17 lut 2017

Egon Schiele




Historia sztuki bywa dziedziną okrutną. Z obowiązku chirurgicznie oddziela emocje malarza od jego dzieła. Skalpel nauki szuka porządku, chronologii, logiki rozwoju sztuki. Artysta ma być wyłącznie ich możliwie neutralizowanym nośnikiem.

Przyznaję, że nigdy tego nie lubiłam i wciąż nie lubię. Chętniej próbuję zszywać rozprute więzi i dostrzec w obrazach wyłożone przede mną, widzem, lustro, Stendhalowskie "zwierciadło".

Chcę zrozumieć nie tylko "jak", ale i "dlaczego". Mieć czarno na białym- "madame Bovary to ja".
Patrzeć na artystę wyłożonego przed widzem jak głowa Jana Chrzciciela na tacy, na tym jasnym i potwornym ołtarzu sztuki, na którym ci wielcy, wybitni od zawsze się poświęcali.

W przypadku Egona Schiele wolałabym, żeby było odwrotnie.

Chciałabym oderwać jego twórczość od życia.
Oglądać obrazy i rysunki neutralnie, na zimno. Okiem zdystansowanego badacza.

Tak dobrze byłoby uzdrowić Egona z jego fobii, oczyścić z niszczycielskiego szaleństwa i wierzyć, że nadal te rysunki, o takiej mocy byłyby możliwe.Chciałabym widzieć dzieła, które zrodziły się, owszem, z potrzeby tworzenia, z tej niezbadanej, czerpanej z tajemnych źródeł mocy, ale bez bólu. Uwierzyć naiwnie, że czerpał z owych niepokojących, ciemnych głębin, a potem, odkładając ołówek, papier, zamykał szkicownik i żył, pełną, radosną piersią.
Że było życie i sztuka. Oddzielne: sfera bytu i jego przetworzony na chłodno obraz.

Z pewnością jednak takie rozdzielenie u Egona Schiele nie było możliwe. A może nie zdążyło tak być.

Naturalnie, te prace nie pozwalają na podejście bez emocji. Nie pozwala na to ta rozedrgana, poszarpana, dramatyczna kreska. Nie pozwalają te poruszone w spazmach, konwulsyjnie posplatane ciała. Nie pozwala ta obyczajowa śmiałość, erotyczna ekspozycja. W końcu to egocentryczne skupienie się na sobie, w dziesiątkach autoportretów.

Ciekawe było jego życie. Ciekawe- to nienajlepsze słowo. Ogólnie ta tkanka losów buntownika nie mieści się w opisach. Zrobiono z niego enfant terrible, szaleńca, propagatora pornografii...
Przeciw czemu był buntownikiem?
Myślę, że jego bunt należał do tego gatunku tragicznych buntów, z których się nie wyrasta. Nie był to bunt przeciwko życiu- przecież w tych pracach jest tyle żaru i witalności, w jej erotycznej odmianie. Nie był to też bunt przeciwko śmierci, bo Schiele zdawał się ją nawet jakoś aprobować. Był to bunt przeciwko życiu  o r a z  śmierci, przeciw temu, że stanowią byty powiązane, rewers i awers tej samej karty.

Urodził się w czasie, który niejako zobowiązywał do dekadencji, do egzaltacji, do nadmiaru egocentryzmu, który u niego poskutkował tak gęstą od emocji, choć niezwykle syntetyczną linią stylistyczną.




Egon Schiele, 1914


Życie miał krótkie, zaledwie 28-letnie, ale bardzo pełne. Nawet jego znana z fotografii twarz wskazuje, jakby był znacznie starszy i przeszedł znacznie więcej. Od choroby ojca, przeprowadzki do Wiednia, pierwszą nieszczęśliwą miłość, której ślady odkryli badacze dopiero teraz, przez pragnienie zostania artystą, przez czas studiów na Akademii, okres rosnącej chwały, gdy był protegowanym Gustawa Klimta, wówczas najbardziej znaczącego artysty, ale też czas, gdy zarówno spod wpływu Akademii, jak i Klimta oswobodził się.
Fantastyczny musiał być czas, gdy z młodziutką Willy, niegdyś modelką Klimta stworzyli dwuosobową kolonię, najpierw gdzieś w Krumau (obecnie czeska Krmlova, skąd pochodziła matka Egona), a potem w podwiedeńskim Neugelbach, gdzie budzili obyczajowy skandal, co zresztą skończyło się tragicznie: oskarżeniami o pornografię, o nękanie młodocianych, coś, co dziś zahaczałoby pewnie o pedofilię. Oskarżenia w znacznej części były nieprawdziwe, jednak przyniosły trzy tygodnie w więzieniu, potem proces.
Co czuł Egon, gdy sędzia spalił jeden z jego rysunków?

Willy, 1912

Wiezienie było doświadczeniem traumatycznym, w którym ratunek niosła Egonowi Willy. Ta sama, którą potem "zdradził", porzucając wraz z nią życie bohemy i wnikając w świat mieszczański. W 1915 roku poślubił Edith, córkę sąsiadów,  a wraz z tymi małżeńskimi więzami przyjął chyba pojedyncze zasady owego mieszczańskiego środowiska, którego stał się częścią. Uspokoił tematykę swoich prac, rezygnował z najśmielszych scen, do których pozowały mu modelki. Rysem tragicznym była jednak rozpacz, która dotknęła go, gdy dowiedział się o śmierci Willy, która nadeszła w 1917 roku, gdzieś w Dalmacji, w wojennej zawierusze.

Rok później Schiele namalował obraz, którego motyw miał się nigdy nie ziścić. Przedstawiał nagą rodzinę: jego, Edith i dziecko, wyłaniających się z ciemności, wśród skłębionych prześcieradeł.
Wkrótce bowiem hiszpańska grypa, której epidemia przechodziła przez Europę zabiła najpierw będącą w szóstym miesiącu ciąży Edith. Trzy dni później zmarł także Egon.

Zatem nie powiódł się ten ingres do stabilności mieszczańskiego życia.

"Wszystko co żyje, jest martwe." To jego słowa. A także te o byciu wiecznym dzieckiem.
Tak myślę. że splątywała się w nim ta naiwna wiara- w jakieś rodzinne szczęście, w domowy Eden i przejmujący strach o kruchości tych pragnień. Jak na tym obrazie, który miał nigdy się nie wydarzyć.

Chyba bez takich losów nie byłoby w pracach Egona Schiele takiej autentyczności.

Jego kreska prowadzona na papierze, o zmiennej mocy, nie byłaby wędrówką, jak z Cerberem przez Styks. Nie dyktowałaby -wedle nasilenia, wedle nacisku ołówka na papier - proporcji strachu i nadziei. Nie byłaby taka totalna, wszechogarniająca.

Jest w tych pracach Eros i Thanatos. Dwa chyba najważniejsze motywy w sztuce. Z pewnością najważniejsze w twórczości Egona Schiele. Tak mocno splecione. Jak bluszcz zrośnięte.

Tak, te rysunki kojarzą mi się z bluszczem, z tymi chaszczami, które nie znają niesprzyjających warunków i chwytają się z niebywałą mocą pionowych ścian budynków. Wdrapują, wbrew grawitacji, teoretycznie ku niebu, ale zaślepiając wszystko wokół. Podnoszą dachówki, podważają rynny. Zmieniają to co ludzkie, podporządkowując sobie.
Wielkie, złoczynne siły natury.
Opętujące. Zniewalające. Niestrzeżone, po chwili okazują się tak trudne do okiełznania.

Tu tak precyzyjnie oddane na papierze.

Wiele lat temu widziałam wystawę Egona Schiele w Mediolanie. Nie jestem pewna, co wtedy z niej rozumiałam. Próbowałam ogarnąć wzrokiem każdy z rysunków, gęsto rozwieszonych w niewielkiej sali, nie pamiętam gdzie. Myślałam wtedy o biednym artyście, zamkniętym w więzieniu. Odrzuconym. Zmarłym tak młodo.

Te rysunki raz prowadzą w stronę życia, do utraty tchu, zmysłowego, fizycznego, dosłownego. Ale też tym bolesnym meandrem wiodą nieodmiennie do końca. Do krańca. Przez życie ku śmierci.
Z każdej strony są obszyte strachem, fastrygowane konkretnym ściegiem przemijania.
Są Piękne, choć niestety bolesne.

Żal, wielki żal, ale tak musiało być.
Thanatos przejmował prowadzenie, być może między innymi dlatego, że Egon Schiele był najszczerszym dzieckiem swojej schyłkowej epoki.

