12 maj 2017

Obrona Narcyza



Sztuka wymaga od nas bardzo wiele. Obrazy bywają kłopotliwe, a ich treść niedostępna. Aura, która je otacza niekiedy jest nieprzenikniona, jak powierzchnia lustra.

Niekiedy także odczytujemy dzieła sztuki zupełnie inaczej. Wyruszamy z tego samego skrzyżowania, ale w zupełnie innych kierunkach. W tym tkwi także potęga sztuki.

Ja niestety mam tendencję o tym zapominać. Pędzę czasem między obrazami jak panczenista, nie bacząc, że lód nie dość że śliski, to może jeszcze być cienki.

Niekiedy jednak coś podważa spokój i pewność, z którą zaczynam patrzeć na arcydzieła. Lubię takie momenty.  Na przykład, gdy za jakąś sprawą uświadomimy sobie, że inni widzą je zupełnie inaczej. Gdy inni dostrzegają w obrazach to, czego ja nie potrafiłam zobaczyć.

Właśnie tak mi się zdarzyło wczoraj. To zawsze cenne.

Chodziło m.in. o obrazy Caravaggia z Galerii Borghese. Przeczytałam krótki tekst, w którym obrazy objawiły się jako opowieść o zupełnie czym innym, niż to, do czego przywykłam. Pytałam siebie- jak mogłam tego nie widzieć?

Wówczas uporczywie zaczął przypominać mi o sobie inny obraz Caravaggia- z nieodległego Palazzo Barberini. Przedstawia pochylającego się nad stawem Narcyza. Temat jest mi zupełnie obcy, przyznam, że nawet nie znam nikogo, kogo o narcyzm mogłabym posądzać. Narcyz pozostawał dla mnie w domenie mitologii, odległej i nie dotykającej prawdziwego życia.

Najprościej mówiąc, Narcyz był dla mnie po prostu tym zapatrzonym w sobie… Narcyzem.

Jak twierdził Leon Battista Alberti, to Narcyz był wynalazcą malarstwa. Czym jest obraz jeśli nie próbą objęcia środkami sztuki powierzchni wody? - tak twierdził Alberti. Może dlatego motyw Narcyza stał się jedynym mitologicznym wątkiem podjętym dla Caravaggia.

Kiedy zaczęłam naprawdę zastanawiać się nad tym, co opisał Owidiusz, a potem pokazał Caravaggio, pomyślałam jak wielka niesprawiedliwość spotkała Narcyza. Był ofiarą bardzo uproszczonego myślenia. Może także nawyku do zbyt łatwego szafowania sądami.

Stał się patronem egocentryków. Bohaterem kozetek u psychoanalityków. Smutnym prekursorem wszechpotężnej mody na selfie.
Dziś myślę, że był on zupełnie kimś innym. Mam narastające wrażenie, że opowieść o Narcyzie wcale nie dotyczy po prostu jakiegoś trywialnego uwielbienia dla siebie. Zasługującego na surową ocenę zakochania się we własnym wizerunku. Nie chodzi tu bowiem o to, by oburzać się w pierwszym, narzucającym się odczuciu na egocentryzm Narcyza.
Wręcz przeciwnie.

Narcyz stał się tragicznym przykładem błędnego rozpoznania. Ofiara pospiesznej oceny. Epikryza okazała się mylna.

U Caravaggia ten biedny Narcyz jest niemal wrośnięty sam w siebie. Dłonie rzeczywiste i te z odbicia są zespolone. Jego pochylona sylwetka i odbicie w wodzie tworzy zamknięty krąg dotykającej go właśnie klęski.

Zastanawiałam się, czy gdyby na przykład spadł deszcz, czy to by Narcyza uratowało? Wówczas ten niedosięgniony obraz, w który uporczywie i z tęsknotą wpatrywał się w tafli jeziora rozmyłby się pod uderzeniami kropli wody. Czy zorientowałby się, że tak naprawdę jest sam?

Ta fascynacja postacią zobaczoną w zwierciadle wody, własnym odbiciem- była dla Narcyza jak wiadomo karą.

Ale przecież kiedy wpatrywał się w siebie w tafli wody, wierzył, że widzi nie siebie, ale kogoś innego. Pisał o tym Hans Belting. Kiedy dziecku po raz pierwszy pokazujemy lustro- nie wie jeszcze, że widzi siebie. Dla Narcyza spotkanie z własnym odbiciem w tafli wody - jest doświadczeniem siebie jako innego- bez wiedzy, że to on. Nieszczęsny Narcyz został ukarany poprzez pozostanie na tym etapie.

Myślał, biedny, naiwny, że kogoś spotkał w tym ciemnym lesie i dlatego z takim uporem mu się przypatrywał. Zawsze, gdy próbował go dosięgnąć, obraz ten znikał i w jego miejscu pozostawała pofalowana powierzchnia tęsknoty.

Nie był zatem tak zafascynowany sobą, ale właśnie zobaczonym kimś innym. Zmyliła go percepecja.

Potwornie smutny i samotny ten Narcyz. Z pewnością nie był takim egocentrykiem, za jakiego go się zwykło uważać. Nie znał sam siebie, nie znał nawet swojej twarzy.

Wierzył, że patrzy na kogoś innego. Szukał tylko człowieka, kierowany tą cudowną, ludzką ciekawością, która każe nam patrzeć na siebie, rozmawiać, poznawać.

Zamiast tonąć w grzęzawisku selfie.


Justyna Napiórkowska
aktualizacja 19.05.2017

9 maj 2017

Jak znaleźć szczęście. Lekcja Jana Kochanowskiego.



"(...)Kto tak mądry, że zgadnie,
Co nań jutro przypadnie?
Sam Bóg wie przyszłe rzeczy, a śmieje się z nieba,
Kiedy się człowiek troszcze więcej, niźli trzeba.

Szafuj gotowym bacznie!
Ostatek, jako zacznie,
Tak Fortuna niech kona: raczy li łaskawie,
Raczy li też inaczej; my siedziem w jej prawie.

U Fortuny to snadnie,
Że kto stojąc upadnie;
A który był dopiero u niej pod nogami,
Patrzajże go po chwili, a on gardzi nami.

Wszystko się dziwnie plecie
Na tym tu biednym świecie;
A kto by chciał rozumem wszystkiego dochodzić,
I zginie, a nie będzie umiał w to ugodzić.(...)"

Jan Kochanowski, Pieśń IX, Księgi pierwsze


Wiele lat temu, w szkole podstawowej "pani od polskiego" zadała mi zadanie. Poprosiła o napisanie opowiadania. Pani M. nie podała jednak tematu, mogłam go wybrać sama.
Nie pamiętam co mną kierowało - chęć bycia poważną, brak dystansu, może brawura charakterystyczna dla tego wieku? W każdym razie- pracę zatytułowałam " O szczęściu".
Niestety nie pamiętam także, co napisałam, ale z całą pewnością była to praca bardzo naiwna. Może nawet nierozsądna. 14-latka pisząca o szczęściu. Dziś ta historia wydaje mi się zabawna i szczerze podziwiam delikatność z jaką pani M. powiedziała mi, uczennicy, w której pokładała wówczas pewne pedagogiczne nadzieje, że to może zbyt trudny temat.

