chełmońskiego niebywała doskonałość. Uczucie pełni, po którym można poznać arcydzieło.  

Justyna Napiórkowska, historyk sztuki i europeista. 
Współprowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie i Brukseli. 
Autorka Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury. 

Między pięknem a rozpaczą- drżąca ziemia


Na jednej ze ścian dolnej bazyliki w Asyżu, w kwaterze z malarskiego cyklu z warsztatu Giotta przedstawiona jest scena rozgrywająca się w 1222 roku w mieście Sessa. Opisał ją w Trattato dei Miracoli Tommaso da Celano jako jeden z cudów dokonanych przez świętego Franciszka. Na skutek działania złych mocy w Sessa zawalił się dom, grzebiąc pod rumowiskiem chłopca. Jak opisał da Celano, święty Franciszek miał wówczas wskrzesić wydobytego spod gruzów dziecka. Po trzęsieniu ziemi, które nocą z 23 na 24 sierpnia 2016 roku dotknęło środkowe Włochy, można czekać tylko na cud. 

Na fresku z warsztatu Giotta widać obraz rozpaczy. W miejscu domu- ruina: kamienie, połamane belki, kurz. Obok grupa postaci. Z gruzowiska wydobyto właśnie blade ciało chłopca. Opada bezwolnie z trzymających je rąk. Osuwa się, jak w piecie opada ku ziemi. Pochylająca się nad nim kobieta to pewnie matka. Obejmuje dziecięcą, pokrytą pyłem twarz. Wokół gęsty tłum uczestników i gapiów. Zmartwieni, poruszeni, zrozpaczeni. To tu za chwilę nastąpi cudowana interwencja Franciszka. Chłopiec ożyje.

Freski Giotta i wspólpracowników zachwycają próbą realistycznego oddania postaci, głębokim psychologizmem, bogatą paletą. Ich motywy są ponadczasowe. Nikt tak dobitnie jak Giotto nie pokazał pocałunku Judasza, który na scenie w kościele górnym wręcz entuzjastycznie rzuca się w ramiona Jezusa, po to, by go zdradzić. Obraz odwiecznej ludzkiej miałkości. 

Nikt także tak pięknie nie pokazał odwiecznej ludzkiej tęsknoty za cudem, za interwencją, która odwróci bieg zdarzeń. 

To tak naprawdę po prostu tęsknota za nadzieją- tą wielką siłą z triady z wiarą i miłością. 
Wyraz ludzkiego pragnienia, by nadzieję po prostu mieć. 
   
Byłam w Umbrii w zeszłym roku. Najpierw podróż przez Orvieto, Perugię, Asyż, potem drogą wzdłuż Tybru przez Lacjum na południe, do Rzymu. Wzdłuż- to niedobre określenie. Tybr płynąc przez Umbrię i Lacjum wije się, skręca gęstymi meandrami. Płynie w wyciętym wśród zieleni, płytkim korycie. Powoli się poszerza, ale nie ma nic z majestatu jaki nadadzą  mu imponujące mosty w Rzymie.
Droga do Rzymu, włoska superstrada prowadzi przez dziesiątki mostów. Umbria wypełniona jest niezliczonymi wzgórzami, na których w niebo pną się cyprysy. Jak powiedziała moja siostra, Magda te umbryjskie wzgórza ukoronowane są srebrzystymi diademami małych miasteczek. Dalej na południe faluje w ciemnej welurowej zieleni ściana gór oddzielająca bardziej równinne tereny od Adriatyku. Tak zapamiętałam ten fragment półwyspu, na południe od Perugii, gdzie drogowskazy kierowały do Terni, Narni, Amelii.
   
Przemierzając Umbrię, wśród tego piękna nie można nie odnieść wrażenia niezwykłej harmonii między tym, co uczyniła tu natura i tym, co uczynił człowiek.

Jak opowiada księga Genesis, świat powstał z chaosu. To piękno pofalowanych wzgórz, skalistych skarp, na których zawieszone są dziś jak gniazda domy Urbino czy Asyżu także wyrosło z faz anarchii. Z kaprysów ziemskiej powłoki.

Piękno wypiętrzone z chaosu. Wyrosłe ze zgrzytów ziemi.

Kamienny Asyż, którego włoska nazwa brzmi tak dźwięcznie, Assisi, gęstą zabudową porósł górę Subasio. Miasto świętego Franciszka i świętej Klary. Umbrię odwiedzałam wielokrotnie, między innymi w czasie studiów w nieodległej Florencji. W samym Asyżu byłam jako dziecko, w najgorętsze dni lata. Zapamiętałam wówczas ścieżkę wśród cyprysów, która prowadziła do bram miasta.  Byłam wiele lat później, w chłodny i deszczowy dzień, gdy Asyż tonął w szarościach. Byłam też ostatnio na wiosnę, gdy kamienne miasteczko wyrastało z radosnej zieleni wzgórza, a przed Bazyliką, w dłoniach wiernych zieleniły się gałązki bukszpanu z okazji Niedzieli Palmowej. Od mojej pierwszej wizyty Asyż dotknęło potworne trzęsienie ziemi. Miało to miejsce 26 września 1997 roku. Przed południem, w kościele górnym bazyliki świętego Franciszka upadły sklepienia. Sceny z ewangelistami rozpadły się w tysiące drobnych kamyczków. 

Na cząsteczkach drobnego gruzu, na kamyczkach i odłamkach pozostały ślady polichromii, które pozwoliły włoskim konserwatorom dokonać niezwykłego- odtworzyć z rumowiska,  z 80000 fragmentów kolejne fragmenty sklepienia.
Ułożono wówczas puzzle z dziesiątków tysięcy części. Na gruzach franciszkanskiej budowli wykonano benedyktyńską pracę. Na granicach zdrowego rozsądku i pragmatycznej  kalkulacji. Po to, by przywrócić blask arcydzieła, odtwarzając sklepienie, w którym nie będzie braków, jak wyrwanych kartek w książce.

Niewiarygodne. W tym miejscu to druga odsłona włoskiego geniuszu. Ten włoski geniusz ujawnił się we freskach Giotta, które w XIII i XIV wieku zrewolucjonizowały sztukę. W początku XXI wieku wyrazem tego geniuszu był ogromny szacunek dla dziedzictwa kulturowego, który kazał odtwarzać to, co zniszczone.

Kilka dni temu ziemia we Włoszech znów zadrżała. Setki osób, które spokojnie zasypiały w swoich domach w Amatrice i sąsiadujących wioskach zginęły, przysypane gruzami własnych domów...Tak trudno pogodzić się z tą tragedią... 

Pozostaje tylko wierzyć w cud. Pozostać z nadzieją, że gdzieś pod gruzami jeszcze tli się życie do uratowania. Z wiarą, że kamienne mury, domy i przyszłośc także uda się znów odbudować, nawet z 80.000 fragmentów.    

Justyna Napiórkowska, historyk sztuki i europeista. 
Współprowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie i Brukseli. 
Autorka Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury. 

01.08.2016

Warszawa, 1 sierpnia

(...)
Ciemna noc się nad nami
roziskrzyła gwiazdami,
białe wstęgi dróg w pyle, długie noce i dni,
nowa Polska, zwycięska, jest w nas i przed nami
w równym rytmie marsza: raz, dwa, trzy...
Hej, chłopcy, bagnet na broń!
 (...) Krystyna Krahelska, ps. Danuta

Historia, ta zbyt tragiczna zostawia swój ślad na miejscach. Plami je, wnika w ich glebę. Zmienia niebo nad nimi.

Niby pozornie wszystko wygląda tak samo. Odczułam to w tym roku w Waterloo, w miejscu wielkiej bitwy, którego zielone pola wydawały się zbyt idylliczne jako tło dla śmierci 22 tysięcy ludzi w czasie ostatniej, przegranej walki Napoleona. Ale gdy tak w ciszy spoglądałam w te miękko rozlewające się po horyzont łąki, czułam niebywałą powagę. Tragiczny genius loci.

Cóż dopiero Warszawa...