Biedny.
Nie mógł po prostu zamknąć szkicownika, tylko niósł ten Weltschmertz przez swoje krótkie życie.

Autoportret



PS Od 22 lutego 2017 wystawa Egona Schiele w wiedeńskiej Albertinie. 

Justyna Napiórkowska

10 lut 2017

Powiśle, Powiśle



Ten fragment Warszawy jest wyjątkowy, choć może mogłabym powiedzieć to o każdej innej dzielnicy, która stała się moja.

Powiśle. Część miasta uszyta ze swojej zależności. Kiedyś portowa i fabryczna, dawna dzielnica ubogich i przepracowanych, rewir piaskarzy i rybaków. Na starych zdjęciach widać tutejszą odwieczną anarchię budowlaną. Obok wystawnych domostw liche kwatery robotnicze. Dzielnica od zawsze poddana "wyższemu" miastu tuż obok. Wyłożona jak barwny kobierzec na progu spokojnej rzeki.

Jest w pewnym sensie suteryną miasta. Przecinają ją wiadukty mostów, udające, że prawa i lewa strona Wisły stanowią wspólny krwiobieg.

Po dziesiątkach schodów można wkroczyć z jej nizinnych terenów na miejski salon, na piano nobile, wiaduktem Mostu Poniatowskiego, przez Aleje Jerozolimskie, przez Foksal, do Nowego Światu i Chmielnej, przez Tamkę do Świętokrzyskiej. A także kapryśnymi Oboźną i Karową albo dalej legendarną Bednarską, gdzie można usłyszeć strojenie instrumentów z okien szkół muzycznych... Ku Krakowskiemu Przedmieściu, albo wzdłuż Mariensztatu, koło kościoła św. Anny, który przecież osuwając się stał się kiedyś ofiarą skarpy tworzącej całą tutejszą malowniczość.

Każda nazwa niesie w sobie historię, każda mieści funkcję.

Powiśle, ta fabryka miasta, w której jeszcze sprzed lat pamiętam zapach czekolady, z zakładów chyba Wedla. Dziś błyszczą rozbite szyby starych budynków. Ceglana architektura przemysłu. Obok banery deweloperów.

Malownicza rdza tutejszych mostów przegląda się w przemywającej brzegi wodzie Wisły.

Ciekawią mnie jej ulice. Tworzą tu tak gęsta siatkę, dobrą do wieczornych spacerów. Leniwy Solec. Jednokierunkowa Smulikowskiego- czemu jest przełamana na pół, pod kątem prostym? Opuszczony przez pieszych dolny odcinek Tamki. Przedzielona mostem ulica 3 Maja, gdzie w jednym z budynków zachowały się podobno jesionowe, fornirowane windy, otwierane kluczem. Teraz jak przed wojną ich stare, odnawiane mechanizmy wożą mieszkańców, proszonych archaicznie o ciche zamykanie drzwi.

Ta dzielnica jest jak wielokrotnie cerowane ubranie. Niewielu już martwi się, by szew był niewidoczny i przez tutejsze ulice prześwitują te wszystkie wstawki i niedopasowania, gdzie różni się albo tkanina, albo wzór. Ikona postmodernistycznego myślenia. Eldorado warszawskiego melanżu.

Zastanawiam się, gdzie tu umieścić piaskarzy z obrazu Gierymskiego. Albo gdzie zabrzmiałby gwar ze Święta Trąbek, gdzie ten świat, którego nie ma.







Powiśle, kolorowy patchwork. Społeczna soczewka Warszawy. Źrenica miasta.

Gdzieniegdzie przetrwał jeszcze nawałnicę gentryfikacji zakład szewski albo naprawa zamków błyskawicznych. Obok rozsiewają się dziś umiarkowanie popularne lokale, ogrody, których właściciele zerwani z łańcuchów korporacji realizują swój sen. Gotują dawno zapomniane warzywa, celebrują sezony. Nie martwi ich brak obłożenia wszystkich stolików. Na parapetach cierpliwie ustawiają kwiatki. Przecierają kieliszki spoglądając w okno.

To tu są te jasne bulwary, wzdłuż Wisły, która na początku wiosny niekiedy trochę terroryzuje możliwymi podtopieniami, ale poza tym czasem spokojnie i majestatycznie płynie sobie jak dziś, gdy niesie cienkie, mleczne kożuchy kry na swoim miękkim kręgosłupie.

Lubię tutaj biegać. Trochę z żalem, że Centrum Kopernika przerywa moją arterię, że dalej nie pobiegnę wzdłuż rzeki i muszę wpuścić się w substancję miejską, by dotrzeć do Starówki, jeśli czas na to pozwala.

Biegnę o poranku i patrzę jak mostami nadjeżdżają wszystkie SKM-y, które użyźnią w ciągu dnia tę warszawską glebę.

Powiśle.

Dzielnica różnic. Dzielnica starych murów i aksamitnych apartamentowców. Miejsce dla graffiti z frustracją wyrzucającego to, co złe i marmurów celebrujących dzień dzisiejszy.

Podziemny charakter wzmagają mosty, pod których arkadami trzeba tu codziennie przechodzić. Można wtedy poczuć coś na kształt trwogi, gdy nagle, na górze przejedzie pociąg, dajmy na to z Gdańska albo Białegostoku.

Wtedy czuje się czym to miasto oddycha, zasilane wciąż nową tkanką.


Lubię chodzić ulicami Powiśla. Wzdłuż Solca albo przez te wszystkie nieuregulowane parki.
Na przykład ku warszawskiej Syrence, z podniesionym mieczem. Spiżowo-spokojnej. Nieruchomej i wytrwałej, postawionej na kawałku ziemi burzonej turbulencją...zbyt dużych ambicji, zbyt wielkich szans, które rozkładają na łopatki ledwie dyszącą, starą postać miasta.

Justyna Napiórkowska

Aleksander Gierymski, Święto trąbek, 1884, Muzeum Narodowe w Warszawie
Aleksander Gierymski, Piaskarze, 1887, Muzeum Narodowe w Warszawie
fot. Warszawa, Justyna Napiórkowska 

7 lut 2017

Rozdzielony dyptyk z Melun






Jest to być może najdziwniejszy obraz jaki znam. 
Najbardziej prowokacyjny.
Niektórzy twierdzą - i chyba słusznie- że jest po prostu bluźnierczy. 

Słynne prawe skrzydło dyptyku z Melun z 1450 roku autorstwa Jean Fouqueta.

Oficjalny tytuł tego obrazu to- naturalnie- Madonna z Dzieciątkiem wśród Aniołów.
Teoretycznie wszystko się zgadza. Tyle, że modelka pozująca do wizerunku owej Madonny była osobą - powiedzmy z przymrużeniem oka - z krwi i kości, co samo w sobie nie było niczym nadzwyczajnym,  ale jej tożsamość z mroków historii wydobywa głównie aspekt obyczajowy. 

Nie ma chyba drugiego przedstawienia, w którym mocno erotyzujący charakter skrywany byłby..."pod płaszczem" czy raczej w przebraniu Madonny.
Także te błyszczące, syntetyczne anioły nie pozwalają oddać się czysto religijnemu zawierzeniu. Niebieskie cherubiny symbolizują czystość i żywioł powietrza. Czerwone serafiny- miłość i ogień. Czy przypadkiem tylko serafiny przytrzymują tron? Niejako nie dopuszczając do "Królowej Nieba" cherubinów ?

Obecnie dwa skrzydła dyptyku znajdują się w odrębnych kolekcjach. 

Dobrze, że prawa część dyptyku z przedstawieniem Agnès Sorel jako Matki Boskiej znajduje się w Antwerpii.
Tam może się spokojnie wpisywać w realizowane znacznie przed narodzinami surrealizmu szaleństwo, którego chyba najwybitniejszym rzecznikiem był Hieronim Bosch. Jego tajemnicze wizje promieniowały z nieodległego s`Herotogenbosch, gdzie artysta urodził się i spędził prawie całe życie. A znacznie później mieli tworzyć w promieniu może stu kilometrów -które jak wiadomo dla szaleństwa nie są żadną odległością- m.in. James Ensor w Ostendzie,  Félicien Rops w Namur, czy współcześnie Jan Fabre właśnie w Antwerpii i Wim Delwoye w Gandawie...
  