Temat szczęścia powrócił do mnie jakiś czas temu. Znów nie był tematem zadanym. Poczułam, że do niego dorosłam. Jednak najprawdopodobniej nadal nie wypada mi nawet próbować odpowiedzieć sobie na pytanie, czym właściwie szczęście jest. Nie wypada, bo każda odpowiedź będzie jak domek z kart. Podmuch wiatru może ją podważyć, a ja będę stać później obok rozsypanej budowy, w którą jeszcze chwilę temu wierzyłam.

Tak, szczęście to trudna sprawa.


Przejeżdżając wczoraj przez centralną Polskę, znalazłam się w Szczęściu.

To maleńka miejscowość, właściwie wioska. Mieści się przy drodze łączącej Lublin z Radomiem, tuż pod Zwoleniem. Droga jest ruchliwa- i Szczęście- może nie przypadkiem - bardzo łatwo po prostu ominąć.
Kilka chwil i już Szczęście się kończy. Może mignąć przy trasie. Może zostać nie zauważone.

Tak się składa, że znam dobrze te okolice. Nie mam co prawda na tyle topograficznej orientacji, żeby wszystko dokładnie poukładać, a jednak wydało mi się, że Szczęście leży gdzieś pośrodku drogi między Sycyną, gdzie urodził się Jan Kochanowski, a Czarnolasem, gdzie tworzył.

Sprawdziłam to na mapie, która "mrugnęła do mnie okiem": faktycznie: Szczęście znajduje się mniej więcej w połowie linii prostej między tymi miejscami. A zatem w połowie "drogi" Jana Kochanowskiego. 

To piękny zbieg okoliczności. Zabawny i być może nie zasługujący na dalsze rozważania. Sprawił jednak, że po powrocie do domu, późnym wieczorem sięgnęłam po tomiki poezji Kochanowskiego. Po jego "Pieśni", "Fraszki", ale i "Treny". A w nich- różne drogi do szczęścia.

Z siostrzeńcem w Czarnolesie Jana Kochanowskiego 

Wiele lat temu, może wtedy, gdy dostałam moje zadanie w szkole, Rodzice mojej Mamy obchodzili złote gody. Ich cztery córki zrobiły im niespodziankę: życzenia w koncercie życzeń. Był to taki program w telewizji, gdzie w czasach archaicznych, poprzedzających interaktywne media, można było w jakiś sposób mieć kontakt - wówczas będący czymś niezwykłym - ze szklanym ekranem. Otóż lektor odczytywał tekst życzeń. Moja Mama wybrała dla swoich Rodziców fragment IX pieśni z ksiąg pierwszych Kochanowskiego. 

Pamiętam z jaką ekscytacją oglądaliśmy te życzenia wtedy na czarno-białym ekranie, obserwując reakcje ukochanych osób.
Pamiętam, jak brzmiały te słowa. Brzmią dla mnie do dziś.

***

Wiersze Jana Kochanowskiego może wydają się jeszcze bardziej archaicznie niż koncepcja telewizyjnego koncertu życzeń.

Ale jego teksty są zdecydowanie ponadczasowe. Dobrze jest do tej myśli dojść samodzielnie, poza granicami raju dzieciństwa i młodości, która ma prawo nie wszystko rozumieć, względnie może rozumieć, ale nie musi brać na poważnie.

Dorosłość natomiast często chce znaleźć źródła, z których może czerpać swoją siłę.

Tak się składa, że Czarnolas był ważnym miejscem mojego dzieciństwa. Do źródła miałam zatem zabawnie blisko. Słowa Kochanowskiego były i są dla mnie tak ważne, że tekst "Na dom w Czarnolesie" powiesiłam nad progiem mojego warszawskiego mieszkania.

***

Nie wiem, czy topograficzne Szczęście istniało już w czasach Jana Kochanowskiego.
Najpewniej nie. Podawał jednak nieustannie wskazówki jak je znaleźć. "Pieśni" są bardzo praktycznym przewodnikiem jak do szczęścia dotrzeć. Zazwyczaj jednak po maturze o tej wiedzy z literatury zapominamy.

Być może zresztą szczęścia zawsze trzeba szukać na własną rękę, wytyczając własną drogę. Literatura i myśli nabyte nie pomogą.

Może szczęścia nie dotkniemy przez pergamin słów.

Po prostu o szczęściu nie sposób mówić, i teraz najzwyczajniej w świecie popełniam ten sam błąd sprzed lat. 

Drogi do szczęścia są różne.

Na przykład niekiedy brak szczęścia nie jest niczym złym. Albo szczęściem jest brak nieszczęścia. Istnieje też małe szczęście, które można wyciosać z większego nieszczęścia.

Złe jest dopiero nieszczęście niepoddające się obróbce. Ale i ono nie jest ślepym zaułkiem. Zdałam sobie z tego sprawę czytając "Treny" Jana Kochanowskiego. Znałam je wszystkie, ale nigdy nie uświadomiłam sobie, że najważniejszy jest ostatni. Bardzo piękny, dotykający czułych nut i przynoszący wielką nadzieję. 

Wyobrażałam sobie jak Jan Kochanowski pisał Treny, blisko pół tysiąca lat temu; wers po wersie, najpierw zsuwając się po własnych frazach w dół, w dolinę własnego smutku, a potem, w tym ostatnim z wierszy, w Trenie XIX zatytułowanym także Sen, podnosząc się jak połamany przez burzę kwiat. 

Szczęście niestety często wyrasta z chwil nieporadności. Z ograniczeń. Z naszej ludzkiej biedy i smutków.
Szczęście potrzebuje tła naszych niedostatków. 

Szczęście niekiedy trzeba także opuścić. Czasem bez przygotowania, bez spakowanych walizek.
Po latach będzie być może szansa, by do niego wrócić i wówczas okaże się, że wygląda zupełnie inaczej.

Szczęście objawia się ludziom szczęśliwym. 

W pewnym momencie, obierając jakąś świadomą drogę, poczują, że coś ich delikatnie uszczypnie.
Poczują, że oddychają. Poczują, że widzą. Poczują- a to już znaczy wiele.
Ale nie będą pragnąć oddychać głębiej. Ani widzieć jeszcze więcej. Ani czuć mocniej.

Po prostu.
Poczują, że jest dobrze.

Tak jak ja poczułam przez ułamek sekundy w Szczęściu.  W połowie drogi między Sycyną a Czarnolasem.


 Justyna Napiórkowska

6 maj 2017

Polski maj z lekcją pokory na marginesie

Albrecht Dürer, Trawa, 1503, Albertina, Wiedeń

Ten fragment wiosny zasługuje na opisanie. Zbyt szybko mija, a przy wszystkich ograniczeniach słów, tylko one są w stanie zatrzymać tę podlegającą ciągłym metamorfozom chwilę. 

Tworzę zatem swój zielnik. Złożony ze zdań, z obserwacji, z obrazów. Konstruowany z uwagą. 

Zbieram niedosłowne eksponaty podczas biegów, rozglądając się uważnie. 