Miasto, które miało być zrównane z ziemią na zawsze- żyje. Pnie się wieżowcami w górę. Pulsuje arteriami. Jego wypełnione kawiarnianymi stolikami place pobrzemiewają gwarem.
Ulice ruchliwe. Tramwaje zatłoczone. Powietrze wypełnione śmiechem, szumem; pośpiechem i zniecierpliwieniem. Na drogach kipią nerwy kierowców. Na trotuarach w kakofoni tętni ruch pieszych.
Poruszają się liście na drzewach. Chmury swobodnie wędrują, gdzie chcą.

Ale gdy na chwilę, 1-ego sierpnia o 17-tej wszystko zatrzymuje się w miejscu, historia cicho tkwiąca w granitowych tablicach, w uszczerbkach murów i w spiżowych pomnikach przez chwilę brzmi głośno, potężnym memento. Dźwiękiem syren, setek klaksonów.

To piękne, jak nauczyliśmy się tego momentu. Jak on reguluje nasze warszawskie zegarki. Wspaniały gest dla ducha tego miasta. Dla niezniszczalnej Warszawy, której rany były tak głębokie.

Tu powstanie jest wszędzie. Wyłania się zewsząd, jak napisy spod łuszczących się tynków. Jest w czerwieni kwiatów pod grawerowanymi płytami. Jest w liczbach: 44 rok, 63 dni, 200000 ofiar. Jest w imieniu mojego ojca, na pamiątkę Kogoś kto w dniach Powstania wyszedł z domu i nigdy nie wrócił. W układzie ulic, pod którymi,gdzieś w pamięci, skrywa się gęstsza siatka dróg i domów, kamienic i parków.  

Warszawa. Varsovie. Warsaw. War-saw. Warszawa widziała. Widziała wojnę.

Lubię iść przez Warszawę niespiesznie. Zatrzymać się obok tego, co zwykle mijane. Zauważyć to, co wzrok najczęściej obejmie, ale nie nada właściwego znaczenia.

Tam, gdzie kamienie padały na szaniec.

Zatrzymuję się na chwilę, żeby zobaczyć. War-saw.

Jedna z dziesiątek tablic, przy Alejach Jerozolimskich, niedaleko Brackiej. Dziś błyszczy tu Vuitton.

Gdzieś tu, 8 sierpnia 1944 roku zginął Antek Godlewski, zwany Rozpylaczem.
Miał 21 lat, piękną twarz, pewnie równie piękną duszę i marzenie o morskiej żegludze. Jak mówili jego koledzy, był "narwany, odważny, wesoły, pogodny, roześmiany, kontaktowy...() Był żywiołowy chłopak i przez tę swoją żywiołowość tak szybko zginął właśnie w ataku na „Cristal” w Alejach Jerozolimskich." Wszystko pękło jak bańka mydlana właśnie tu, przy Alejach Jerozolimskich. Przy ataku na Cristal.

Jakie to symptomatyczne: żywiołowy, więc zginął tak szybko. Iskra, która spaliła się zbyt prędko. Zapłonęła ogniem w tym warszawskim holocauście, gdzie nikt nie chciał być ofiarą, bo przecież wszyscy szli po zwycięstwo, a nie po śmierć.

Osiem miesięcy wcześniej, zanim Warszawa zapłonęła blaskiem swoich meteorytów, Hans Frank notował w swoim dzienniku: „Gdybyśmy nie mieli Warszawy w Generalnym Gubernatorstwie, to nie mielibyśmy 4/5 trudności, z którymi musimy walczyć. Warszawa jest i pozostanie ogniskiem zamętu, punktem, z którego rozprzestrzenia się niepokój w tym kraju".

Warszawo, dziękuję.

Pamiętam.



Justyna Napiórkowska / Blog O sztuce


18.04.2016

Syn Szawła / Son of Saul - film Laszlo Nemesa



"Syn Szawła" to filmowe arcydzieło.

Być może nie należy tak mówić o filmie, który traktuje o Zagładzie. Zagłada ma taki wymiar, że nie wypada jej ujmować w ramy jakiejkolwiek fabuły. Nie mamy prawa do sztuki o Holokauście, po Holocauście.

Ale ten film jest jak dokument. Trudny, bardzo bolesny i który trzeba zobaczyć, bo zobowiązuje do tego pamięć.

Wrzuca widza z całą mocą w piekło Auschwitz, z którego apokaliptycznych przestrzeni nie sposób się wyrwać.
Przybliżone kadry dają obraz, w którym wszystkie demony ubrane są w niezwykle realistyczną wizję.
Pot, krew, palące mieśnie, których pracę widać na szkieletowanych ciałach. Wszyscy trwają w napięciu i strachu, który nigdy nie gaśnie.

Oglądamy zwykły obozowy dzień. W pierwszym planie jest potworna rutyna. Zagłada odbywa się w jej tle.

Natrętnie towarzyszymy bohaterowi, Szawłowi (Saulowi) Ausländerowi (wielki w tej roli Géza Röhrig), gdy ten jako członek Sonderkommando zmuszony jest uczestniczyć w przemyśle Zagłady.
Szaweł pracuje bez wytchnienia; z porażającą powagą i skupieniem, która wskazuje, że choć widzi to wszystko, co wokół, próbuje ocalić niewinność oczu, zachować dystans. Jakby tego nie widział. Bez krztyny buntu, ale sprawiając, że wszystkie jego czynności są mechaniczne. Wykonuje je jego ciało, ale dusza walczy wytrwale, by być od nich wolna, nie dopuścić za zaakceptowania tego porządku piekła.

Samo pokazanie machiny Holocaustu jest niezmiernie realistyczne. Taki obraz mieści w sobie całe okrucieństwo i niewyobrażalny pragmatyzm zabijania. Porażającą organizacyjną rutynę- niepojętą ekonomię komór gazowych i pieców krematoryjnych...

Oglądając na ten film także widz, podobnie jak Ausländer*, nie może już się buntować. Staje się wieźniem tego zorganizowanego aparatu. Przez kolejne sceny jest zespolony bliskim kadrem z Ausländerem i po prostu próbuje przetrwać, ratując ostatni skrawek swojej duszy.

Jednak i w tym piekle nadchodzi głód katharsis. Pojawia się granica, której nie można przekroczyć. To zgoła nic nie znaczące w nadmiarze potworności wydarzenie.

W pewnym momencie, w Szawle budzi się obsesyjna potrzeba pochowania chłopca, który cudem przeżył natrysk w komorze gazowej.
Ausländer zaczyna miotać się jak Antygona, na miarę okrutnego XX wieku. Budzi się w nim potężne pragnienie pochowania chłopca, oddania zadość rytuałowi pogrzebowemu, odmówienia kadisz. Chęć spełnienia choć tej ostatecznej powinności, próba ocalenia tego chłopca choć w tym wymiarze generuje w bohaterze poteżną i nieracjonalną silę działania. Gdy doktor śmierć chwilę wcześniej dobijał chłopca zastrzykiem, Ausländer po prostu zastygł w bezruchu, nawet nie jęknął, jakby z wymiaru "tu i teraz" już dawno zrezygnował. Zapragnął ocalić jedynie wieczność, poprzez rytuał pogrzebowy, który stał się ostatnim bastionem człowieczeństwa na tych zgliszczach świata.

Ten pochówek staje się jego obsesją. Szaleństwem realizowanym rozmyślnie i wytrwale.

W tym filmie pojawia się też przez ułamek sekundy wybawienie. Objawia się w uśmiechu na twarzy Szawła Ausländera w jednej z ostatnich scen... Ten uśmiech na porażająco skupionej przez cały film twarzy Szawła to najpiękniejszy uśmiech kina.
Choć nie prowadzi do dobrego zakończenia, bo takiego nie można się było spodziewać...

To film bardzo trudny. Oglądając go, łatwo zupełnie wątpić w swoje człowieczeństwo. Ale w finale otrzymujemy też jakiś blask nadziei.

Syn Szawła ( 2015)
reżyserii László Nemes
na podstawie scenariusza László Nemesa i Clary Royer

* Czy nazwisko też niesie znaczenie- obcy?- jest tu, ale on nie stąd, poddany, ale nie pogodzony

22.03.2016

Drzwi Gnieźnieńskie. Z Brukseli.