Druga część dyptyku, zupełnie niewinne przedstawienie klęczącego Etienne Chevaliera- fundatora i królewskiego sekretarza, który polecany jest właśnie przez swojego patrona Matce Boskiej (albo po prostu sportretowanej...Agnès) znajduje się w berlińskiej Gemäldegalerie i raczej nie będzie mieć mocy zatrzymania Was na zbyt długą chwilę.
Zwłaszcza, że znajduje się w tej orbicie genialnych obrazów - bo przecież to tam jest Madonna w kościele Jana van Eycka (która tak ostatnio poruszyła mojego kolegę FB, że zapytał- jak on to zrobił...), Portret młodej kobiety (zatrzymanej przez Petrusa Christusa jak figura z wosku, w jakimś totalnym bezczasie (a przecież przypisanej nieodmiennie drugiej połowie XV wieku) i Amor Vincit Omnia Caravaggia, który mnie w sumie najmniej przekonuje, może przez swoją zbyt natarczywą tezę.



A zatem: oto Agnès Sorel jako Matka Boska z Dzieciątkiem ( tak!) z antwerpskiego muzeum.

Obraz wiąże się z dworem Karola VII, gdzie Agnès- jak można oględnie powiedzieć- zrobiła błyskawiczną karierę, zostając królewska metresą. 

Metresa- ładne słowo. Musiało mieścić w sobie sporo, a legendarnie piękna Agnès była chyba mistrzynią gatunku. (Na marginesie, mistrzostwo zakłada już sama etymologia słowa, od francuskiego maître. Jednocześnie nie pozwala to Agnès zaistnieć jako patronki feministek, bo niejako "zajaśniała" dzięki męskiemu patronatowi (czy jak kto woli mecenatowi, albo językiem współczesnym- sponsoringowi;).
Podobno w wydekoltowanych sukniach realizowała na miarę swojej epoki estetyczną rewolucję, obyczajowy paryski maj, jakieś pół wieku przed 1968...
Jak ładnie zapisał jeden z kronikarzy używając ponętnego słowa tétons - miała paradować po dworze z odkrytą piersią, co dobrze dokumentuje portret, będący kopią innego obrazu Fouqueta. 


W antwerpskim obrazie Jean Fouqueta widzę ją w jakiejś geometrycznej wersji. Sprowadzona do figur - trójkątów torsu i bioder, nachalnie regularnej krągłości piersi, która przetrwała chyba tylko we współczesnej postaci z gier komputerowych- w Larze Croft (i może jej realnej odtwórczyni, zapadającej w anoreksję Angeliny Jolie. Zresztą wywiązuje się po francusku  ładny dialog między nazwiskami Jolie i przydomkiem Agnes Sorel, zwanej od otrzymanych dóbr Dame de Beauté. Jolie- to po prostu ładna, a Beauté to już piękno...Ot, dodatkowa, trudna do osiągnięcia zmiana skali).

Więc cóż z tą odsłoniętą piersią? Autor, starając się trzymać religijnej wersji motywu nawiązywał oczywiście do wizerunków Virgo lactans. W tłumaczeniu dosłownym- dziewicy karmiącej. Powstawały takie obrazy, które w bardzo konkretny sposób ukazywały macierzyństwo Marii, a Dzieciątko, choć nastawione na sprawy ducha - musiało także być po prostu karmionym piersią niemowlęciem. 

O tym jak dawny to motyw niech wskazuje przedstawienie z rzymskich katakumb...


Tu jednak, u Agnès Sorel, choć była podobno matką trójki królewskich potomków, nie widzę nadwyżek macierzyńskiego ciepła. 
Rumiane dzieciątko siedzi poważne, na przytrzymywanej przez matkę szacie, na draperiach, które przypominają bardziej połamaną blachę, niż - jak się mówiło starodawnie- miękkość matczynego łona. 

Sztuka w renesansie szukała dobrego pretekstu do pokazania aktu. Na przykład u Cranacha, który przysłaniał ledwie woalem nagości Adama i Ewy. 

Tu jednak, u Jean Fouqueta chyba nie można uwierzyć w ów pretekst przedstawienia virgo latens- dziewicy karmiącej. Mówiąc obcesowo- ani dziewica, ani karmiąca. 
W sferze odczytywania symboli - sprawa jest bowiem jasna- karmić można było prawą piersią. Pierś lewa natomiast - uważana była za szatańską. W sumie to zabawne- ta mapa ciała, która sprawia, że strona prawa jest par excelence zbawiona, a lewa- potępiona. Cóż, ludzka miara dla spraw człowieka przerastających. 

Zatem, mimo wszystkich pozorów, sportretowana uporczywie nie staje się Madonną, do której swobodnie można wznosić modlitwy. 
Ja także uporczywie nie będę tytułować damy z obrazu Matką Boską z Dzieciątkiem. 

W sumie ten obraz jest tak zmysłowo sugestywny, że może spokojnie stać się motywem walentynkowym, unosząc śmiało konkurencję nabrzmiałych erotyką obrazów we współczesnym, rozerotyzowanym świecie.

Oczywiście jest też w jakiejś mierze świadectwem miłości nieszczęśliwej, bowiem jak mówią historyczne opisy, Agnès Sorel zmarła młodo, a opłakiwał ją najpewniej nie tylko król, ale i jego sekretarz, Etienne Chevalier...Ot, trochę obyczajowego smaku. Niech odrobiną dziegciu będą jeszcze ślady rtęci odkryte niedawno w jej badanych szczątkach...Czy była otruta?

Niech pozostanie po prostu porcelanową Agnès Sorel, zmysłową i piękną kochanką króla, a kto wie, może także jego sekretarza, Etienne Chevaliera, który -być może zamroczony utraconą miłością- zamówił ten dyptyk...dziś rozdzielony na dwie muzealne kolekcje.  

Niech Agnès niezmiennie zadziwia w tym antwerpskim muzeum, a Etienne Chevalier z drugiej, odległej części dyptyku niech w ciszy berlińskiego muzeum będzie nadal polecany gestem patrona nie do końca wiadomo komu...  

A dwa skrzydła niech pozostają rozdzielone, w Antwerpii i w Berlinie, w pokucie dla skrzydeł ołtarza.

Justyna Napiórkowska 

PS W Antwerpskim muzeum do 2019 roku trwa remont, jednak najważniejsze obiekty ze zbiorów można oglądać w innych lokalizacjach. 






2 lut 2017

Sztuka malowania autoportretu z hiacyntem


Na obrazie - Jacek Malczewski. Być może ubrany w swoją słynną, podszytą czerwienią pelerynę, w której widywano go na krakowskich Plantach, blisko Akademii.

Postawiony kołnierz. Czapka ( gamerka?) wspominająca zimę. W tle scenografia chochołów z nadzieją na wiosnę i chór faunów z obietnica natchnienia.


Czarny, śpiący pies, jak otyła tylda ułożona na piasku.


I ten hiacynt, trzymany pod ramieniem, jak książka. Jak zapowiedź. Jak opowieść.


Jeśli czytaliście kiedyś już moje teksty o Malczewskim, wiecie, że szczególnie lubię przyglądać się zawsze pejzażom w jego obrazach: są takie konkretne. do dziś nie zmienione. Na przykład te z Wielgiego, tam gdzie spędzał krótki, ale ważny moment na pograniczu dzieciństwa i młodości (a ja genetycznie ukierunkowana na to miejsce oglądałam kamienie i deski domu, gdzie urodziła się moja babcia...).


Tak, pejzaże niezmienione

W tej życiowej igraszce przynajmniej one mają szansę być stosunkowo stałe.

A portretowany? Oczywiście trzyma się swojego czasu w portrecie (w przeciwieństwie do choćby Doriana Graya), starzeje dyskretnie i godnie. Wnikliwie oddaje ten coraz dłuższy, coraz mroczniejszy cień, który się na niego zasadza.


Autoportrety zazwyczaj można poznać po wzroku utkwionym w widza. Wynikła z tego moc spojrzenia czerpie z bardzo pragmatycznych okoliczności: w końcu często malowano je patrząc w lustro.


Jak dużo można zobaczyć, gdy człowiek wpatruje się w siebie w lustrze...Przez dłuższą chwilę, niefunkcyjnie. Bez celu. W łazience, o poranku, albo wieczorem- po prostu spoglądając sobie w oczy. Albo w przelocie,  na przykład w windzie między piętrami, lub w odbiciu w szybie, przechodząc ulicą. Daleko od amoku selfie, który poda nam już twarz uładzoną, wyreżyserowaną na potrzeby świata.


Zwykle rzadkie są spotkania z własną twarzą. Malczewski jednak odbywał je nader często, częściej niż Dürer, Rembrandt czy Wyspiański...




Artysta spogląda zatem uważnie na nas (na siebie? ...w lusterku?), trzymając pod ramieniem wypięty ku niebu hiacynt.