Biegi uprawiam z gorliwością neofity, wśród przyrody, ponad 300 kilometrów od stycznia. Najpierw po skrzypiącym śniegu, potem po twardym, przemarzniętym jeszcze gruncie, niekiedy- jak dziś - w ciężkim powietrzu, a niekiedy- jak wczoraj, po ziemi miękkiej jak lignina, bo nasączonej wodą całodniowego deszczu.

Biegnę, zatrzymuję się, a roślinki i ich doroczne rytuały układają się w słowa, które potem wystarczy spisać. 

A zatem- nastał początek maja. 

Kapryśny, chwilami zimny, ale potem równoważący to oszałamiającymi zapachami, pięknem, które dotyka wszystkich zmysłów. Wdziera się skutecznie także w obszary duszy. Jak roślinki, które wyrastają gdziekolwiek, żywione mocą swoich nasionek. Na przykład w szczelinie drewnianej ławki, gdzie nasionko musiało upaść z pobliskiego drzewa i teraz jego wiotka łodyżka próbuje udawać młody, dobrze zapowiadający się klon. 

Kasztany rozpostarły konstrukcje swoich liści. Tworzą już gęste, nieruchome sklepienie, przez które nie przenika już ani błękit nieba, ani kropla deszczu. Naturalnie, na przełomie kwietnia i mają kwitną. Ustawiają stożki kwiatostanów, jak wyszywane, różowe suknie. Ta gęstwina przypomina mi sklepienie Sala delle Asse w Mediolanie. Leonardo da Vinci wypełnił je gęstymi splotami roślin, iluzją lasu wstawioną w samo centrum Pałacu Sforzów. 


Leonardo da Vinci, freski w Sala delle Asse, ok 1498, Mediolan 


Na świerkach pojawiły się wypustki, które z daleka wyglądają jak odsłonięte palce w rękawiczkach- mitenkach. Inne wiosenne przyrosty przypominają grube, jasnozielone włosia pędzelków, teraz zbitych, ale których igiełki wkrótce się rozpierzchną i najeżą. Potem ich jaskrawa zieleń będzie z czasem się tonować, kameleonim, powolnym procesem równać się z ciemną i błyszczącą zielenią całości.  

Mlecze reagują na słońce. Otwierają do niego swoje tarcze, udając w tej swojej barwie dalekie i ambitne pokrewieństwo roślin i gwiazd. Wieczorem, na noc, składają swoje płatki jak parasole. Trochę później, już po przekwitnięciu ukazał je Dürer na akwareli z wiedeńskiej Albertiny.  

Migdałek zmarzł i jest go bardzo żal. Stoi teraz, smętny, zbladły, bez blasku. Rozpościera wciąż pióropusz gałęzi. Obfite deszcze ostatnich dni dosłownie zmyły z niego ten dziarski róż, który zapowiadały jeszcze nie otwarte kwiatki kilka tygodni temu. Potem jedna zimna noc je zmroziła i cały proces otwierania kwiecistych pączków został zatrzymany. Drugi sezon z rzędu, bez triumfalnego kwitnienia. 

Za to wzeszły tulipany. Wyrosły z cebulek przywiezionych w zeszłym roku z Holandii, jeszcze dwa tygodnie temu dosłownie kurczące się z zimna. Były wtedy otulone w swoje grube liście, pokryte matową patyną, w dotyku chłodne, a przy poruszeniu tak szczególnie szeleszczące. Rozkwitłe cebulki włożyłam w ziemię w kwietniu zeszłego roku. Gdy przekwitły, po pyszałkowatym wyłanianiu się znad traw, zostały z nimi zrównane szybkim cięciem, gilotyną kosiarki. Tak podobno się zaleca, by łodyżka nie pobierała cennych substancji z cebulki. Cebulki zatem poskromiły próżność, przez pewien czas pozostały w miękkich, czarnych podziemiach. 

Jeden z tulipanów według mojej pamięci miał być czarny, a tymczasem wszystkie są karminowe. 
Ale to dobrze. 

Niech nie wszystko będzie według mojej pamięci. Niech nie wszystko będzie według moich oczekiwań.


PS Wieczorna burza z gradobiciem postrącała kolejne, rdzewiejące już płatki kwiatów wiśni... Poprzewracała też tulipany. Leżą teraz na mokrej ziemi, a ja się zastanawiam, czy wstaną. Lekcja pokory, zaiste. 
Z drugiej strony- to była piękna burza. Najpierw salwy, rozbłyski, a potem wielogodzinny pochód deszczu, który skończył się chyba nad ranem :). 



Justyna Napiórkowska

29 kwi 2017

Widok Toledo El Greca


Jadąc kilka dni temu przez Warszawę, a właściwie zatrzymana w korku na trasie Siekierkowskiej, patrzyłam na wpięty w niebo profil warszawskich wieżowców. Po niebie krążyły blade chmury, w sumie niewinne i sielskie.

Pomyślałam wówczas o niezwykłym obrazie, w których chmury tworzą prawie apokaliptyczną wizję. I to nad miastem, którego sama nazwa sugeruje surowe piękno: Toledo.

Obraz El Greca nagle wydał mi się jednym z najważniejszych, najciekawszych jakie znam. Kazał dostrzegać podobieństwa w skłębionych chmurach na niebie nad Brukselą. Przez ostatnie dni chyba przedzierały się tu fronty każące opierać się ciężkiemu, deszczowemu kłębowisku na ażurowych iglicach tutejszych wież.




***

Chciałam patrzeć na "Widok Toledo" neutralnie. Bez wiedzy. Bez fachowego instrumentarium.

Po prostu patrzeć. Przyglądałam się reprodukcjom, zerkałam na ten obraz rano i wieczorem, i za każdym razem ten widok pozostawał dla mnie jak za zamkniętym oknem, odrobinę niedostępny. Każda próba pełnego zrozumienia jego tajemniczej mocy kończyła się porażką. Czułam wielką bezradność. Ale także - naturalnie - podziw.

A przecież zamknięty w nazwie temat jest po prostu widokiem Toledo, wedutą wschodniego brzegu miasta przeciętego szerokim pasmem Tagu.

Toledo ustawione jest na potulnie gnących się wzgórzach. Wśród zieleni wyrastają opalizujące w świetle szare budynki. Podobno topografia w obrazie jest odrobinę niezgodna z wyglądem rzeczywistym, ale ten widok miasta jest raczej obrazem emblematycznym.

Na niebie nad Toledo z obrazu zwoje chmur podświetlane są słońcem. Ich brzegi stają się miękkie, przeczesane światłem. Jak zza gęstej makatki, gdzieniegdzie lśni jasna poświata.

Samo miasto wygląda jak potężny, zbielały szkielet. Chropowaty, zwietrzały, żebrami wrastający w ziemię.

Skorupę murów otula miękka zieleń. Tam, w Toledo może być tak intensywna pewnie tylko przez ułamek roku, zanim nie wypali jej słońce.

Tyle w tym obrazie niepokojących znaków...

Jednocześnie jednak to rozsypane na wzgórzach miasto tak pięknie lśni pod sczerniałym niebem. Zarysowane dotknięciami bieli budynki błyszczą tu perłowym blaskiem.