                      

Bruksela. Dziś rano miastem wstrzasnęły wybuchy- najpierw na lotnisku, potem na stacji metra. 

Większość osób, które los tu ściągnął, przybyły za jakimś swoim marzeniem. Także Polacy, cieszący się otwartą dla nas Europą. Europracownicy, hydraulicy, biznesmeni, pisarze i dziennikarze...
Wielu z nas nie widziało tu ideału, nie było zaślepionych, ale jednak chcieliśmy realizować jakieś swoje marzenie.
Marzenie wyjścia poza granice kraju, marzenie zdobywania Europy i realizowania swojej misji, choćby w najmniejszej skali.
Obserwuję to od kilku lat i od kilku lat także w tym uczestniczę.

Od miesięcy widzimy jak to marzenie kruszeje...Dziś jestem w Brukseli. Cichy, dość pogodny poranek przerwały informacje z mediów. A potem ten ciągły dźwięk syren, w różnych miejscach.

Odczuwam ten strach, ból i żal pewnie nie mocniej, lecz tak samo jak wiele osób na świecie. Bo tu nie miejsca mają znaczenie, ale podstawowa i piękna ludzka solidarność.
To jest takie smutne...Przychodzą liczne refleksje. Na przykład te, których tyle słyszałam niedawno na Zjeździe Gnieźnieńskim. Zorganizowano go w nawiązaniu do słynnej pielgrzymki Ottona III, największego monarchy ówczesnej Europy do grobu Św. Wojciecha. Prelegenci w Gnieźnie nie stracili wiary w to, że można być solidarnym, ale i bezpiecznym, zarówno w sferze fizycznej, jak i w sferze wartości. 
Bez zacietrzewienia i obskurantyzmu. 
W dialogu. Dobrze mieć taką wiarę. 

Skojarzenie z Gnieznem powróciło, gdy przeczytałam dziś w Le Monde, że Salah Abdeslam "był wart dla francuskich śledczych tyle, co jego waga w złocie". Czuję w tym jakąś ironię i przewrotność historii. 
Przypomina mi się kwatera ze spiżowych Drzwi Gnieźnieńskich, ze sceną, w której Chrobry wykupuje ciało Św. Wojciecha za wagę srebra. Ciało pierwszego świętego, patrona Polski, męczennika. Chrobry robił to być może jako konkretny projekt polityczny, po to by zakorzeniać w Gnieźnie stolicę* i wpisywać powstająca Polskę do strefy cywilizacji zachodniej. Na wagę srebra. Na wagę złota. Minęło ponad tysiąc lat, zmieniły się realia, a wciąż wszędzie- to srebro i złoto, jako mierniki wartości. Być może to skojarzenie nie jest wcale uprawnione. Ale wszyscy chcemy jakoś zrozumieć te wielkie procesy, w których uczestniczymy.  
Wtedy, gdy Św. Wojciechowi poganie w Prusach ścinali głowę też miało miejsce zderzenie cywilizacji. Z jednej strony- niosący cywilizację Zachód, z drugiej- barbarzyńcy, dzicy poganie. Nastąpił wówczas wielki, ludzki ruch tektoniczny, z którego wyłonić miał się inny świat.

                           

Kiedy powstawały Drzwi Gnieźnieńskie, około 1175 roku, Zachód był obietnicą bezpieczeństwa, stabilności, pokoju. Gdy przechodziłam przez te drzwi ostatnio, w kruchcie gnieźnieńskiej katedry, miałam myśli dalekie od tej obietnicy bezpieczeństwa.
Drzwi. Jak wiele w nich jest znaczeń. Poteżne, budące respekt. Otwarte lub zamknięte. Spiżowe, przetrwały wieki. Z kołatką, która może być zaproszeniem do wejścia, ale i z ryglami pozwalającymi odebrzeć intruzów.
Czy Europa mówi ostatnio o czymkolwiek innym?

Jestem w Brukseli, na chwilę unieruchomiona w tym mieście, które bezpieczną twierdzą nie jest. Czuję się jak bohater Dekameronu, oczekujący na obrzeżu wydarzeń, aż dżuma minie.



18 scen pokazuje kolejne etapy życia i śmierci, a także pośmiertnej legendy Św. Wojciecha. To pierwszy przypadek w historii chrześcijaństwa ukazania w takiej formie tematu, który nie pochodził z Biblii, ale stanowić miał jej ciąg dalszy. Sceny z misją i męczeństwem Wojciecha opasane są bordiurą. Wśród bujnych wici wyłaniają się postaci, zwierzęta, hybrydy...Wszystko w rygorystycznym porządku, który ma także nadawać ład rozumieniu świata. Ach ta cudowna, archaiczna wiara w możliwość uporzadkowania światopoglądu obrazem. 

Dziś patrzymy, jak Zachód (który według niektórych już dawno się skończył, bo nie miał w sobie żywiołowych mocy) dogorywa uderzany przez barbarzyńców. I ich zalewie, niesprawidliwość dotyka tysięcy osób Bogu ducha winnych. Uciekających przed wojną. Walczących z determinacją o życie, na łodziach, na łajbach, w zasiekach naszych granic. 

Barbarzyńcy niosą oni ze sobą wiarę w te swoje "wartości". Fałszywe, złe i nieludzkie. Czesto wyrosłe na podatnym gruncie nierówności i frustracji. Ale są to przekonania tak mocne, że każą opasać sie pasami Szahida i iść w tłum, siać apokalipsę. Nieść cierpienie, ból, przerażenie. 

Jak to wszystko pojąć? Jakie znależć remedium...Nikt nie wie. Być może pieniądze- to srebro i złoto- tak jak staje się przyczyna wojen, tak może te wojny rozwiązać. W sumie proste.**  


Naprzeciw naszej brukselskiej Galerii trwa właśnie konferencja dotycząca zrównoważonego rozwoju pod egidą Narodów Zjednoczonych. Spoglądam przez okna na wystawione inspekty pełne zielonych roślin, przykładów mądrego gospodarowania ziemią.***

Z Nadzieją, że ta moc dobra które jest w świecie jest i będzie silniejsza od zła, także tego, którego dziś doświadczyliśmy. 

Patrzę na tę zieleń i mam jakąś nieracjonalną wiarę, że gdy te pyły opadną, obudzimy się mocniejsi. Na Drzwiach Gnieźnieńskich, gdy na marach wystawione jest ciało Św. Wojciecha. gdzieś za nim wyrasta roślinka. A na jej drobnej gałęzi ptak. Znów - bogaty symbol. Choćby kojarząc go z ptakami, które pojawiły się Noemu jako pierwsza zapowiedź suchego lądu, wśród spienionych wód potopu. 

Mam więc nadzieje, że obudzimy się mocniejsi. 
Z większą pokorą. Z większym szacunkiem dla siebie nawzajem. Z empatią dla świata, który cierpi z powodu nierówności.**** Dziś zginęło tyle osób. Szala cierpień znów się przechyliła, tak blisko nas. Trwa dzień smutku, ale musimy wyjść z niego mocniejsi. 

Tego życzę na nadchodzące Święta Wielkanocne. 

Justyna Napiórkowska 

POSTSCRIPTUM 

* W konkurencji z Krakowem również starającym się o prymat i później rozwijającym kult św. Stanisława- co obok religijnych miało polityczne przesłanki- dla zjednoczenia ziem polskich po rozbiciu dzielnicowym. 
** 
a.Chyba nikt nie ma watpliwości, ze to wielkie finansowe interesy, a nie ideologia i religia wywołały konflikt w Syrii i Iraku. Może to uproszczenie- ale przecież w dolice Tygrysu i Eufratu przez setki lat w lepiej lub gorzej- ale współistniały religie- dzięki temu przetrwały tam do XXI wieku, inaczej by ich tam nie było! 

b. Ropa, antyki. W antykwariatach Londynu, Hamburga czy Zurichu bez problemu można znaleźć antyki "niewiadomego" pochodzenia, bez wątpliwości rozpoznawanych przez specjalistów jako pochodzace z Iraku i Syrii...Wstyd dla Zachodu za to, że to własnie m.in w Europie obiekty te są praktycznie "legalizowane"- "czyszczone" ze świadectw o ich proweniencji i wystawiane na otwartym rynku sztuki. Ktoś je wystawia. Ktoś je kupuje. I nie sa to terrorysci, lecz wykształceni koneserzy... 

c.Od lat wspieram PAH, która z niebywałą determinacja niesie pomoc w MIEJSCACH KONFLIKTÓW. 