Hiacynt, ta cudowna roślina, fenomen pory roku, która za chwilę nastanie.


Mocą kopuły, z której wyrasta, tej cebuli, która ma w swojej głębi ogromne zapasy, blado zielony sztylet przebija ziemię, podnosi liście i patyki (którymi bywa przykryty w swojej donicy) i wydobywa się po zimie zawsze w nieomylnym kierunku. 

Wczesnowiosenna rezurekcja. Ku światłu.

Jest jak gotyckie okno, z maswerkiem kwiatostanu.


Tu hiacynt pojawia się też jako odniesienie do imienia malarza. Wikipedia mówi:  "Jacek, Jacenty – imię męskie greckiego pochodzenia (gr. Ὑάκινθος Hyakinthos, hiacynt), od zlatynizowanej formy imienia Hiacynt (łac. Hyacinthus)." A dalej-  a jakże: informuje, że Hiacynt, ulubieniec Apollina został zabity dyskiem celowo rzuconym przez Zeusa.


Ulubieniec Apollina, jakby nie patrzeć- boga piękna- ginie - tak nieszczęśliwie, od dysku należącego do swego promotora.

Tego Apollina, który z wysokości Parnasu kapryśnie zsyłał natchnienie.

Los artysty... Radość tworzenia jest chyba zawsze podszyta straceńczym pytaniem "po co": "po co" czynić piękno w tym nietrwałym świecie, bo przecież ta mądra sekwencja, ars longa, vita brevis nie zawsze ma moc pokrzepienia. "Nic się nie pocieszy"*. 


Malczewski z hiacyntem. A zatem mierzy się w tym autoportrecie ze swoją definicją. Z imieniem, do którego aluzję skrywa ten kwiat. To przecież nasza pierwsza definicja, nadana przez rodziców. Zawsze coś musi zacząć nas definiować, a imię jest jednym z pierwszych...Niekiedy całe życie mija w cieniu tej pierwszej sugestii.


Czy imię Malczewskiego jest zatem zgodne z nim samym? Czy definicja nadana zgadza się ze stanem faktycznym? Czy to imię wypełni się jak wyrocznia?


Gdy Malczewski malował ten autoportret na początku XX wieku, pewnie się jeszcze nie domyślał, że pod koniec życia zacznie tracić wzrok...Że i jego dosięgnie ten rzucony dysk Apollina, gdzie śmierć najpierw ugodzi to, co było najważniejszą częścią jego życia. Czy może być gorsza końcówka dla malarza?


Być może nikt się nad tym nie zastanawiał. Może nie ma to znaczenia, takie dywagacje.


A jednak bardzo zastanowił mnie ten obraz własnie jako sposób opowiedzenia o sobie. Skonfrontowania własnej opowieści o sobie z tą, którą zna i powtarza świat.


Takie właśnie myśli towarzyszyły mi, gdy szłam przez krakowskie Planty, tam gdzie niegdyś chadzał w tej czarnej, podszytej czerwienią pelerynie Jacek Malczewski


A w głowie kołotało mi zdanie z "Wyrwanych stron" Czapskiego: "Nie chodzi o realizm czy antyrealizm, ale o prawdę”.


Otóż to. Liczy się prawda. W każdym autoportrecie, który tworzymy każdego dnia.


Justyna Napiórkowska


* Zbigniew Herbert
Jacek Malczewski, Autoportret z hiacyntem, 1902, Muzeum Narodowe w Poznaniu, kolekcja Raczyńskich

PS Pozdrowienia z selfie z hiacyntami, z trasy ku wiośnie ;) 




31 sty 2017

Jezioro Genewskie




Genewa. Piękno nad chmurami. Piękno pod chmurami. Miasto, o którym nie miałam żadnego pojęcia, poza płaszczem stereotypów. Płaszcz zrzucony, a Genewa objawiła się przede mną w kilku wersjach.

Kosmopolityczna, od dworca, przez tramwaje, po pół alfabetu akronimów, w których skrywają się organizacje międzynarodowe:  WTO, MOP, CERN, WIPO, WHO...

Na mnie największe wrażenie zrobiło jezioro, z tym pióropuszem wody wystrzeliwanym z potężną siłą z jego centrum, ale też z tą obietnicą bezy Mont Blanc, Białej Góry, na której wyłonienie tak oczekiwałam.

Przyjechałam do Genewy wczesnym popołudniem, prosto z Paryża. Było deszczowo. Na marginesie spotkań zawodowych udało mi się zmoknąć zarówno w brukowanych uliczkach starówki, jak i na esplanadach wiodących w dół, do jeziora.





Jezioro Genewskie jest jak miraż i fatamorgana. Wiem to na pewno, bo ten obraz, który zobaczyłam na zdjęciach i pocztówkach jest zupełnie inny od tego, który czekał na mnie o poranku, gdy deszcz nie mógł się zdecydować i niekiedy spływał strugami jak sznury, a niekiedy opadał z nieba lekką bryzą.

Jezioro Genewskie zapomniało tego dnia o swoich granicach, na horyzoncie wypływało gdzieś w niebo w niewyobrażalnej harmonii barw.

Tam, gdzieś chyba na zachodzie łączyło się z niebem. Bezbłędnie. Bezszwowo.

Zupełnie niewidocznie, niezauważalnie żywioły mieszały się, woda i powietrze łaczyły, a chmury roztapiały górskie masywy, które przecież gdzieś za tą szarą, zawieszoną w powietrzu emulsją musiały być, tuż obok.

Odsłaniały się tylko ich fragmenty, tylko na chwilę.


Kocham góry. Lubię oddychać ich powietrzem. Uwielbiam ich chłód, poważam ich kapryśność.

Lubię przyglądać się, gdy ich granie ranią błękit, a naiwne chmury opatrują te rany. Lubię patrzeć, jak nikną ich granice, gdy ziemia wdziera się w niebo, a niebo schodzi na ziemię.

Jest sprawą oczywistą, że tam też niekiedy rezyduje Bóg, i mój w którego wierzę, i wszyscy bogowie wszech czasów, ci z Akropolu i z innych świętych gór, objawiający się w upale lub w zimnie, ale raczej nie wtedy gdy ich się spodziewamy. Raczej w nieznane i w nieoczekiwane "czasem" Bóg coś cichutko szepnie, muśnie, przebłyśnie. Ale jest. Czasem w górach, czasem w dolinie. Czasem w rozmodleniu, a częściej w zwątpieniu.
Ale chyba raczej nie tam, gdzie przypudrowani przychodzimy na spotkanie, bo kimże w końcu jesteśmy, żeby wyznaczać panu Bogu terminy? ;)

A więc jezioro Genewskie mnie uwiodło, opętując tą pastelową gamą barw, której wcale się nie spodziewałam po tym kraju, znanym z organizacji, znanym z pragmatyzmu, znanym z praktycznego podejścia i wyrazistości. Jak czerwony krzyżyk na białym tle- chyba najbardziej rozpoznawalny emblemat ze scyzoryków, krowich dzwonków i czekoladek.

Gdy obudził mnie genewski poranek  po prostu musiałam iść pobiegać, 6 km, chciałam przebiec najpierw brzegiem, a potem wrócić miastem, ale nie, nie udało się, bo magnes, który ktoś gdzieś tam umieścił trzymał mnie na ścieżce, jak jeden z tych pociągów, które wytrwale suną po szynach i nie mają pomysłu, żeby zboczyć, jak tam w pracowni pewnego znajomego Szwajcara, gdzie pamiętam z dzieciństwa piwnicę ze skarbem- z pieczołowitością wybudowanym modelem kolejki, która w kółko, tą samą drogą, ale hipnotycznie przesuwała się powoli przed moimi oczami, przed oczami mojej siostry, a może i przed oczami Ralfa, wówczas zdecydowanie dorosłego, ówczesnymi kryteriami nawet starego znajomego rodziców, z którego śmiało, przy okrążeniach tej kolejki wychodziło dziecko.

Bo przecież chodzi o to, byśmy wszyscy na chwilę byli dziećmi. Proste. Nic więcej.

A wiec Jezioro Genewskie. Cud przyrody, cud świata. Szare, lazurowe, niebieskie. Zmienne.

O wodzie tak czystej, że staje się jakimś jordanem, który musi służyć czemuś więcej niż zwykłym kąpielom. O wodach poruszonych wartkim nurtem Rodanu.