***


Widok z Toledo, dziś zawieszony w nowojorskim Met był jednym z kilku obrazów pozostających w pracowni artysty w chwili jego śmierci. To zwykle nie jest sprawa przypadku. Cóż takiego kierowało malarzem, że przez długie miesiące pracował nad tym płótnem? 

Kilka wątków przy myśleniu o tym obrazie powraca. Na przykład zastanawia mnie kreteńskie pochodzenie artysty.
Nazywany w Hiszpanii Grekiem, przez długi czas określał się jako rezydenta, a nie stałego mieszkańca Toledo. W podpisach swoich prac pozostał Dominikosem Theotokopulosem.

Wikipedia nie wspomina o Fodele, mówiąc, że Dominikos urodził się w Iraklionie, ówczesnej Kandii, na poddanej Wenecji wyspie. Na Krecie trwa jednak cichy spór o miejsce urodzenia malarza.

Będąc kilka lat temu na północnym wybrzeżu Krety, pojechałam tam, gdzie prowadziły drogowskazy- do owego spornego miejsca urodzenia El Greca. Do Fodele dojeżdża się od strony wybrzeża przekraczając gęste pasmo gór. Dzielące od morza wzgórza pokrywają kamienie o kolorze rdzy.  Wśród nich gdzieniegdzie widać wychudzoną kozę, poszukującą jakiegoś źdźbła trawy. Po chwili jednak, gdy zniknie już lazur morza i brama gór zostanie przekroczona, wjeżdża się do niebywale zielonej krainy. Nawet wtedy, gdy tam byłam, na przełomie lipca i sierpnia, zieleń była niewiarygodnie soczysta - szczególnie jak na tę spieczoną słońcem ziemię.
Aksamitna zieleń z widoku Toledo od razu wydała mi się odległym wspomnieniem właśnie tej zieleni z Fodele.
Być może Dominikos nie urodził się tam i próżne są wysiłki mieszkańców tej maleńkiej wioski powołujących się na wspólny rdzeń nazwiska, ale i genetycznie zapisane podobieństwo co niektórych do El Greca. Jednak niebo i ziemia wyglądają tam jak te, które znam z "Widoku Toledo". Są jak przeszczepiona tkanka wspomnień z odległej wyspy.      

***

Nieba u El Greca był szczególne. Niepokojące. Może wręcz opresyjne.

Spoglądam na niebo, na którego tle święty Franciszek doświadcza stygmatów w siedleckim obrazie. Te nawarstwienia chmur wydają się powtarzać motyw czaszki ułożonej obok świętego. To niebo Franciszka pochłania i nie ma w tym nic z sielankowych wersji przedstawień świętych. Tytułowa ekstaza ma oznaczać stan, w którym wszystkie myśli i działania człowieka zwrócone są całkowicie ku przedmiotowi poznania. Tymczasem mam wrażenie, że Franciszek El Greca po prostu spokojnie, choć ze zdziwieniem spogląda w niebo, które zsyła mu bolesny "splendor" stygmatów. Inne jest niebo na przepięknym "Pogrzebie hrabiego Orgaza", gdzie orszak świętych lewituje nad ziemią na wypełniającym całą górną przestrzeń potarganych chmur. Jeszcze inne jest w scenie Ukrzyżowania, gdzie powłoka obłoków otwiera się czarnymi ranami. Toledańskie przestawienie apokaliptycznego "Otwarcia piątej pieczęci" nie zostawia wątpliwości- niebo jest jak kurtyna, którą trzeba zerwać.
Niebo, jak poszarpana tkanina, przeraża także w przedstawieniu pokutującej Magdaleny...

Niebo mówi. Obraz chmur wpisuje się w narrację obrazu. 

Z punktu widzenia malarskiego medium, mam wrażenie, że jest w tym obrazie El Greca pełna życiowa podróż artysty. Ta, która pokierowała go także artystycznie. Od bizantyjskich początków na Krecie, gdy był pisarzem ikon. Przez wenecką szkołę Tycjana, która dała mu przepiękną paletę barw. Po rzymski szacunek dla rysunku, z czasu pobytu w Wiecznym Mieście, gdy El Greco dokonał nieudanego zamachu na geniusz Michała Anioła. Zaproponował wówczas- ku zgorszeniu wielu- przemalowanie Kaplicy Sykstyńskiej, twierdząc, że zrobi to lepiej niż florencki poprzednik.

Obrazy nieba u El Greca łączą w sobie według mnie miękkość barw, tak pięknie komponowanych w Wenecji, z rzymskim, rysunkowym kunsztem, który przejawia się w nagłych postrzępieniach chmur i barokowych efektach przenikającego przez nie blasku.

Szlak przez półwysep apeniński zawiódł Dominikosa Theotokopulosa do Hiszpanii. Ku toledańskiemu spełnieniu- gdy stał się malarzem cenionym i docenianym. Tam znalazł swoje miejsce. Wędrowiec przez różne światy, który po drodze tak wiele się nauczył.













***


Kiedy patrzę jednak na ten obraz El Greca, zastanawiałam się też po prostu, czy w Toledo zdarzają się burze takie jak te czerwcowe w Polsce. Dramatyczne i przerażające wyładowania, gdy wzburzona przyroda przywraca prawdziwe proporcje.

Ludzki sztafaż staje się wtedy podobny do tego z obrazu El Greca. Na obrazie można je ledwie dostrzec, tam gdzie meandruje Tag.

Postaci przypominają wiotkie patyczki nad brzegiem rzeki.
Wiotkie i pogodzone ze swoją małością.




Justyna Napiórkowska






13 kwi 2017

Rogier van der Weyden - Zdjęcie z krzyża


W madryckim Prado znajduje się obraz niezwykły. Od wielu dni przyglądam jak promieniuje swoim trudnym pięknem z reprodukcji w monograficznym albumie Lorne`a Campbella.*

Rogier van der Weyden, autor tego potężnego obrazu, coraz bardziej mnie fascynuje. Niezauważalnie stał się w mojej osobistej hierarchii chwilowo ważniejszy niż Jan van Eyck z bratem Hubertem, niż Robert Campin, u którego w Tournai pobierał nauki. Niż Hugo van der Goes, od którego obrazu z florenckiej Uffizi zaczęłam naukę prawdziw(sz)ego patrzenia na obrazy.

Na marginesie, wciąż się uczę patrzeć. Ćwiczę się w uważności, czytając między innymi Michała Cichego. Staram się wydobywać patrzenie z trybu biernego, tak by stało się czynnością, akcją, działaniem. Kto wie, może patrzenie zaangażowane, nieobojętne jest jedynym patrzeniem skutecznym.

Próbuję patrzeć na każdy obraz tak, by w pełni zaufać autorowi. Chciałabym, stojąc jako widz, w XXI wieku, stać się uczestnikiem: wytrąconym z codzienności, a wtrąconym w tajemną enklawę arcydzieła. Muśniętym przez moc sztuki, poruszonym. Przy wielkim szczęściu - odmienionym.

Patrząc na ten obraz, zastanawiam się, co naprawdę pokazuje.
Zdejmowane z krzyża umęczone ciało Chrystusa? Czy raczej tych, którzy bezradnie stali pod tym krzyżem?