*** Jeśli mądrym gospodarowaniem ziemią nie zajmiemy się szybko, to za chwile głód i susze beda tylko mnożyć katalog zachodnich problemów...wiemy o tym wszyscy...

****Europa popełniła i popełnia wiele błędów. Jednak istnienie nierówności jest faktem. Ekspolatacja też jest faktem. Czy nie należy się spodziewać kiedyś buntu szwaczy z Bangladeszu, w których jeansach kupionych za cenę prania chodzimy? Teraz jest czas na dynamiczne dzialania, ale także na dalekowzroczną refleksję. Tak aby nie tworzyć w świecie dalszych podziałów - my i oni, bo wtedy żaden mur nas nie ochroni.

20.03.2016

"Szczygieł" Carela Fabritiusa




33,5 na 22,8 cm- to format bliski kartki papieru. Wielkość poważna, jeśli jako kartka nosiłaby słowa. Dla obrazu, oleju na desce- to format prowokująco niewielki. A motyw: szczygieł. Po prostu. Zwykły ptak, jeden z ziemskiego, przyrodniczego dostatku, z przebogatego katalogu gatunków. Carduelis carduelis, to łacińska nazwa szczygła. Brzmi poważniej niż nazwa polska, gdzie dźwięki niosą w sobie coś psotnego. Ulotnego. Zmiennego. Jako temat dla obrazu wydaje się być niewiarygodnie trywialny. Jednak ten motyw jest tak nasączony znaczeniami, że potrzebuje odczytania. Jak pełen ukrytych między wierszami znaczeń tekst potrzebuje egzegezy. 

„Szczygła” namalował Carel Fabritius, najzdolniejszy malarz z pracowni Rembrandta. Niektórzy chcą w nim widzieć ucznia, który- zrodzony w blasku talentu swojego nauczyciela – za chwilę miał go przerosnąć. Wiele pisano o antyrembrandtowskim potraktowaniu światła- o malarskiej rewolucji, której dokonał Fabritius. O doskonałej technice. O intuicji kolorystycznej i genialnym światłocieniu. 

To jeden z tych obrazów, które zerkając na nas z tysięcznych reprodukcji stawiają pytanie- jak powstaje dzieło, które przetrwa swój czas? A nawet więcej: gdy przeminą wszyscy, dzięki którym powstało, będzie znaczyło jeszcze więcej. Wzrośnie nie tylko wartością zabytku przeszłości, dawnego reliktu, ale zabrzmi także tą niewypowiedzianą siłą, która powstaje nie wiadomo kiedy, nie wiadomo dlaczego, scalając w sobie pełną moc przedstawionego motywu i talentu artysty. 

Niewielkie ptaki, ptaszki i ptaszęta, w które tak obfituje wiosenne niebo zwykle pojawiają się nagle. Siadają wśród konarów, nerwowo kręcą maleńkimi główkami. Czasem poruszą piórkami. I zanim się zorientujemy znikają. Odlatują, zostawiając za sobą tylko drżącą gałązkę i poruszone powietrze…Ślad równie efemeryczny, co ich wcześniejsza obecność. 

Szczygły podobno mogą zachowywać się inaczej. Można je poddać ludzkiemu pomysłowi. Jak nakazano w Genesis- uczynić poddanymi. Tu człowiek poszedł dalej. Okazało się, że można je cyrkowo przysposobić, nauczyć się samodzielnie czerpać wodę małym wiaderkiem. Po co – nie wiem. Smutno wygląda ten szczygieł przywiązany srebrzącym się łańcuszkiem do podajnika. Ptak w niewoli ludzkiego kaprysu. 

Aluzje biblijne w tym wypadku wydają się odrobinę uprawnione: charakterystyczna, czerwona główka szczygła znalazła w chrześcijańskiej historii wyjaśnienie testamentowe. Ta czerwień miała odnosić się do Pasji Chrystusa. Gra znaczeń szczygła z obrazu jest zatem wielowarstwowa. Niderlandzka nazwa ptaszka, „puttertje” miała wskazywać na tę wyćwiczoną umiejętności czerpania wody, od słowa „putten”. Co więcej, nawiązywała także do rodziny noszącej nazwisko zbieżne z niderlandzkim słowem „szczygieł”. Obraz powstał podobno na zamówienie, jako swoisty szyld. Znak graficzny dla domu rodziny „Szczygłów” w mieście Delft.



To takie przewrotne- jeśli ten obraz rzeczywiście miał motyw tak zakorzeniony w konkretnym czasie i miejscu. Obrazek funkcyjny, powstały z przyczyn pragmatycznych. A jednocześnie wieloznaczeniowe arcydzieło malarstwa iluzjonistycznego.

Ars longa, vita brevis. Życie składa się z katalogu spraw efemerycznych. Te stałe, nieruchome są tylko tłem. To ten trywialny szczygieł zapewnił jego autorowi nieśmiertelność. 

Carel Fabritius zginął młodo. I spektakularnie. 12 października 1654 w Delft wybuchły wielkie magazyny prochu. Eksplozja zniszczyła miasto, zburzyła jego budynki, zabiła mieszkańców. Być może Fabritius zginął w swojej pracowni. Zniszczeniu uległy także obrazy, z kilkoma wyjątkami. 

„Szczygieł” podpisany nazwiskiem malarza z datą 1654 musiał zatem być jednym z jego ostatnich obrazów. Talent Fabritiusa w dużej pozostał w sferze hipotetycznej. Jako potencjał, którego mocy możemy się tylko domyślać. Malarz zginął zbyt młodo, by odsłonić pełnię swych możliwości. 

Pyły po wybuchu w Delft opadły, miasto z ruin odbudowano. Nadeszło nowe pokolenie artystów. Wśród nich wielki Vermeer, być może uczeń Carela. Ale Fabritius pozostał w tej mgle. Taka jest historia najzdolniejszego ucznia Rembrandta. Tak bardzo podatna na działania wyobraźni. 

Szczygieł, Carel Fabritius, 1654 Haga, Mauritshuis

PS Do tego tematu, bardziej niż książka Donny Tartt skłoniły mnie wszystkie akcydensy, które przywiozła mi siostra po wizycie w Delft i w Hadze :).

Justyna Napiórkowska, historyk sztuki i europeista, współprowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie i Brukseli, autorka Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury. 

21.02.2016

Bergamo nocą




Zazwyczaj włoskie nazwy miast niosą w sobie coś nęcącego. Foniczną zapowiedź swojej malowniczości. Mieszczą się w niej zaułki, nasłonecznione place, cyprysy pnące w niebo, kamienie przeszłości. Bergamo brzmi inaczej. Lombardzko. Praktyczne. Przedsiębiorczo. Ale to brzmienie może mylić, bo Bergamo jest jak drogocenna szkatułka.

Bergamo usadowione jest na wzgórzu, z którego stare miasto rozlewa się wokół połaciami nowego, nowoczesnego miasta. Na dole panuje logika skrojonych z urbanistycznym zamysłem ulic. Na górze – w Bergamo-Alta rządzi logika bluszczu- wielowiekowego rozrastania się siatki miejskiej poddanej wymagającemu usytuowaniu.

Bergamo Alta. Bergamo górne.  W wolnym tłumaczeniu: Bergamo wysokie. Ja pozwolę sobie na jeszcze bardziej wolne tłumaczenie: Jego wysokość Bergamo. 

Jego wysokość wdarła się w skały przedpola Alp, tu gdzie zaczynają się Alpi Orobie. Kamienny diadem murów Bergamo spina wzgórze. Jeszcze z samolotu można zobaczyć złocące się miasto. W środku zmieściło się wszystko- tajemnicze ogrody, do których wiodą kamienne bramy, pałace o weneckiej architekturze na wspomnienie dawnej zwierzchności, kolekcja sztuki równa mediolańskiej Brerze. 