W zwieńczeniu tej upuszczonej wśród gór plamy, gdzieś na horyzoncie, w słoneczne dni pojawia się ośnieżony szczyt Mont Blanc, ale oczywiście go nie zobaczyłam, postanowił się nie objawiać, bo przecież z pewnością nie jest też tak, że oto przyjeżdżamy, stajemy na esplanadzie i dostajemy całe, tak niewyobrażalne piękno: bierzcie to wszystko.

Trzeba pokory. Trzeba cierpliwości.

Ale myśl, że ten szczyt bieli się gdzieś za niewidocznym horyzontem to już bardzo dużo. Wiara że jest.
Wystarczy ją zastosować także do innej Obecności.
Bo wobec takiego piękna, przekonanie graniczy z pewnością. Jest. Bóg jest.


Justyna Napiórkowska

PS Jeśli za bardzo mnie uniosło, to uszczypnijcie, przywołajcie do porządku, ściągnijcie na dół, a ja opadnę spokojnie na dowolny bruk. Za dużo piękna, syndrom Stendhala doskwiera ;) 
PS 2 Pisane w samolocie, z takimi widokami:














30 sty 2017

Paryż. Miasto skojarzeń.

Paryż, Paryż. 
Spędziłam tu tylko chwilę. Moment wszyty między dwa pociągi, które przenoszą mnie z północy na południe, trochę trawersem, w sprawach zawodowych przez pół Europy.

Niepełna doba, ale Paryż dał mi wszystko czego po nim nie oczekiwałam. Jakby ktoś stanął przede mną i szybkim gestem odsłonił grubą kurtynę, powłokę miasta, która zazwyczaj nas w pierwszej chwili przyciąga, nie pozwalając dotrzeć do jego serca.

A więc tym razem wieża tylko mignęła mi z okien RER-u, tego podmiejskiego pociągu, który wiózł mnie ze spotkania na spotkanie. Luwr przesunął się nad moją głową w jedynce metra, a Tuilleries, Concordy i Champs-Elysées zostały nietknięte, tam gdzie są zawsze.

Pierwsza połowa dnia minęła na spotkaniach zawodowych, które niezauważalnie stały się ważnymi rozmowami. Potem miałam czas dla siebie.

Lubię znaleźć się w mieście takim jak Paryż (ale także Mediolan czy Rzym) na zaledwie kilkanaście godzin, bo każda z nich kwestionuje nośność czasu, mieści więcej niż powinna. Chcę to jeszcze zmaksymalizować, nie wiem, czy wolę wieczór paryski czy poranek, dlatego wieczorem długo chodzę po mieście, wracając ze spotkania ze znajomymi wysiadam dwie stacje wcześniej, żeby wyjść z tego podziemnego krwioobiegu, przejść górą, nad tymi katakumbami metra, w spokojnym, uśpionym Paryżu, bo taka jest teraz w styczniu większość dzielnic (oprócz tej jednej dyskoteki, o nazwie Discothéque, która podobno czeka (na mnie też?) 24 godziny na dobę, żeby podtrzymać miraż miasta, które nie śpi).

To miasto jednak śpi. Zasypia zatem rozrzedzającym się nurtem samochodów na jego ulicach, coraz mniej licznymi Paryżanami, którzy kryją się pod parasolami na jego trotuarach. Zasypia wygaszanymi światłami dzielnic, jak te w XVI dzielnicy, po 22, w większości już tonącej w ciemności.

A zatem Paryż śpi, a potem wstaje. Ja też wstałam z jego pierwszymi, porannymi mieszkańcami. Zakładam buty do biegania, w recepcji krótka rozmowa z bardzo paryską recepcjonistką, na której twarzy są fantastyczne konstelacje rudych piegów. Potwierdza, że dobrym pomysłem jest pobiegnięcie do Ogrodów Luksemburskich, zaledwie 15 minut stąd. Po drodze trochę zbaczam, idąc za tym co mnie przyciąga, zerkając od czasu do czasu na wystrzelony w niebo, rozświetlony na niebiesko wieżowiec Montparnsse`u, ten najbardziej natarczywy wtręt z całej paryskiej panoramy.  

Zatem biegnę, nie tylko dlatego, by nawdychać się tego powietrza, by poczuć zapach boulangerii o poranku i usłyszeć dźwięk tępo rzucanych na chodniki, wiązanych sznurkami kubików świeżych gazet przed kioskami. Nie tylko po to, by wymienić uśmiechy z kierowcą autobusu numer 93 i panią, która zamiata przed swoim sklepem. Wiem bowiem, że w biegu zobaczę więcej, niż gdybym tu przez tydzień z literą przewodnika zaliczała kolejne punkty. Gdy biegnę, jestem  w pełnej mobilizacji, łapię wzrokiem obrazy, okruchy, które zostaną i później jak z fragmentów potłuczonego  szkła złożą się w kolorową mozaikę, a kto wie może nawet w posklejane lustro, w którym zobaczę nie tylko Paryż, ale także siebie.

Tak, po to biegnę.

I wiem, że nie powinnam się dziwić, że choć nie znam dobrze akurat tej dzielnicy, to mylne labirynty ulic prowadza mnie tam, gdzie powinny, bym zdążyła jeszcze przed porannym pociągiem, który zacznie za chwilę spieszyć się przed wyjazdem na dość odległym Gare du Lyon, i ja także będę się podskórnie spieszyć, włączając sekundnik w telefonie w metrze, by sprawdzić czy na pewno zdążę, a jeszcze bardziej chwilę potem w tym  ludzkim korku  (tak!) który utworzył się na stacji Bercy, jeden przystanek od mojego dworca i 15 minut od mojego odjazdu, gdzie tłum ludzi przedzierał się przez przewężenie budowlane, tak idealne dla wszystkich terrorystów, których Bogu dzięki tu teraz nie ma, ale są gdzieś na ramieniu,  podszeptują o strachu gdzieś z tyłu naszych myśli. Przebijam się przez ten tłum,  wyprzedzam kogo mogę szarżując dziesiątkami „pardon” i „excusez-moi, je me depeche”…

A wiec przed tym pociągiem, o świcie, którego nawet przy wielkiej wyobraźni nie można nazwać bladym, bo ten świt jest jeszcze czarny, a rozjaśniać zacznie się dopiero około ósmej, więc przez to ciemne miasto świateł biegnę po siódmej rano i w tym biegu zahaczam o miejsca, które były i są mi tak drogie- Saint- Germain-des-Prés, Sciences Po, gdzie studiowałam, Musée de Cluny z jednorożcem, Cinema Le Champo, przy ulicy tego, który rozczytał hieroglify, tam gdzie w czerwonym, welurowym fotelu starego kina (dinozaura wśród multipleksów) oglądałam kiedyś Amélie. Potem podbiegam pod bramę 12, rue de la Sorbonne, ten wspaniały adres, gdzie przez ostatni miesiąc rocznego, paryskiego stypendium w PANie mieszkałam z wyrozumiałą współlokatorką w mieszkaniu o 12 metrach kwadratowych, a przy naszej ulicy stała (i stoi i stać będzie) Sorbona. A potem jeszcze biegnę wzdłuż ogrodów Luksemburskich, oczywiście zamkniętych o tej porze, ale przez których imponujące ogrodzenia można w biegu zobaczyć te wszystkie kamienne nimfy na piedestałach.

I kiedy tak biegłam, za azymut biorąc niebieską wieżę Montparnasse, intuicja (albo Bóg wie co ?) kazała mi skręcić w tę małą uliczkę, wyglądającą raczej jak impas, podejmując ryzyko, że za chwilę będę musiała zawrócić, mimo, że się spieszę, że przecież ten pociąg niedługo. Nie zawróciłam, a w zwieńczeniu ulicy czekało na mnie to, co miało czekać, nie zgodnie z moją wolą, albo planem, ani nie z topograficzną znajomością miasta, ale z tym przypadkiem, który w takich miejscach tak doskonale nas prowadzi.

Rue de Bara.

Ten adres, który powtarzał się wczoraj w mojej głowie.

Właśnie ten adres, nazwa uliczki, która okazała się bardzo krótka, jak jej nazwa, zaledwie kilkanaście numerów, właśnie tu mieści się także wąska kamienica pod numerem 3, dziś światła pogaszone, i to tu mieszkał Leopold Zborowski z żoną Anną i bywał może Modigliani, a na pewno Eugeniusz Eibisch i z pewnością jego przyjaciel, Chaim Soutine. Oni wszyscy, ci o których opowiadałam tyle razy słuchaczom w parlamencie europejskim i studentom, od Warszawy po Brukselę, a nawet Nowy Jork, gdzie przecież tłumaczyłam, że kobieta sportretowana przez Modiglianiego na pokazywanym w MoMA obrazie to właśnie Anna Zborowska.  