XV-wieczny malarz zdjął z tematu autentyczność w wymiarze rzeczowym. Zrezygnował z malowania jerozolimskiego wzgórza, nie pokrył postaci warstwą kurzu, nie okalał ich nieruchomym i gorącym powietrzem, które musiało spływać z nieba. Całość sceny ustawił w przestrzeni sugerującej rzeźbiony ołtarz, prostej, lecz dekoracyjnej, gdzie ażur w umieszczonych w rogach maswerkach, poprzez motyw kuszy nawiązuje do powstania obrazu z fundacji bractwa kuszników z sąsiadującego z Brukselą Leuven.

Van der Weyden nadał temu obrazowi wprost niezwykłą, niespotykaną autentyczność emocjonalną.
Tyle tu udręczenia...ale i tyle piękna.






***



***



Kostiumy się zmieniają, ale nie kształt łez, które z takim pietyzmem namalował van der Weyden. One pozostają niezmienne. Gęste, słone krople spływające po policzkach ustawionych w grupy kobiet i Nikodema...Kształt bólu- ponadczasowy.

To obraz prawie w całości podporządkowany prawom rządzącym fizycznym światem. Niemal wszystko ciąży ku ziemi. Rozpoczynają się rytuały wobec ciała: zdjęcie z krzyża. Znoszenie chwilowo straconych nadziei z wysokości krzyża na dół. Ta historia- przez moment - chyli się ku ziemi. W tej scenie nie ma jeszcze nieba. Nawet iluzjonistyczna rama ciąży nad całością.

Jedni- jak Maria- opadają w cichej bezsilności. Inni oddają się koniecznym czynom- z pietyzmem obejmując ciało Chrystusa i Jego Matki.

Nie sposób nie dostrzec porządku, który wprowadził tu van der Weyden: osuwające się ciało Marii układem przypomina podtrzymywane przez Józefa z Arymatei i Nikodema ciało Jej Syna. To powielenie układu wyraża ideę compassio, współcierpienia. Czy jednak teraz to nie Ona umiera bardziej?  

Piękna tej sceny nie przysłania ból, tak fizycznie tu przedstawiony. Może raczej je potęguje?
Niestety, piękno i cierpienie bywają tak doskonale zespolone... Nie bez celu, jak sądzę, bo smutek tej sceny może stać się narzędziem empatycznej przemiany.

Tyle tu współodczuwania: prawie u każdej postaci! W gestach, w mimice, w postawie. W działaniu!

Postaci ustawione są w dekoracyjnym szyku, w harmonijnym kompozycyjnie układzie.

Cóż za tkaniny, cóż za kolory! Z zawstydzeniem można je dostrzegać i przyglądać się nieoszczędnym zwojom tkanin, lśnieniu przeplecionych przez nie złotych nici...
Z zawstydzeniem, bo przecież świadczą tu niechcący o pięknie świata na przekór marności, na przekór powadze śmierci.

***





Ten moment, moment zdjęcia z krzyża, przez fizyczne obowiązki wobec martwego ciała stanowi trudną chwilę konfrontacji. Cokolwiek się wydarzy potem, ta chwila to chwila zwątpienia. Czas braku wiary. Moment dobitnej beznadziei, łagodzonej tylko pięknem tych wszystkich detali, kolorów, kompozycyjnej harmonii, zamkniętej niczym w nawias pochylonymi sylwetami Jana i Marii Magdaleny. 

Widząc takie sceny, zazwyczaj opuszczamy wzrok. Wrażliwi poczują dławienie, w poczuciu okrucieństwa i niesprawiedliwości. 
Tymczasem ten obraz każe na siebie patrzeć i patrzeć. Na dłonie. Na skłębione szaty. Na bose stopy. Na pełne wyrazu twarze. 

Maria upada, przekroczywszy próg bólu możliwego do zniesienia. Upada z miłości, nie mogąc udźwignąć, dosłownie i w przenośni, wraz z innymi, tego umęczonego ciała swojego Syna. Nie jest to zatem Maria z piety- w bezruchu i cicho znosząca tragedię. Nie jest także przepiękną, opadającą w otoczeniu Apostołów w przedstawieniu z krakowskiego ołtarza, gdzie śmierć przybiera łagodną formę zaśnięcia. Wit Stwosz zresztą najpewniej widział jakieś dzieła van der Weydena i mógł zapamiętać wspaniałe skłębienia materii i poruszone wiatrem perizonia.

Gdy patrzę na kobalt sukni upadającej Matki Bożej,  to myślę, że nie jest także jeszcze tą Marią, którą malarze przedstawiają Mater Misericordiae, Madonnę Płaszcza Ochronnego, która-sama doświadczywszy niewyobrażalnego bólu- stanie się opoką dla innych, skrytych "pod płaszczem". Jej wielka siła wyrośnie ze słabości, z tego omdlenia, które tak cudownie ukazał brukselski malarz.




W pięknej barwnej scenie, gdzie błyszczy kobalt i purpura, jej żywi bohaterowie wpadają w trzydniowy mrok.

Patrząc jednak na te wszystkie dłonie kogoś podtrzymujące, tak zaangażowane w pełne empatii uczynki, to myślę, że w mroku nocy czekającej na Glorię Zmartwychwstania już zaczyna jaśnieć jakieś światełko.

Życzę Państwu takiego światła Wiary, Nadziei i Miłości.

Pięknych i Radosnych Świąt Wielkanocnych!

Justyna Napiórkowska

*Polecam także publikacje Craiga Harribsona poświęcone malarstwu flamandzkiemu oraz imponujące, trzytomowe dzieło Sztuka Burgundii i Niderlandów 1430-1500 profesora Antoniego Ziemby.



 

1 kwi 2017

Raport ze stanu rozkwitań



Bardzo lubię polską wiosnę. Pozornie jest powściągliwa, ale w pewnym momencie, gdy nabierze sił i przekonania, rusza śmiało ze spektaklem dorocznych, wyczekiwanych  niezwykłości.

W tym roku dane mi jest spędzić w Warszawie wiele kolejnych dni, bez wyjazdów.

Podróże, nawet te dość nieodległe, europejskie, są zawsze także podróżami w czasie. Odczuwałam to w kolejne wiosny, gdy - spędzając ten czas pomiędzy Warszawą i Brukselą, zwiastuny widziałam jeszcze w ostatnich dniach lutego, w Belgii, a potem powracałam do tego samego momentu, jak na cofniętej taśmie filmowej, oglądając początki wiosny w Polsce. Dwa lata temu podróż w czasie była odleglejsza, gdy przemierzyłyśmy z siostrą i siostrzeńcem pokrytą zielonym woalem Umbrię. ze zjawiskowym Orvieto, z cudem kamiennego Asyżu i pełną życia Peruggią (gdzie na granicy wzgórza spędziliśmy długie chwile na potężnej karuzeli, której opiekun uśmiechał się do nas z dołu, ze swojej budki i pytał : "czy jeszcze?", oferując nam dodatkowe okrążenia. Kręciło nam się w głowach, zachodziło umbryjskie słońce, a my czuliśmy się jak królowie życia). Potem wróciliśmy, zaskoczeni, do warszawskiej zimy.