Tego wszystkiego tym razem nie zobaczę. W Bergamo zatrzymałam się tylko na chwilę, wiedziona turystycznym wymogiem porannego połączenia lotniczego. Na dworcu pojawiam się po 22.00, stąd pojadę do górnego miasta, bo moja romantyczna dusza nie chciała tym razem zatrzymać się na dole, tak jak nakazywał jej zdrowy rozsądek. O 6 rano muszę znów zacząć podróż, by przed siódma znaleźć się na lotnisku. 

Gdy w recepcji odbierałam klucze, recepcjonista mówił więcej niż chciałam. Znałam już Bergamo, byłam tu dwa razy, choć zawsze tylko na ułamek chwili. Oglądałam miasto w etapach, próbując złożyć z nich obraz całości. Tym razem byłam jednak zbyt zmęczona by zaprotestować. Pozwoliłam mu mówić po angielsku, by dopiero pod koniec informacji o procedurach otwierania drzwi i wymeldowania przyznać się do znajomości włoskiego. Przyznałam się także do tego, że znam już trochę Bergamo. Recepcjonista był przemiły. Od razu pomyślałam, że musiał się tu urodzić i od lat obrastać w tę typowo włoską miłość do własnego miasta, dzielnicy, borgo. Polecił mi miejscową polentę, którą na jednym  placyków – właściwie pod oknami mojego hotelu można zjeść przy placu, w chłodzie lutowej nocy aż do późna. 
Godzinę później, gdy autobus dowiózł mnie do Górnego Miasta, sama zrewidowałam swoje wcześniejsze przekonanie o znajomości miasta. Ostatnio kiedy tu byłam, spędziłam dzień oglądając po kolei wszystkich Bellinich w tutejszej pinakotece (Accademia Carrara), a gdy mój czas zaczynał już niknąć jak słońce za horyzontem, górne miasto nagle objęła mgła. Najpierw zniknęły wieże pnące się na wysokość ponad 50 metrów. Potem znikać zaczęły także Palazzo do Ragione i katedra. Ciężka i gęsta mgła kładła się na ceglanych flizach tutejszych ulic.
   
Było to doświadczenie mistyczne. Uświadomiło mi, że to całe piękno może tak szybko zniknąć, roztopić się jak w sopel lodu wystawiony na południowe słońce. 

Tym razem do dyspozycji miałam jedynie późny wieczór, właściwie fragment nocy. Perspektywa wczesnego poranka próbowała mi go zgryźliwie zmącić, ale nie poddałam się racjonalnemu myśleniu i zdecydowałam na powolny spacer, tak jak mnie kręte drogi Bergamo poprowadzą.
A poprowadziły mnie spektakularnie. 

To zapamiętane przeze mnie niewinne, rozjaśnione miasto na wzgórzu okazało się zmienne i kapryśne. Nieprzewidywalne, na przemian przyjazne i wrogie. Taka pewnie była jego historyczna konieczność- wabić, ale też trzymać dystans, budzić podziw, ale i respekt.  
Jego ulice, tamtym razem skrzące blaskiem witryn, teraz były nieruchome  i milczące. Okienne witryny zasłonięte drewnianymi okiennicami. Gdzieniegdzie przemykające dwie-trzy osoby. 
Prowadziły mnie puste tunele uliczek okalanych z dwóch stron murami budynków. Bez okien, bez drzwi. Ich ściany pięły się ku górze. Szłam przez te kamienne wyłomy, jak w kanionie, wdychając wilgotne powietrze ciemnych zaułków, gdzie nawet tu, we Włoszech, zimą słońce nie dociera. Mury pokrywały bluszcze i mchy. 
Szłam bez mapy, z tracącą moc komórką (to pewna prawidłowość w takich okolicznościach), rejestrując wszystko tylko w pamięci. Miasto wydawało się niewielkie i podatne na Herbertowski sposób zwiedzania- tu w prawo, tam w lewo, bez celu, jak flâneur. Szłam jedną z najstarszych ulic- via del Arena. Po drodze widziałam kościół św Agaty, katedrę i bazylikę Santa Maria Maggiore, gdzie zgodnie z romańską modą kolumny portali ustawiono na sylwetach lwów z marmuru z Candoglii. Po drodze, w niewielkiej loggi stała podświetlona tumba. Nagle, gdzieś u zamknięcia uliczki pojawiła się na postumencie ciemna postać, z podświetloną od tyłu sylwetą w papieskich szatach, tiarą. Teraz wiem, że był tu najpewniej pomnik Jana XXIII, który tu się urodził i wbrew rozgorączkowanej wyobraźni nie był żadnym z tych papieży z ciemnych kart historii Kościoła, a wręcz przeciwnie, świętym! Jednak ciemność zmienia percepcję. 

Zgubiłam się w tym nocnym Bergamo. Przewędrowałam wąskimi siatkami ulic, a towarzyszył mi podziw, gdy odsłaniały się przede mną spektakularne place, ale i strach, potęgowany uśpieniem miasta.

To raj dla pisarzy, których wyobraźnia mogła się swobodnie posiłkować tym miastem piękna, tajemnicy, światła i mroku. Jak porządna opowieść, Bergamo potrafiło odsłaniać co chciało i kiedy chciało, po to by potem znów zakryć to gęstą jak mleko mgłą. Zadziwić widza, otumanić wędrowca, zmylić turystę, który jak ja mógł się potem zastanawiać- czy to by sen?


Gdy wieczorem patrzyłam na Città Alta z dołu, Bergamo wyglądało jak jedno z tych cukierkowych, historycznych miast, których dawne funkcje stały się tylko turystycznym folklorem. Tu, jak zobaczyłam tym razem, było w dużej mierze inaczej.    
Jedyne co urealniało ten obraz, to rozmieszczone tu i ówdzie tablice wspominające wielkich literatów, którzy tu się kiedyś zatrzymali. 















Justyna Napiórkowska, historyk sztuki i europeista, współprowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie i Brukseli, autorka Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury. 

19.01.2016

Gra w szachy z Muzeum Narodowego w Poznaniu | Arcydzieła sztuki w Polsce


Znałam ten obraz z Muzeum Narodowego w Poznaniu. Trudno byłoby go nie znać. Uważany jest za jeden z najlepszych obrazów kobiety- malarki, Sofonisby Anguissoli. Bardzo ucieszyłam się, gdy  zobaczyłam to płótno na wystawie w brukselskim Bozar. Obraz włączony jest do wystawy dotyczącej związków imperium osmańskiego z europejską sztuką renesansu. W tym wypadku, na XVI wiecznym obrazie, o takich związkach świadczyć ma orientalny dywan na stole, przy którym trzy dziewczynki rozgrywają partię szachów.

Dodanie tego obrazu do wystawy w brukselskim Bozar było w sumie chyba tylko pretekstem. I dobrze, bo to zawsze kuratorski gest, który przypomina, że w zbiorach polskich są dzieła przynależne i ważne dla europejskich nurtów w sztuce. Dzieła wspaniałe i niekiedy słabo znane.

To nie orientalny dywan jest przecież tematem tego obrazu. A więcej o związkach renesansu ze sztuką imperium osmańskiego trudno tu wykrzesać.

Trzy dziewczynki przedstawione są przy grze w szachy. Przypomina mi ten motyw dziecinne zabawy, gdy z siostrą i kuzynkami grałyśmy w dzieciństwie w karty czy warcaby. Zajęcie na deszczowe, wakacyjne dni. Najmłodsza z nas padała zazwyczaj ofiarą starszych, które knuły spiski. Na przykład podglądając układ kart w ustawionym za najmłodszą lustrze. Bez mrugnięcia okiem ogrywały zadziwioną, łatwowierną przeciwniczkę.
Dla dorosłych takie zmowy byłyby łatwe do rozpoznania. Ale przy dziecięcej naiwności te spektakularne trafienia i idące za nimi wygrane stanowiły niezrozumiały, magiczny spektakl. Jak cyrkowa sztuczka, po której najmłodsza z grających wychodziła przegrana, ale rozpromieniona, z płonącymi z wrażenia policzkami.