Właśnie, właśnie.

I oto właśnie te obecności zaprosiły mnie rankiem do siebie. Pod próg tego adresu, który był dla mnie bardziej mitem niż konkretem, bo nigdy się nie zastanawiałam, gdzie jest ta ulica, w tym mieście tysięcy ulic.
   
I wiem doskonale, że poprowadziła mnie tam ta sama siła, która dzień wcześniej późnym popołudniem, gdy wyszłam z hotelu planując bieg (nieskutecznie, bo wówczas nie udało się tego zrealizować) w kierunku Ogrodów Luksemburskich, ale z zamiarem wcześniejszego spaceru przez Cmentarz Montparnasse, który mieścił się dosłownie za ścianą mojego hotelu.

Poszłam zatem na cmentarz, który strona internetowa poświęcona turystyce rekomenduje triadą tagów:  "spacer, ogród, atrakcje", a dalej, że to tu spoczywa Ionesco, i Sarte, i obok Simone de Beauvoir, i Baudelaire i Brancusi, o którym wszyscy wiemy, że przyszedł do Paryża pieszo, na pewno za marzeniem. I Marguerite Duras, do której listy pisał przez lata młodszy o 30 lat asystent, który też leży teraz obok niej, i Maupassant…

Wiec idę, przechodzę przez bramę, idę tym kamiennym Styksem głównej alej i czuję jak rozpościera się we mnie żal, że nie znajdę tych wszystkich grobów, bo nie chcę iść z wyłożoną tu przy wyjściu drukowaną mapą, wolę iść swobodnie. Nie znajdę tych grobów, ale trudno, myślę. I wtedy właśnie zagaduje do mnie starszy pan, pytając czy się zgubiłam.

Odpowiadam trochę zgodnie z prawdą, a trochę niezgodnie, że nie. Nie zgubiłam się, idę prostą aleją, w XXI wieku, śmiało i pewnie, ale też tak, zgubiłam się, a może czasem nawet lubię się zgubić.

Pytam go czy może on się zgubił, czy jakoś pomóc. Pod ramieniem trzyma wydanie Jean d`Ormenssona w tej pięknej  i tak szacownej serii Gallimarda. Przed chwilą idąc z daleka zauważyłam, że zaglądał do tej książki. Ale teraz ją zamknął i rozmawia ze mną.

„Ja, proszę Pani, wkrótce tu będę rezydentem, więc znam to miejsce dobrze, bardzo dobrze.  Pokazać?” „Tak, bardzo chętnie”- odpowiadam i już wiem, jaki sens, poza wszystkimi powierzchownymi miał ten mój przyjazd do Paryża, że zaraz znów będzie odsłaniać się jakaś kotara, a obraz na chwilę się rozjaśni i stanie przez ułamek sekundy tak wyraźny i zrozumiały.

Idziemy więc razem przez cmentarz, mój rozmówca nieomylnie prowadzi mnie ścieżynkami do najdyskretniejszych grobów, bo takie są oczywiście groby ludzi najwybitniejszych, tych, których życie było już pomnikiem, więc po co jeszcze pośmiertnie, tak do znudzenia się powtarzać. Biała płyta Man Raya, którego prawdziwe imię było Emanuel, czego dowiaduję się właśnie tu, przy okazji czytając tę piękną, prawie niewidoczną inskrypcję „Unconcerned but not indifferent, z literówką grawera, a obok, pod medalionem czarną farbą, w wyżłobieniach – "together again" – gdzie pogrzebani są on i jego żona, której imienia nie pamiętam. Potem Julio Cortazar,  w grobie przykrytym listami i karteluszkami, ale także tymi rzuconymi biletami autobusowymi, które tak wiele osób zostawia tu na grobach (a którą to historię także poznaję, ale niestety zapominam, wśród tych wszystkich informacji, które tego dnia usłyszę). Idziemy dalej- Cesar, Ionseco, Jean Sebern, równie piękna jak nieszczęśliwa, naprawdę żyjąca do utraty tchu partnerka Belmondo, blondynka w marynarskiej bluzie; potem jeszcze twórca paryskiej Cinemateki, ocalający taśmy filmowe, z których zdjęcia tworzą teraz na jego grobie czarno-biały kolaż, i autor organów z Notre-Dame, które zagrzmią kilka godzin później, i Charles Baudelaire, na którego grobie jak stemple zostawione są pocałunki, ślady ust poruszonych czytelniczek, które najwyraźniej lubią różne kolory szminki. To tam, na tym grobie leży książka Rolanda Topora, wyłożona w ramach akcji publicznej wymiany książek- każdy może ją wypożyczyć, przeczytać i odłożyć gdzieś indziej- w autobusie, metrze albo parku. Rozmawiamy o Toporze, mówię, że był polskiego pochodzenia, na co twarz mojego rozmówcy znów się rozjaśnia, mówi "chodźmy" i bezbłędnym meandrem prowadzi mnie do grobu, na którego płycie wykonano płaskorzeźbę przedstawiającą wędrującego mężczyznę z walizką, która jakby rozpada się, a jej porwane płaty stają się ptakami.*** Grób Topora.

Idziemy dalej nic nie mówiąc, do grobu, na którego prosty granit położono kamienny krzyż. Na umieszczonej wyżej płycie prawie nie można przeczytać nazwiska, wymytego przez deszcz. Pochylam się, przyglądam literom.  



Chaim Soutine.

Tak, Chaim Soutine. Ten przyjaciel Eibischa, z którym dzielił pracownię i biedę, i nad którego życiem zastanawiałam się dużo, ale nigdy nie myślałam o jego grobie, nie zastanawiałam się gdzie jest.
Po prostu musieliśmy tu przyjść. Niezrozumiała siła. A może bardzo logiczna.

Wiec tu  leżą doczesne szczątki tego biednego Żyda, który przyjechał do miasta świateł gdzieś z szarości i biedy, z miejsca, które jest dzisiejszą Białorusią.

Pod płytą z krzyżem. A przecież nie zmienił nigdy wyznania, a obok nazwiska i zwiędłego fiołka wyłożono tu także zgodnie z żydowskim zwyczajem kilka kamyków, jako znak pamięci dla zmarłego…
I myślę wtedy o Madonnie wyrzeźbionej przez Żyda, Leo Lipschitza***** na wyspie Hebrydów, Holy Iona, o której tak cudownie pisał w 1963 roku Zbigniew Herbert, a ja przeczytałam zaledwie kilka dni temu.  Że oto ten krzyż, gdzieś na zapomnianym i niedostępnym krańcu jeśli nie świata, to chociaż Europy wyrzeźbił Żyd, który 
pozostał przy swojej wierze, po to, by „narody świata się porozumiewały”.

Soutine, ten równie wierny Żyd leży pod krzyżem być może dlatego, że kiedy umarł, w 1943, w opętanym przez nazistów Paryżu, to tylko ten krzyż mógł go przygarnąć pod płytę tego w końcu nieanonimowego, niezbiorowego grobu, na tym szacownym cmentarzu.

Ach, te zbiegi okoliczności. Te historie, które nas budują, tworząc tkankę z szeregu skojarzeń.

Jeśli jakieś dobre drogi będą nas prowadzić do takich znaków, to powiem za Herbertem:  „nie cała chyba nadzieja jest pogrzebana”.

Justyna Napiórkowska

PS
Pociąg dojechał. A teraz Genewa.
*
Dodam, że mój rozmówca okazał się wykładowcą Sorbony, gdzie przez 40 lat, do emerytury uczył historii. Wyszliśmy z cmentarza gdy dzwony we wszystkich jego bramach obwieściły czas zamknięcia.
**
W genewskiej księgarni do książki, która czytał. "Guide des égarés" Jean d`Ormessona, członka Akademii Francuskiej...Tytuł można tłumaczyć jako przewodnik błądzących ( zagubionych, błakających się...). Szukam dalej, i okazuje się, że jest zaczerpnięty z dzieła XII wiecznego żydowskiego filozofa,  Mojżesza Majmonidesa, który w swoim traktacie starał się pogodzić prawdy wiary z filozofią. Jak informuje francuska Wikipedia, pragnął zbudować zgodność świata prawd żydowskich z wartościami uniwersalnymi, dla uniwersalnej zgody. Czy to mogła być inna książka?
*** W kilku miejscach spotkałam się z powtarzanym cytatem Jean d`Ormessona:  "La légèreté est belle quand elle est alliée à la profondeur". Lekkość jest piękna, gdy towarzyszy jej głębia. 
**** Dopiero teraz zastanowiło mnie, dlaczego hotel, w którym zatrzymałam się nazywa się Arkadia. Czyżby rzeczywistość chciała do mnie mrugnąć okiem? 
*****Herbert pomylił się w imieniu- to był Jacques (Chaim Jakow), a nie Leo Lipschitz, a napis na tyle rzeźby, w języku francuskim brzmi:Jacob Lipchitz juif fidéle a la fonde ses ancêtres a fait cette vierge pour la bonne entente des hommes sur la terre afin que l'esprit régne.