W tym roku staram się nie przeoczyć ani jednego etapu. Chciałam zrozumieć tę środkowoeuropejską chronologię, która prowadzi przez desperackie nawroty zimy, przedłużający się w nieskończoność przednówek, aż do rzekomo nagłej eksplozji zieleni.

Przyglądałam się uważnie, jak przyroda tkwi, pozornie bez życia w zdrewniałych gałązkach drzew, w pędach róży, w wiciach winorośli. Nic, nic nie świadczyło o przetrwaniu przez nie tej zimowej smuty.



A jednak, od początku marca coś zaczęło się dziać.

Najpierw w podziemiach. Gdy roztopiły się śniegi, na wierzchu pojawiła się cała sfatygowana brzydota przednówka.
Zgniłe liście, poszarzałe pędy, szara ściółka. Spod brązowej ziemi zaczęły wyłaniać się pojedyncze trawy, na zwiady. Zielone, rachityczne peryskopy, wyłaniające się z mroku na światło dzienne. Dzielni posłańcy, często szargani zimnym wiatrem, niekiedy przysypani, jak gruzem, warstwą ostatniego śniegu...

To czas wytrwałości. Czas walki i przesilenia.

Potem pojawiły się nieomylnie przebiśniegi. Gdzieniegdzie żółte sukienki ranników. W zacienionych miejscach- przylaszczki.

Wiosenne, roślinne rezurekcje.

Gałązki migdałka pokryły wypustki, jak dreszcz, jak gęsia skórka. Najwyraźniej sprawne krwiobiegi bez przerwy jednak pulsują pod tą zdrewniałą fasadą roślin. Na leszczyny opadło jasno-groszkowe confetti. Na bzie pojawiły się drobne kokardki, a bodaj graby pokryły zawiniątka listków przypominające miniaturowe, zielone lotki. Z jednego z drzew, wyjątkowo wysokiego,  zaczęły spadać łuski. Miniaturowe łódeczki utworzyły na ziemi, wokół pnia brązową makatkę.

Kasztany, najciekawsze są kasztany. Ich falujące secesyjnie gałęzie znienacka zwieńczyły grube, błyszczące pączki, przybierając wygląd ażurowych, diodowych lamp. Dzień po dniu wykluwała się z nich zieleń, aż nagle pękły, rozpościerając jasne, zielone listki na wiotkiej konstrukcji. Przypominają teraz skrzydła nietoperza, a za chwilę będą jak rozpostarte poszycie lotni.

Pełna celebracja. Wszystko gotowe. Wiosna nadchodzi!

Teraz już wiem, że ta zielona anarchia, która nadchodzi nie jest wcale tak nagła.
Nie jest niespodziewana.

Działa początkowo w podziemiu.

Roślinki zwierają szyki, może szepczą konspiracyjnie. Cierpliwie, niekiedy ryzykancko badają opuszczany przez zimę teren, by zająć go potem w triumfalnym, zielonym marszu.

Ku mojej euforii... Ku niekończącemu się zachwytowi.

Justyna Napiórkowska

22 mar 2017

Lekcja uważności w Gemäldegalerie


W wydanym jakiś czas temu mini-albumie berlińskiej Gemäldegalerie z popularnej serii Muzea świata, ten obraz został pominięty. Nie uwzględniono go także na liście najważniejszych obiektów z kolekcji na muzealnej stronie internetowej.

Nic dziwnego, w blasku Botticellego, van Eycka, Caravaggia z tamtejszej galerii malarstwa, aura tego maleńkiego obrazu rozbłyskuje światłem jakby przyćmionym.

Jest taki dyskretny. Tak wyciszony.

Dziewczyna z portretu pozostaje dość nieznana. Jak za pajęczyną czasu, który nie pozwala nic pewnego o niej powiedzieć. Spowita krakelurą porcelanowa twarz, w labiryncie berlińskiego muzeum, w którym można tak łatwo o niej zapomnieć.

Można o niej zapomnieć, gdy tylko omamią nas w kolejnych salach cudowne iluzje z "Madonny w kościele" Jana van Eycka, zagęszczone roślinne girlandy wokół Marii z Dzieciątkiem Botticellego czy prowokacyjny uśmiech Amora u Caravaggia.

Nazywano ją podobno Nefretete. Nazywano berlińską Moną Lizą. Jednak jej status jest niewspółmiernie niższy. Nie stała się ikoną z mianowania. Co prawda, o jej istnieniu wie wielu, wielu jest nią zadziwionych, wielu zaintrygowanych, ale także wielu ma wciąż szansę zobaczyć ją po raz pierwszy. I być może minąć obojętnie, jak wiele obrazów zamkniętych za powłoką tajemnicy.

To obraz uwięziony w swojej ciszy. Uporczywe milczenie modelki nie dotyczy tylko tej chwili oddanej w portrecie, ale, jak sobie wyobrażam, trwało także przez wszystkie godziny pozowania, a teraz z łatwością obejmuje także odbiorcę.

Nie wiemy o niej prawie nic. Stała się po prostu tytułową młodą kobietą, o nieznanym imieniu, o tożsamości wynikłej tylko ze spekulacji. Może była panną Talbot, a może panią Talbot. Cóż to zmienia? Cóż zmieni poznanie jej nazwiska, jeśli i tak najbardziej intryguje pewien brak symetrii w jej twarzy, to lekko skośnie ułożenie oka?

To prowokacyjna niedoskonałość, która każe patrzeć uważniej.

Mogłaby to być anonimowa twarz, taka jakiej nie zauważa się w tłumie. Jeśli jednak już ją zauważymy, to wracamy wzrokiem, wciąż zerkamy, jakbyśmy chcieli w końcu rozwikłać tajemnicę tej nieregularności. Przyglądamy się ukradkiem, uważając by obserwowana osoba tego nie zauważyła. Czy nie tak?

Przekorne dzieje sprawiają, że ten obraz pod pewnym względem jest historycznie pierwszy. Po raz pierwszy bowiem właśnie w tym obrazie sportretowana postać umieszczona jest w konkretnym wnętrzu. Dziś pozbawiona konkretności modelka w konkretnym wnętrzu z bardzo konkretną, drewnianą lamperią.

Autor obrazu został rozpoznany w XIX wieku dzięki inskrypcji na nieistniejącej już ramie. "PETR XPI"- "Petrus Christophori". Skojarzono go ze wspominanym w "Żywotach..." Vasariego Pietro Christa, flamandzkim malarzem, który zachwycił między innymi Medicich.
Petrus, malarz, który przejął po śmierci van Eycka w 1441 roku jego pracownię wypełnił czas malarskiego interregnum w Brugii, zanim przybył do niej ze swojego niemieckiego miasta w 1465 roku kolejny geniusz, Hans Memling.

Ale i Petrus Christus, autor, któremu historycy z czasem przypisywali kolejne dzieła, dziś uważany jest za mistrza. Dość wspomnieć Św. Eligiusza z nowojorskiego MET, z tym kantorem złotnika, gdzie w ustawionym w rogu lustrze odbijają się zaciekawieni przechodnie w purpurach, a strój pary przy ważącym kruszec Eligiuszu świadczy o całym tekstylnym prospetity miasta.