Sióstr Anguissola było sześć. Sofonisba, Elena, Lucja, Europa, Minerva i Anna Maria. Pięć z nich zajmowało się malarstwem. Lucja, ta spoglądająca z obrazu na widza, niestety zmarła młodo. Elena porzuciła malarstwo, zostając zakonnicą. Europa i Anna Maria także zrezygnowały z malowania po wyjściu za mąż. Ale to podobno Sofonisba i Lucja były najzdolniejsze.I to Sofonisba trafiła na królewski dwór w Hiszpanii, malując na dworze w Madrycie portrety Habsburgów. Stała się jedną z najbardziej znanych malarek w historii.  Doceniał ją nawet Michał Anioł.

Ten obraz powstał około 1555 roku. Trzy siostry siedzą przy stole.  Wszystkie dostojnie ubrane. Atłasy. Jedwabie. Brokaty. Zdobione opaski na głowach. Być może szachy są tu tylko elementem scenografii, w której najstarsza Sofonisba sportretowała siostry. Powstał rodzinny portret, który podobno wisiał później w domu malarek w Cremonie. Pamiętał o tym Vasari, którego malarstwo Sofonisby zachwycało.

Rozpoznanie postci budziło wątpliwość. Przypuszczano na przykład, że jedna z dziewczynek to sama Sofonisba. Świadczą o tym zapiski zgromadzone w archiwach Libri Veritatits rodziny Raczyńskich, właściciela obrazu.

Współcześnie przyjęło się jednak, że przy stole siedzą Lucja, Minerva i Europa. Nota bene, Sofonisbę można zobaczyć na innym obrazie w zbiorach polskich: autoportrecie w Muzeum w Łancucie. To autoportret w pracy- malarka stoi przy sztlugach, na wsporniku farby, w dłoni pędzel, a w tle malowana Madonna z Dzieciątkiem. Niektórzy chcieli w tym obrazie widzieć nawiązanie do tęsknot Sofonisby do macierzyństwa. Możliwe, że to było jedyne jej niespełnienie.

Gdy malowała portret sióstr, miała zaledwie 23 lata, a za sobą pobyt w Rzymie i zdobyte uznanie Michała Anioła. Jej talent był już potwierdzony.

Na obrazie pewna swego ruchu Lucja spogląda na widza. Jednocześnie strąca właśnie z planszy pionki Minerwy, drugą dłonią przestawiając jedną z figur. Szach mat, z figlarną miną.
Ale to w tym wypadku tylko teatralne zagranie. Gra chyba raczej jest udawana. Ci którzy znają się na szachach twierdzą, że nawet plansza nie jest prawidłowo rozłożona.

W tych dziewczynkach są trzy światy. Lucja jest najstarsza z tego grona. Pewna siebie. Na polu szachowym rządzi. Świadczy o tym nawet ten gest dłoni, którymi obejmuje całe pole gry. Kto czytał Dzieci z Bullerbyn, wie jakie rozgrywki stosują starsze dzieci wobec młodszych. W XVI wieku chyba nie było inaczej. Minerwa jest zadziwiona. Najmłodsza Europa - roześmiana.

Lekcja gry. Lekcja psot. Popołudnie sióstr. Przykład portretowej maestrii młodej malarki.

Spojrzenia tworzą intymny krąg. Minerwa patrzy na Lucję. Europa na Minerwę. A Lucja do tego kręgu włącza jeszcze Sofonisbę stojącą przecież po drugiej stronie płótna i zza sztalug dokumentująca tę scenę. Opiekunka spoglądająca z brzegu kadru tylko dodaje tej teatralności.

Jeśli w tym obrazie chodzi o grę, to niekoniecznie jest to gra w szachy.

Raczej subtelna gra między dziewczynkami. Siostrzane relacje rozegrane w klimacie zabawy, podczas wspólnej chwili spędzonej w cieniu rozłożystego dębu, zza którego wyłania się zamglony pejzaż Lombardii. To fascynująca opowieść o trzech siostrach Sofonisby, na wspaniałym obrazie z poznańskich zbiorów. Arcydzieło powstałe u zarania długiej malarskiej kariery.

Sofonisba Anguissola, Gra w szachy, 1555
Muzeum Narodowe w Poznaniu

Justyna Napiórkowska www.osztuce.blogspot.com

Wiosna Wojciecha Weissa, wiosna wszędzie!


Nie bez powodu malarze młodopolscy widzieli w rozbuchanej wiośnie potężny, zmysłowy potencjał. Najpierw malowali przedłużające się przednówki, potem czas wiosennego i letniego rozkwitu. Ale krótkotrwały czas wczesnego, wiosennego wybuchu raczej w obrazach pomijano. Może wyjątkiem jest „Wiosna” Weissa.


Zazwyczaj kiedy piszę – zaczyna się to od obrazu. Od malarskiej inspiracji, która rozszerza się na postrzeganie świata. Bo tym są dla mnie obrazy. Zwierciadłem, w którym można przeglądać się także sobie i rzeczywistości.

Tym razem jednak jest inaczej. Zaczęło się od wiosny, która w tym roku tak spektakularnie się rozpoczęła. Potem dopiero pomyślałam o kilku obrazach Wojciecha Weissa. Malarza, który chyba najdobitniej pokazywał początek i koniec. Wiosnę i zmierzch. Witalność i nostalgię.

Wiosna. Wszystko tak pięknie rozkwita. Najpierw spod surowej, otępiałej ziemi wyłoniły się wszystkie ździebełka. Przebiły przez warstwę szarości, przez powłokę zastałego kurzu, pokruszonych liści, ususzonych traw. Jasnym prawem natury, idą do góry.

Potem nastały te wszystkie listki i listeczki o barwie bladej zieleni. Gałązki i gałązeczki w ambitnym wzroście. W końcu na ich "opuszkach" pojawiły się białe kwiatki, delikatne płatki.

W koronach drzew lśnią niebieskie, bezchmurne prześwity. Pączki rozsupłują się, listki otwierają, wici pną do góry.
Zielone, roślinne pędy nabierają kształtu, a przyroda - nabiera śmiałości. Jak pisał Schulz- cicho ekspodują strąki.

Cudowna wiosna, z tym swoim animuszem. Bezkompromisowo przejmuje terytorium. Pełna euforii bierze władzę nad naszym kawałkiem ziemi.

Od pewnego momentu idzie na skróty, aż wszystko rozbuja się pełną zielenią.

Ależ to intensywne! Agresywne przejęcie. Wiosenna anarchia, w której zwycięża młodość i siła!
W każdej chwili, w każdej sekundzie na krawędziach tego, co widzialne, każde ździebełko trawy wyciąga z ziemi witalne soki. Nawet spomiędzy płyt chodników powyrastały silne  pędy, które pną się śmiało ku słońcu.

Tak, przyroda przejmuje ludzki habitat.

Wczoraj wieczorem obok estakad Mostu Poniatowskiego widziałam jeża. Kilka dni temu przy trasie szybkiego ruchu przyczaiły się zające. Przebiegł lis, zostawiając w blasku reflektorów rudą poświatę. Mrówki – są wszędzie. Przejmują wszystkie cukiernice w obrębie uchylonych okien i nieśmiało otwieranych tarasów.

Pisać o wiośnie z datą ustawową, w połowie marca byłoby przedwcześnie. To był przednówek. Wszystkie witalne siły tkwiły jeszcze przyczajone przed nagłą eksplozją, która poprzedzały ciche, spokojne, słoneczne dni. Teraz przemiany ukazują się na naszych oczach.

Za chwilę ten intensywny spektakl się skończy. Bladość przyrody zaraz nasyci się chlorofilem i stanie buzującą zielenią. Pastelowe barwy zmienią w paletę gęstą, intensywną.

Ogrodnicy będą próbować podporządkować rozrastający się w ogródkach i na skwerach busz. W przyrodzie nie ma próżni. Natychmiast zostaje ona wypełniona anarchiczną puszczą amazońską, która w naszej szerokości geograficznej przybiera formę gąszczu traw i chwastów, samosiejek, które zanim ujawnią się na górze, zdążą wpuścić w dół mocne rusztowanie. Choć wyglądają tak krucho, zbudują po cichu siatkę korzeni, która prawie nierozerwalnie połączy je z ziemią. Wie o tym ten, kto próbował wyrwać z ziemi młodziutki i rachityczny, zaledwie wyrosły nad ziemię pęd klonu.