Julien i Man Ray, "together again", "unconcerned but not indifferent", tu z małą literówką grawera


Julio Cortázar, urodzony w Brukseli, zmarł w Paryżu, pochowany z partnerką i żoną ( i nie była to jedna osoba).

Jean Seberg, z "Do utraty tchu"

Grób MargueDuras...i jej asystenta

Z grobu twórcy cinemateki, nazwiska nie pamiętam. Ocalający taśmy filmowe... 

Charles Baudelaire


Brancusi

Jean- Paul Sartre i Simone de Beauvoir


***Grób Rolanda Topora. To jednak nie ptaki wypadają z walizki.

Grób Chaima Soutine`a. Podobno wiele osób go szuka, ale nie znajduje...


27 sty 2017

Als ick kann



Portret mężczyzny w czerwonym turbanie. Wynurza się z czerni w National Museum w Londynie. Skupiony, poważny, o zamglonym oku.

Popisowa partia van Eycka, malarza z książęcego dworu.
Przeciwieństwa zmaterializowane. Pan Każdy. Jedyny w swoim rodzaju.

Wyjęty z nicości uważnym dotknięciem pędzla swojego mistrza.

Tak nierealny i realny jednocześnie.
Przekorny język, który każe nazywać jego autora prymitywem flamandzkim.

Ten turban mógłby spokojnie być probierzem stylów. Wyobrażam sobie jak wyglądałby w wersji barokowej. Jak w manieryzmie. Ten tu, u Jana van Eycka jest jak splątany nadmiar tkaniny z perizonium z Chrystusa Wita Stwosza.  Ten, którego kamienny ciężar zdematerializował wiatr i otuliło wypełnione kadzidłami powietrze krakowskiej bazyliki.
Ze świętych czasów przed grawitacją.




A twarz? Dużo tu takich, na terenie Belgii. Flamand o uważnych oczach, pod ciężką, bladą powieką. Na siatkę zmarszczek, które umiejscawiają go gdzieś około 60-tki- czyli wówczas na krańcu drogi- nakłada się druga, ta udręka konserwatorów, kratownica cienkich linii spękanej warstwy malarskiej.

Jakby to, co pod spodem było młodsze, a to z wierzchu starsze, pękało, ze zmęczenia, z czasu...

Portret mężczyzny w czerwonym turbanie. W turbanie? Czerwonym? To po prostu prowokacja dla przyszłych pokoleń; ten turban, ta skłębiona tkanina na głowie będzie dla współczesnego odbiorcy tylko przyczynkiem do artystycznych akcji albo imprezowych selfie w karmazynowym ręczniku.
Znam takie. Nie zakryją tą glazurą współczesności cudownego patosu, w który ubrał swego surowego bohatera ( siebie?) van Eyck.


Ale nie o tym chciałam napisać. Raczej o tej słynnej inskrypcji, z pokory albo dumy wypisywanej przez Jana Van Eycka na ramie. "Als ick kann". "Jak potrafię." JAK POTRAFIĘ.

Flamandzkie zwycięstwo realizmu nad marzeniem. Jak potrafię. Podpis na arcydziele mistrza, który potrafił mocą swojego talentu zawiesić na chwilę ziemskie przyciąganie, spłaszczyć czas. Zbudować w uważnym spojrzeniu sportretowanego łączność jego "teraz" z naszym "teraz", stapiając je w jedną wspólną wieczność.

Myślałam o tym przechodząc kilka dni temu przez Kazimierz Dolny. W płachcie fasady kamienicy Celejowskiej, w jej potężnym zwieńczeniu, tam gdzie miecze attyk wbijają się w niebo- lubelscy muratorzy wyżłobili nisze.
Nisza dla Matki Boskiej. Nisza dla Chrystusa. Nisze dla świętych patronów rodziny fundatora.

A w nich- ledwo mieszczący się bohaterowie podtrzymują sklepienia głowami. Przeskalowani. Napęczniali. Nienaturalni.
Och, brzmi cichy, fałszywy ton w tej manierystycznej fantazji.

Ich anonimowy autor nie zrozumiał tego, co uczynił ponad 100 wcześniej Michał Anioł. Gdy rzeźbił Dawida w ułomnym kawałku karraryjskiego marmuru, gdy skalował, by na rzeźbę można było patrzeć z dołu, kiedy będzie już wedle założenia ustawiona na ścianie florenckiej katedry.
Dawid zszedł na ziemię i nie zaszkodziło to jego proporcjom. Ustawiono go gdzie indziej, ale wciąż jest doskonały.


A co z rzeźbiarzem z Kazimierza?
Niektórzy zarzucają mu naiwność.

A on zrobił jak potrafił. Wedle najlepszych chęci. Dowodząc zamiarów może większych niż sił, więcej wiary niż możliwości. Wedle pełni talentu, dzięki któremu rozpostarł ku niebu ten cudowny, rzeźbiarski feretron. Wedle wiedzy, która cienkim strumieniem docierała od mistrzów świata tu, w jego peryferie.


Być może to niedoskonale. Może bez proporcji. Bo co z tym trochę sztywnym ustawieniem Marii? Co z jeszcze sztywniejszą postawą dzierżącego kulę ziemską Chrystusa? Powinien się zgarbić, by pomieścić w nadanej pod łukiem zbyt skromnej przestrzeni.

Cóż z tymi niedoskonałościami?
Nic. Nie szkodzą. Nie odbierają ani krztyny z poczucia zwycięstwa nad materią. Nie ujmują nic z wyrzeźbionego w piaskowym kamieniu triumfu nad pustką.
Nie odbierają mocy pragnieniu piękna, które musiało towarzyszyć twórcy na wysokim rusztowaniu. Ani temu samemu pragnieniu, z którym wędrują przez miasto turyści.

Tak właśnie to czuję, gdy staję pod tym fragmentem ściany, który dziś jest jak zatrzaśnięta brama w świetle głównej, wiodącej z Bochotnicy ulicy, tej, która skręca później wzdłuż Grodarza, przez większość sezonów będącego nie rzeką, lecz głębokim kanionem, zbudowaną ze zlepieńców i opok rynną dla wody z tutejszych stoków, prowadzącą gdzieś z pełnego sadów Skrowieszynka ku Wiśle.

Als ick kann. Być może to samo myślała śpiewaczka, ta z lekko rozmazanym makijażem, z upadłym smętnie ramiączkiem, ta którą usłyszałam jakiś czas temu w pięknym i szacownym miejscu.
Może śpiewała Ave Maria. Może coś innego. Jej głos niestety rzęził w gardle. Słuchacze wiercili się na krzesłach, powietrze wibrowało.

A ona śpiewała. Fałszując, zaginając światło, które ją otaczało i łamiąc powietrze dookoła.
Ale śpiewała.

Piękne motto. Als ick kann. Dla geniuszów, wielkiego talentu, i dla wszystkich pozostałych.

Dlatego nie pytajcie mnie, czy jakiś obraz jest dobry. Nie pytajcie.
Każdy według własnej mocy. Według własnego talentu. Jak potrafi. Wedle własnego "als ick kann".


Justyna Napiórkowska

foto: 
Jan van Eyck, Portret mężczyzny w czerwonym turbanie, ok. 1433, National Gallery, Londyn
Chrystus Wita Stwosza z kościoła Mariackiego, przed 1496, Kraków
Kamienica Bartłomieja Celejowskiego, ok 1635, Kazimierz Dolny

26 sty 2017

Więzień nr 18729


Wydaje się dziś, że doświadczenie II Wojny Światowej jest odległe. Dla mnie zamykało się w książkach historycznych, w filmach. W dokumentach.

Pamiętam jednak, jak zmieniła się moja perspektywa, gdy zobaczyłam wytatuowany numer na przedramieniu Józefa Szajny.

Miałam zaszczyt Go znać i wielokrotnie rozmawiać. To najważniejsze rozmowy w moim życiu. Wszystko stało się od razu konkretne, wielowymiarowe, namacalne. Bardzo bolesne.

Józef Szajna- człowiek, który stał się numerem 18729.