Na berlińskim portrecie precyzyjne didaskalia są zestawione z tajemnicą, którą na ten obraz naniósł czas.

Ten obraz również w tajemniczy sposób mi o sobie przypominał. Trzy lata temu znalazł się na mojej facebookowej "ścianie". Rok temu, w marcu, oglądałam go w Berlinie. Teraz pokazała go aplikacja eksploatująca wspomnienia z Facebooka.

Swoją drogą, ta aplikacja- to kolejne ułatwienie dla celebrowania zainteresowania samym sobą. Opowiadamy o sobie teraz, za pomocą selfie. Opowiadamy o sobie kiedyś- za pomocą podpowiadanych przez portal wspomnień. Opowiadamy o sobie w przyszłości, która pewnie nie nadejdzie nigdy - w "nametestach". Ot, tworzymy epikryzę przeskalowanego ego. Albo profil behawioralny, w którym w naiwnej wierze we własną osobowość tak naprawdę jesteśmy tylko marketingowym łupem.

A tymczasem tak ciekawie jest przyglądać się innym. Na przykład tej introwertycznej, młodej damie.

Dobrze jest przed tym obrazem trochę pomilczeć.

Ta dziewczyna z obrazu Petrusa Christusa daje lekcję patrzenia. Lekcję uważności i wyciszenia.
Czarna panna, o cerze białej i błyszczącej jak parafina.
Muza z gabinetu figur woskowych. Triumfująca mistrzyni powściągliwości.





Justyna Napiórkowska

7 mar 2017

Słowo i obraz- Tatarak Andrzeja Wajdy


6 marca- urodziny Andrzeja Wajdy. Te byłyby 91...

Niespełna pół roku temu miałam razem z moją mamą niezwykłą okazję spotkać pana Andrzeja Wajdę. Nie zapomnę momentu na progu Jego domu, po zakończonej, inspirującej rozmowie.

Padło wówczas zdanie o filmie, który jeszcze nie powstał. Nastała wtedy taka "przepastna" chwila, ułamek sekundy, w którym mieści się wiele. A w powietrzu zawisła raczej wątpliwość...poczucie, że mówimy o filmie, który jednak już nie powstanie.

Takie smutne przeczucia kojarzą mi się nieodzownie z jednym z najważniejszych dla mnie filmów Wajdy.
Z "Tatarakiem".  Przeczucia, za które człowiek chciałby od razu siebie zbesztać. Ale to nic nie da.



Tamto spotkanie dotyczyło profesora Eugeniusza Eibischa, artysty, który był rektorem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w czasie, gdy Wajda tam studiował. Relacja między profesorem a ówczesnym studentem, jak się okazało odległa, mieszcząca się tylko w formalnych zależnościach uczelnianych- była trudna i bardzo ciekawa.

Młody Wajda wówczas buntował się wówczas przeciwko Eibischowi, koloryście, wychodząc z założenia, że po wojnie nie można już malować tak jak kiedyś. Artystyczna postawa Eibischa była co najmniej złożona...Być może w jego kolorystycznym zapamiętaniu i tym krytykowanym przez młodych malowaniu martwych natur i kwiatów była też próba udawania, że nic się nie zdarzyło przez ostatnie lata? Przecież czas wojny musiał być dla niego bardzo traumatyczny, gdy, wróciwszy z Paryża w 1939 roku do Krakowa, przez okres okupacji ukrywał swoją żonę, piękną Żydówkę, Franciszkę. Suche słowo "ukrywał", to które znam z urywkowych opowieści, musiało mieścić w sobie wiele strachu, przerażenia, poczucia ostateczności... Może ta wojenna trauma odbiła się późniejszym pomijaniem w twórczości Eibischa wojny, jakby się nie wydarzyła? Znam właściwie tylko jeden obraz, w którym pojawia się wojenne pokłosie, przedstawiający Korczaka w pasiaku...

Jak usłyszałam, tych wojennych losów profesora nie znał Andrzej Wajda, ani jego rówieśnicy- na przykład przyjaciel Andrzej Wróblewski, gdy buntowali się przeciw władzom uczelni, pisząc i publikując krytyczny dla Eibischa list otwarty na łamach pewnego pisma.
Prawo buntu, prawo młodości...Prawo młodych zranionych wojną, prawo do szukania swojego sposobu na opowieść o świecie, który nie jest dobry.

Wczorajszy wieczór spędziłam na lekturze króciutkiego opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, Tatarak. Chciałam sprawdzić co będzie miało większą moc- słowa, czy obrazy?

To była bardzo ważna lektura. Zazwyczaj przed zobaczeniem filmowych adaptacji i ekranizacji literatry, próbuję najpierw sięgnąć do źródła. Nie zawsze się to udawało, i przed zobaczeniem filmowego "Tataraku" opowiadania Iwaszkiewicza nie czytałam.

To znakomite opowiadanie.
Jego ekranizacja- w kontekście znajomości tekstu- jest dla mnie także doskonała.

To połączenie tekstu i obrazu jest wg mnie niebywale spójne.

Czytając słowa Iwaszkiewicza widziałam Andrzeja Wajdę, który w jednej z pierwszych scen filmu rozciera w palcach pasmo tataraku...Słyszałam głos Krystyny Jandy w pustym pokoju z Hoppera. Widziałam marmurowo-blade ciało młodego aktora o twarzy, jaką opisywał pisarz.

Te obrazy zawładnęły tekstem.

Po kilkukrotnym zobaczeniu filmu i po spóźnionej lekturze mogę powiedzieć, że tekst oddycha obrazami Wajdy, a film czerpie z psychologicznych opisów u Iwaszkiewicza. Bez straty dla żadnej ze stron.

Być może Iwaszkiewicz jest tym autorem, który nie celebruje słów, nie pochyla się nad ich brzemieniem i samoistnym znaczeniem, lecz po mistrzowsku wprzęga je w zadania narracji, tak, że stają się -"d o s ł o w n i e"- obrazami.

Andrzej Wajda zrobił z tekstu mistrzowski użytek. Reżyser klasyk, w tym filmie tak nowatorski, zresztą, za wyznaczenie nowej ścieżki rozwoju w kinie otrzymał za "Tatarak" na Berlinale nagrodę im. Alfreda Bauera.

Tekst i film.

Słowo, tak doskonale ponownie ubrane w obraz,  którego przecież musiało się wywodzić.

Obraz - film, pachnący jak tatarak. Materializujący wszystko co niematerialne: przemijanie, strach w podwodnych odmętach, umykający czas.

Tekst i film. A w nich: życie i śmierć. Pełne, konkretnie opowiedziane. W króciutkim opowiadaniu. I w wersji pełnometrażowej.

Justyna Napiórkowska

W Instytucie Polskim w Brukseli trwa przegląd filmów Andrzeja Wajdy:
http://culturepolonaise.eu/3,3,758,fr,Retrospective_Andrzej_Wajda

5 mar 2017

Blask Włoch, cienie naszych czasów. Mantua i Brescia

Mantua, Camera degli Sposi

Skorzystałam z wolnego czasu w pracy.
W ciągu dwóch dni odwiedziłam dwa, a właściwie trzy miasta. Wszystkie położone w Lombardii, gdzieś w orbicie Mediolanu.