Nie bez powodu malarze młodopolscy widzieli w rozbuchanej wiośnie potężny, zmysłowy potencjał. Najpierw malowali przedłużające się przednówki, potem czas wiosennego i letniego rozkwitu. Ale krótkotrwały czas wczesnego, wiosennego wybuchu raczej w obrazach pomijano.

Może wyjątkiem jest powstała pod koniec XIX stulecia „Wiosna” Wojciecha Weissa. To wiosna wzmagającej się zieleni. W fazie solidnego wzrostu. Weiss chyba najlepiej oddaje tę „pędrakowatość”. Nabieranie formy. Przepoczwarzanie się ku dorosłości. W przyrodzie i w tym wypadku - w małym człowieku. A w tle – historia się rozwija – w postaciach biegnącej menady i fauna.

Wiosna w pełni natomiast ukaże się u Weissa w  obrazie „Maki” z początku XX wieku. Triumfująca i wszechmocna. Jak scenografia, do której dopasowują się aktorzy.

To obrazy niepokojące i piękne. Obrazy o zmianach, obrazy o czasie. O witalnej i nieprzemijającej mocy natury.

Justyna Napiórkowska www.osztuce.blogspot.com

Nike z Samotraki



Uskrzydlona, marmurowa piękność. Nie znamy jej twarzy. Nawet jej wiek jest tajemnicą. Katalogi Luwru podają jej czas powstania bez precyzji, gdzieś w przestrzeni hellenizmu między  III i I stuleciem p.n.e. To jedna z najwspanialszych rzeźb jakie kiedykolwiek powstały. Wyobrażam sobie, co mogli czuć XIX wieczni odkrywcy, gdy znajdowali fragmenty przepięknie opracowanego marmuru. Ale także, co musieli czuć ci, z których inicjatywy powstała przed ponad dwoma tysiącami lat.

Mierzy, bagatela, ponad dwa metry.
Jej wysokość Nike z Samotraki.

Unosi się lekko, lecz jakby stawiając opór powietrzu w paryskim muzeum. Tu to powietrze jest nieruchome, inaczej niż pewnie na maleńkiej Samotrace, gdzie Nike stała na wzgórzu na wyrzeźbionym, kamiennym dziobie okrętu. Jej sylweta mogła się odbijać w wodzie wybudowanego dla niej basenu. Antyczny site specific. Dzieło wpisane w konkretny kontekst. Ustawione wśród kamieni i drzewek oliwnych.
Wystawione na palące słońce, w obłędnym szumie cykad.

Miejsce w jakim wystawia ją Luwr budzi we mnie cichy opór. Co prawda te schody są reprezentacyjne, a widzowie po raz pierwszy spojrzą najpewniej z dołu, co potęguje wrażenie. Jest w ustawieniu tej wznoszącej się ku górze postaci jakaś logika, ale zawsze czuję, że Nike w tym miejscu jest jak w jakimś antyszambrze, przedsionku, poczekalni. Jak wiele zabytków na emigracji, z dala od miejsca, do którego przynależała. W tym wypadku maleńkiej wyspy,  Samotraki, gdzie najpewniej była wotum od mieszkańców Rodos za morskie zwycięstwo nad Persami.

Kiedyś była fizyczną emanacją potężnej wiary. Stanowiła bardziej świadectwo ducha, niż materii. Stawiała znak równości między dobrem i pięknem.

Dziś Nike jest zredukowana do ciała.

Bardzo pięknego. Zmysłowego. Idealnego. Promieniującego siłą.
Świadczy o cierpliwości i talencie rodyjskiego rzeźbiarza, który chciał, by marmur stał się delikatny jak jedwab. O artystycznych wyżynach tej wizji świadczy to, że nawet pozbawiona twarzy, bez rąk, z ukruszonym skrzydłem, tak mocno ukazuje piękno i doskonałość.

Jest owiana morską bryzą. Wyprostowana i dumna.
Ludzie morza, ci którzy żeglowali wiedzą, jak to jest, gdy ciało pokryte jest słoną osnową. Po tym jak poruszana wiatrem łódź przecinała fale, w słońcu i w sztormie.

Antyczna piękność, miss mokrego chitonu.
Uskrzydlona Wiktoria z wód Morza Śródziemnego.
Kiedyś była najpewniej świadectwem zwycięstwa demokracji nad despotami.

W tym roku płynęłam łodzią przez egejskie wody Dodekanezu.  Marząc, byśmy kiedyś znów, myśląc o tym morzu, mieli ten sam entuzjazm, który kazał Rodejczykom stworzyć tak zachwycające dzieło w podziękowaniu za wywalczoną nadzieję na pokój.


Justyna Napiórkowska

17.10.2015

Madonna z Paczółtowic


Kilka dni temu dostałam maila z działu promocji Muzeum Narodowego w Krakowie. Dotyczył prezentowanej jeszcze przez kilka dni w krakowskim Europeum Madonny z Paczółtowic.
Jako historyk sztuki powinnam być chłodna w podejściu do dzieł sztuki.
Zadatować, odnaleźć analogie, zakatalogować w myślach.
Bywają jednak takie obrazy, które cicho i spokojnie, jak bluszcz wypuszczają wici, które powoli splątują wszystkie moje myśli.
Przeczytałam wiadomość i szybko wróciłam do XXI wieku. Ale ten obraz z XV nie pozwolił o sobie zapomnieć.


Ja swoje, a arcydzieło swoje. Zaczęło rozpychać się w mojej głowie. Koić i niepokoić równocześnie. Prowokować. Przyciągać.

Tak, aby zmusić mnie do porzucenia pospieszności i powierzchowności, do której zmusza nas świat. Na rzecz chwili skupienia. Pochylenia się nad detalem. Chłonięcia, centymetr po centymetrze, tej naiwnej malarskiej wizji, w której świat w przeciwieństwie do naszego jest tak uporządkowany.

Jak magnes przyciągał ten obraz moje myśli. Chciałam wiedzieć, gdzie leżą Paczółtowice. Na ile erozyjne ruchy ziemi pogięły tamtejszy jurajski pejzaż? Jak cudownie byłoby zajrzeć do tego drewnianego kościoła, gdzie pewnie w ciszy i ciemności tylko złocenia z obrazu by błyszczały, roztaczając wokół Madonny złotą ognistą tarczę.

Hortus conclusus, ten ogród zamknięty, w którym anonimowy malarz przedstawił Madonnę jest bardzo umowny. Zorganizował go według rygorystycznego porządku, w którym kolejne rzędy pni unoszą wspólną, zieloną koronę. A ta ustawiona jest jak odwrócony ryngraf. Roślinna tarcza, odrobinę jak z tej pory roku, bo niektóre liście zaczynają się złocić.

Madonna ubrana jest w zdobne adamaszki, które gną się u jej stóp. Dzieciątko trzyma jak w lustrzanym odbiciu, z innej strony niż większość znanych Madonn. Dłonią przytrzymuje także połę płaszcza.
Dzieciątko, rumiane i dorodne mogłoby być po prostu „dzieciątkiem” z małej litery, zwykłym niemowlakiem, który chwyta za kamyk zdobiący suknię. Jak wszystkie niemowlaki tego świata, chętnie chwyta tego, co błyszczy.

Madonna – doskonale obojętna. Nieskończenie łagodna. Nieporuszona.  Czy piękna? Nie wiem.
Jej policzki są zaróżowione. Na wysokim czole –korona. Zdobność zdobnością, ale te szlachetne kamienie muszą swoje ważyć. Tymczasem ten ciężar jest tylko umowny. Korona jest przypisana do sfery poza Madonną. Wklejona jak kolaż w złote tło.  Anonimowy malarz umocował ją na złotej aureoli, tak by nie odciążać Marii.

W ogóle nie ma w tym obrazie grawitacji. Świat tu nie ciąży. Nie ciąży suknia, płaszcz, ani dorodne Dzieciątko, ujęte gestem tak lekkim, tak odrealnionym.