Józef Szajna jako kilkunastoletni chłopiec za działalność konspiracyjną został więźniem Auschwitz i Buchenwaldu. To w obozie powstały jego pierwsze prace, do dziś zachowane w tamtejszym muzeum.

Adorno twierdził, że po Auschwitz nie ma prawa powstawać poezja. Sam zrezygnował z komponowania muzyki. Człowiek w czasach marnych udowodnił, jakim jest stworzeniem. Jak cienka jest granica między kulturą a barbarzyństwem.

Szajna myślał inaczej niż Adorno. Miał ku temu podstawy.

On, który spał na więziennych pryczach, który spędził kilka dni stojąc w wodzie w ramach wyrafinowanej tortury. Przeszedł przez Golgotę, która miała być wstępem do kary śmierci. Musiał fizycznie odczuwać strach przed końcem, przez długie godziny czekając samotnie na wykonanie wyroku. On, który stojąc już pod ścianą rozstrzelań, w ostatniej chwili został ocalony. On, który stał się numerem.

Powiedzieć, że był świadkiem – to za mało. Był ofiarą, która przeżyła. Wówczas także odzyskane życie jest ofiarą- dla pamięci, dla pojednania.

Dla nas pamiętanie jest obowiązkiem.

Zło jest niepozbawione wyobraźni. Bawi się swoimi ofiarami. Czytałam kiedyś o przerażających spektaklach z Auschwitz w gromadzonych przez Jad Vashem dokumentach, które w czasie studiów we Włoszech tłumaczyłam na prośbę jednego z potomków ofiar.

Kryteria podziału na terenie KL były jasne. Po jednej stronie ubrani w pięknie wyszyte mundury. Czyści i dumni oprawcy. But wyglancowany, materiały odprasowane. Słynne kroje Bossa. Sylwetka jak u młodego boga, wyprostowana jak struna. Zwykli ludzie po godzinach tulący na kolanach swoje dzieci i szukający wyciszenia w muzyce klasycznej. Samozwańcza „rasa wyższa”.

Z drugiej- wychudzeni, poszarpani. Przezroczyści jak pergamin. Słaniający się. Wycieńczeni. Kto miał siłę, mógł przetrwać. Kto zbyt słaby, żeby żyć, ale nie na tyle, żeby umrzeć rzucał się,  "na druty".

Wyglancowani sprawnie wyłuskiwali tych silniejszych, według kryterium przydatności. Jak Józefa, chłopaka, którego zadaniem miało być sprzątanie mieszkania jednego z komendantów. Pozostanie tajemnicą, czy jakiś okruch człowieczeństwa sprawił, że komendant nie reagował na to, że znikało jedzenie z jego kuchni? Nie widział, czy też dzięki okruchowi człowieczeństwa nie reagował?

Szajna ważył 46 kg. W obozie stracił bowiem jakieś 30 kg. To różnica w wadze między człowiekiem a szkieletem. Ale tyle wystarczyło, żeby przeżyć. Trzymać się skrawka życia, pozostałych sił, swojej młodości- tak okrutnie zerwanej, utraconej, pogwałconej.

Jakie życie dostał Szajna, gdy uciekł z obozu? Jakie życie czekało tych, którzy doczekali 27 stycznia, dnia wyzwolenia? Wielu tej wolności nie przetrwało. Przez miesiące jeszcze umierali, robiono zbiorowe pogrzeby. 100. 200. 300 osób. Według logiki z Auschwitz to statystyki. Numery. A w każdym jednym – konkretna potężna tragedia. Czyjś syn, ojciec, brat, mąż. Żona, siostra. Matka.

Jak żyć, jeśli to wszystko się widziało? Milczeć nie można było. Choć pewnie byłoby łatwiej.
Uderzają mnie czytane opowieści byłych więźniów. Gdy mówią o tym, że po kilkudziesięciu latach, nagle, gdzieś w kawiarni słyszą głos, który przypomina im byłego oprawcę. Gdy mówią, jak budzą się w środku nocy, żeby gotować ziemniaki, i objadać się nimi, aż do bólu. Bo nadeszło wspomnienie tego potężnego głodu. Gdy wystarczyło zobaczyć jakiś drobiazg, guzik, kolor – co sprawiało, że wracało całe ciężkie brzemię wspomnień.

Brzemię, pod którym miliony umarły. A niektórzy musieli żyć, niosąc pamięć.

Pamiętajmy.

27 stycznia:  Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu z okazji rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau przez 100 Lwowską Dywizję Piechoty.



Józef Szajna, foto -Wojciech Plewiński, źródło: culture.pl

Justyna Napiórkowska 

tekst wcześniej publikowany w portalu Natemat

Blichtr w obliczu ostateczności - sarmackie portrety trumienne


Nie znam wielu portretów, które oddawałby lepiej tak żywą postać.

Delikatny róż na policzkach. Blask w oczach. Lekki uśmiech. Ta kobieta z obrazu po prostu promieniuje jakimś światłem. Tymczasem to wizerunek bardzo mroczny. Namalowany na kawałku blachy o charakterystycznym kształcie. To forma mówi o funkcji obrazu, który na czas uroczystości pogrzebowych mocowano do lica trumny. Takich portretów trumiennych malowano w Rzeczpospolitej w XVII i XVIII wieku dziesiątki. I są one jednym ze świadectw wyjątkowości polskiej kultury.

Myślę, że jest w nich cała sarmacka złożoność. A może nawet ponadczasowa złożoność polskiej duszy: ulepionej na skraju dwóch światów. W kulturowym tyglu, na tym równinnym plastrze ziemi między Wschodem i Zachodem.

Współcześnie, gdy ktoś odchodzi, gdy jest to osoba znana, fotoedytorzy zmieniają kolorowe zdjęcia na czarno-białe. Ze strefy realistycznej przechodzimy w monochromatyczną strefę, gdzie już nie ma życia. Tak wyznaczana jest granica śmierci w naszym obrazowym świecie. A przed wiekami inaczej. Wówczas niepokojącym realizmem przedłużano życie.

Nie wiemy kim jest ta dziewczyna z portretu z Muzeum Narodowego w Poznaniu. Klejnoty, w które jest wystrojona kupowano najpewniej za kwintale zboża spławianego w złotym wieku Wisłą, przez Gdańsk, ku portom w Antwerpii czy w Amsterdamie. Koronki, czepce, wstążki. Ubrana modnie. Nawet wystawnie. Ach, tyle materialnej ułudy w tym barokowym theatrum śmierci.

Portrety trumienne, choć wiemy o nich dziś dość dużo, pozostają tajemnicą. Bo jak zrozumieć, że oto, na progu wieczności, gdy odeszło życie, towarzyszy tym zmarłym taki blichtr? Gdzie powściągliwość w obliczu śmierci? Czy to sarmacka próżność kazała ukazywać postaci na portretach tak strojnie? Panie w dekoltach. Panowie w żupanach. Błyszczą perły, skrzą się drogocenne kamienie. Po co ten glamour w drodze ku zaświatom? Po co ta faraońska wystawność, która nakazuje w obliczu śmierci pokazać się tak okazale? Co z pokorą wobec nikczemnego vanitas?

Tyle blichtru wobec ostateczności…

Myślę, że to ten paradoks w portretach trumiennych sprawia, że są tak zadziwiające.

Ta cała materialność tych barokowych konterfektów, te koronki, perły i naszyjniki tak mocno wiążą z życiem. Z pragnieniami, które na co dzień animując ludzkie „mieć”, niekiedy przysłaniają pozbawione potrzeb „być”. A tu, na portrecie trumiennym kończy się zarówno ziemskie „mieć” i „być”.

Może ta ozdobność skierowana jest nie tylko ku pamięci zasmuconych żywych, tych, którzy pozostali w cieniu castrum doloris, ale także wobec wieczności, która oto otwiera się przed osobą zmarłą. W tych strojach zostaje ziemski status quo, ale przecież „tam”, po drugiej stronie nie będzie już obowiązywał.

Ot, cudowna naiwność.

W sumie wyraża się w niej nasza niezmienna niewiedza w obliczu śmierci.




Portret trumienny Sabiny Hasa Radlic, ok. 1676, Muzeum Narodowe w Poznaniu


Portret trumienny Domicelli Barbary ze Szczawińskich, ok. 1630-1667/1676, Muzeum Narodowe w  Warszawie




Portret truminny Stanisława Woyszy


Justyna Napiórkowska, historyk sztuki i europeista, współprowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie i Brukseli, autorka "O sztuce", Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury.

Tekst wcześniej publikowany w portalu Natemat