I jeszcze na dole obrazu, ten leśny, kwietno-owocowy urodzaj. Barwne punkciki równoważą bogactwo ze strojów. Runo leśne zarasta pustkę. Jak w dżungli amazońskiej, roślinna ściółka rozlewa się gąszczem, realizując postulat horror vacui.

Madonna stoi na sierpie księżyca, jak na łodzi, zawieszona nad kawałkiem ziemi, wśród leśnej obfitości. W raju, arkadii, pełnej ziół, jagód, poziomek. Ten świat roślinnej bujności równoważy  mnogość błyszczących kamieni z lamówek płaszcza. Obfitość i płodność ziemi, strojność i splendor Marii.

Ziemia i niebo, tu zespolone są rąbkiem księżyca.

Przyznaję, nie znałam tego obrazu wcześniej. Być może widziałam go kiedyś przelotnie. Ale spotkanie z dziełem potrzebuje dobrego czasu.

Tak działa na mnie sztuka. Najpierw lekko uszczypnie, a potem błogo rozleje się po ciele, jak znieczulenie.
Objawiając piękno szczególnie wobec brzydoty świata.


Madonna z Paczółtowic
cykl Cudowna moc sztuki, do 18 października 2015
Europeum, Muzeum Narodowe w Krakowie
Po wystawie w Krakowie obraz wróci do Paczółtowic.

Justyna Napiórkowska, historyk sztuki i europeista, współprowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie, Poznaniu i Brukseli.


06.01.2015

Sen Trzech Króli


Sen trzech króli -to chyba najpiękniejsze i najmniej oczywiste przedstawienie Trzech Króli jakie znam.
Jest niewielkie, zajmuje fragment kapitelu kolumny w katedrze w Autun.

Postaci wpisane są w dostępną przestrzeń, ścieśnione we wspólnym łożu. Dzielą wspólną narzutę. I wspólny los.

Samo Autun położone jest gdzieś pod sercem Francji, między Paryżem a Lyonem, na płaskim kawałku ziemi,  w złotym trójkącie sztuki średniowiecznej. W Burgundii i okolicach każde miasto, to wykuta w kamieniu historia Europy blisko tysiąc lat wstecz: to tam leży Sens, Beaune, Paray-le-Monial z ich wspaniałymi katedrami, klasztorami, kościołami.

Zwykle poznajemy ich podczas wędrówki, odzianych w ciężkie, zdobione stroje.  Połyskują atlasy, purpury układają się w miękkie draperie. Bogato wyszywane płaszcze opadają im z ramion, trzewiki grzęzną w miękkiej ziemi. Ida w orszaku, z dromaderami, spoglądając w niebo. Albo klęczą już w stajence, ze złotem, kadziłem, mirrą...

A tutaj - trzej królowie nadzy, w łóżku.

A gdyby tak patrzeć na tę rzeźbę oczyma współczesnymi, zdejmując patynę blisko dziewięciu wieków, które minęły od czasu, gdy w kamieniu wykuwała je nieomylna ręka Gislebertusa, bodaj najwybitniejszego rzeźbiarza swoich czasów?
To średniowieczne przedstawienie, w sumie tak odrealnione, mogłoby być współcześnie "memem". To przepiękna rzeźba, a sztuka średniowiecza, z jej skłonnością do syntezy  wspaniale poddaje się współczesnemu spojrzeniu.

Włożona jest w rygor architektury, jako jedna z wielu wypełniających dostępne kapitele i prowadzących wiernych w narracji katedralnej Biblii Pauperum.

Trzej Królowie leżą pod wspólną narzutą. Prawie nadzy. Zdradza to odkryta ręka jednego z nich. Gdzie te wszystkie altembasy, adamaszki, brokaty?  Króla przecież najlepiej rozpoznać po wizerunku, poza tym wiemy dobrze, że nic nie różni jego królewskiej mości od pierwszego z rzędu poddanego.

Skąd taka[i] licencia poetica[/i] burgundzkiego rzeźbiarza? Oczywiście królowie leżą bez podtekstów, ale czemu Gislebertus królów rozebrał i położył obok siebie?  Może to dlatego, że trudno o inną sytuację, gdy tak doskonale  jak we śnie realizuje się postulat równości? Na jawie nikt nie jest w pełni równy.
W snach każdemu może przydarzyć się to samo, niezależnie czy jest królem czy żebrakiem.

Jedynie korony nałożone na głowy królów pozwalają ich zidentyfikować. Chyba nic wygodniejszego niż sen w koronie. Trzy diademy na wspólnej poduszce. Nie ma zatem wątpliwości, kim są ci panowie, którzy najpewniej w wędrówce dzielą wspólne łoże i wspólny los.

Dwóch królów śpi na razie spokojnym snem. Ułożeni w niewielkiej przestrzeni, w łożu wkomponowanym w powierzchnię kapitelu. Przytuleni policzkami, bardzo blisko, ale naturalnie ich sen jest niewinny. Braterstwo we śnie, który w tym wypadku, za sprawą objawiającego się anioła nadaje im wspólnotę dziejów.

Jest metafizycznie.

Mam wrażenie, że wszystkie biblijne anioły unikały cielesnego kontaktu. Bezdotykowo zsyłały myśli i inspiracje, które złotą nicią trafiały do serc i umysłów nawiedzonych. Wszystko działo się zdalnie, bo anioły nie dotykały swoich bohaterów.

Nie znam się na ceremoniałach, ale coś mi mówi, że królowie byli najmniej "fizycznymi" postaciami na świecie. Króla raczej nie można było tak po prostu dotknąć. Tymczasem tu noc trzeciego z królów przerywa anioł, który dosłownie wkracza w realną sferę. Po prostu delikatnie dotyka palcem królewskiej dłoni. W przepięknym geście. Oczy króla szeroko otwarte. Może to demon bezsenności, może jasna księżycowa noc, która temu jednemu nie pozwala spać kamiennym snem. Nie patrzy jeszcze tam, gdzie powinien- na wskazywaną przez anioła gwiazdę. Może on, zbudzony tym nieziemskim dotknięciem  widzi na jawie to, o czym śnią dwaj pozostali?
Bo choć najwyraźniej przesłania tego doświadczają w różny sposób, ich udział w historii będzie jednakowy.

Królowie postawieni są wobec konkretnego zadania - iść, oddać pokłon, a potem, broń Boże, nie wracać tą samą drogą, by nie zdradzić Herodowi  miejsca narodzin Jezusa.

Mają dodać bogatego sznytu wydarzeniom ze skromnej stajenki. Nadać im stosowną rangę.

Dlatego chyba tutaj występują jako królowie, a nie magowie czy astronomowie, jak mówiła Ewangelia według św. Mateusza.  W średniowieczu z pewnością był to kontekst polityczny, dla ukazania świeckiej władzy w pokłonie przed nowonarodzonym Jezusem.  Ponadczasowo natomiast to piękna opowieść o pokorze, o tym, co w misji Trzech Królów było najważniejsze: pokłonienie się Dzieciątku, rezygnacji ze swojej wyższości. Może dlatego są nadzy?

Jakie to ponadczasowe - odniesienie do osób, które swoją obecnością mają świadczyć o znaczeniu. Oto słynne persony pojawią się wkrótce przy żłóbku. Ale zwykle takie osobowości nikną w mrokach dziejów, tymczasem królowie wędrujący za gwiazdą ku jakiejś opuszczonej grocie pod Betlejem wykuli swoje miejsce w historii.

Miejsce w historii sztuki wykuł im także mistrz Gislebertus, w Autun. W dziele tajemniczym, pięknym i inspirującym.

Postscriptum
W średniowieczu motyw Trzech Króli niósł oczywiście kontekst polityczny, dla ukazania świeckiej władzy w pokłonie przed nowonarodzonym Jezusem.  Ponadczasowo to także piękna opowieść o pokorze, o tym, co w misji Trzech Króli było najważniejsze: poddanie się, rezygnacja ze swojej wyższości, zejście na ziemię.
Może dlatego poza koronami pozbawieni są wyznaczników swego królewskiego statusu?