Zadziwia mnie ten region. Gdy przejeżdżam go na przełaj, góry pojawiają się i znikają, na rzecz równiny, o której jedyne co słuszne można powiedzieć, to trywialne, że jest płaska jak stół. Mam wrażenie, że określenie „dolina Padu” trochę wprowadza w błąd, bo zakłada, że rzekę okala coś więcej, a tymczasem ona płynie jakby stanowiła tylko kanał do drenażu uprawnych ziem. Jest jak rysa wydrążona w gładkiej ziemi, od chłodnych źródeł do ujścia w pobliżu Wenecji, gdy rozwidleniami delty łączy się z Adriatykiem .

Gdzieś daleko, na horyzoncie niekiedy pojawiają się góry wysokie. Majestatyczne i odległe. Ich wierzchołki bielą się w oddali, lukrowane lodem, przyprószone śniegiem.

We włoskich miastach zawsze zaciekawiają mnie lokalni bohaterowie. Na terenie całych Włoch można oczywiście znaleźć tych wspólnych, postawionych na pomnikach przy placach Republiki całego kraju rzeczników zjednoczenia.
Ale w ich sąsiedztwie, na freskach, w rzeźbach i wystawnych grobowcach rezydują też  bohaterowie lokalni.
I tak się przewrotnie tu składa, że niekiedy będąc bohaterami w jednym z miast muszą siłą rzeczy stać się wrogami w sąsiadującym, innym mieście.

Ta cicha anarchia ma zatem wymiar podwójny- historyczny i geograficzny.
Historyczni wrogowie jakiś czas temu, decyzją potomków zostali ( skutecznie bądź nie) pogodzeni. Nie wypada już tak bardzo pielęgnować dawnych animozji.
Drugi, wymiar jest geograficzny, bo w nim realizuje się zszywanie tego kraju, gdzie każdy pochodzi ze swojego miasta, borgo, a nawet bardziej precyzyjnie z konkretnego contade. Widziałam to kiedyś podczas słynnego, szaleńczego wyścigu Palio w Sienie, gdzie jeźdźcy pędzą konno, na oklep, po głównym brukowanym placu miasta. Pędzą na chwałę swojej dzielnicy, maleńkiej cząstki miasta, w konkurencji, w której stawką z łatwością może być co najmniej kalectwo ( nie mam co do tego wątpliwości patrząc na trasę, zagiętą pod kątem prostym wzdłuż okalających plac budynków. Przy tych zakrętach tylko odrobinę zwalniają i podczas, gdy można jeszcze zrozumieć szaleństwo jeźdźców wabionych chwałą, trudniej zrozumieć konie, pędzące tak opętańczo, bez strachu, wśród roześmianej i radosnej publiczności.)

A więc postaci na obrazach i pomnikach sąsiadujących miast niekiedy opowiadają zupełnie sprzeczne historie. W zależności od miejsca opowieści są bohaterami lub zdrajcami. Wszystko w słowach, w narracji.

Może zatem oni się jeszcze do końca nie zjednoczyli? Może to tu trzeba szukać źródeł kryzysu, nie tylko włoskiego, ale też europejskiego, o którym szumią wszyscy? Może niegdyś to ta rywalizacja z sąsiadami sprawiała, że wszystko kwitło, jak w wioskach, gdzie gospodynie rywalizują o tytuł najpiękniejszego ogródka. Tymczasem teraz wobec pozornej wspólnoty zewsząd wyzierają objawy dekadencji.

Władze lombardzkich miast pewnie w nieprzejednany sposób stawiały sąsiadom wymagające warunki handlowe. Po germańsku, na tych terenach Longobardów, organizowali składy zboża, jak te na wzgórzu zamkowym Brescii, okalanym solidnymi murami obronnymi. Składy zboża, na wzgórzu, za grubymi murami. Skomplikowana logistyka. Bardzo mnie to zastanowiło.

Ciekawe są te mury, okalające siedziby na wzgórzach, wokół których lokowano miasta. Przecież od północy widać ten solidny, pofalowany mur Alp. Naturalna granica i ochrona. Ta stroma ściana mrozów, tak trudna do przebycia, tak rozdzielająca światy, że nawet w tej dziedzinie, która wydaje się najłatwiej transferowalna, w sztuce, rozróżnia się do dziś to, co na Północ od Alp i to, co na Południe.

Przeciw komu zatem budowano w miasteczkach półwyspu te umocnienia? Chyba najbardziej przeciw najbliższym sąsiadom. Tym, którzy chcieli naszemu władztwu uszczknąć fragment naszej miedzy i przypisać ją administracyjnie do siebie.

Pamiętam tę opowieść usłyszaną od Toskańczyka, GD, że odkąd w bitwie pod Montaperti siły sieneńskie pokonały Florentczyków, relacje nie układają się najlepiej. Bitwa pod Montaperti, 1260 rok!

Podróż zaczełam od Bergamo, a potem pojechałam do Mantui.

To miasto, do którego przyjechałam po raz drugi. Scenariusz zupełnie nieprzewidywanie powtórzył się z poprzedniego pobytu.

Gdy wieczorny pociąg dojeżdżał do stacji, gdy zwalniał, nagle zgasły wszystkie światła. Przez kilka chwil (które oczywiście rozciągnęły się nieproporcjonalnie w porównaniu do wszystkich innych chwil, gdy nie wydarzyło się nic specjalnego) panowała zupełna ciemność, w której można było zobaczyć tylko poruszające, czarne sylwety współpasażerów.
Z tych zgaszonych świateł w dojeżdżającym do stacji pociągu na szczęście nic złego nie wynikło. Było może jak ta chwila w teatrze, zanim kurtyna się podniesie, a światła rozświetlą, dając jasną informację, że oto jesteśmy co prawda wciąż w tych samych fotelach dla publiczności, ale już w zupełnie innym świecie. Po chwili rozświetliły się światła, ja wysiadłam, a Mantua ukazała się podobnie jak przed kilku dobrych laty w swojej dość brzydkiej formie. Okolice dworca nie sugerują ukrytego wewnątrz miasta piękna. W barze- prowadzonym przez przybyszów z Chin- pustki. Budynki szare, z szarymi szybami. Na wąskim chodniku przemykają przechodnie.

Mantua zajaśniała dzięki Gonzagom. I to dla nich tam przyjechałam. Stworzyli jeden z najsłynniejszych dworów Europy, z potężnym mecenatem artystycznym, który na przestrzeni stuleci ściągnął tu m.in. Mantegnę, ale także Rubensa.

Mam wrażenie, że całkiem przypadkiem trafiłam nie tylko do tego samego hotelu naprzeciw stacji, gdzie zatrzymałam się już kilka lat wcześniej, ale nawet do tego samego pokoju, gdzie na ścianie wisiała i wisi duża fotografia przedstawiająca Mantuę wieczorem. Widnieje na niej powtarzane we wszystkich przewodnikach zdanie renesansowego włoskiego poety, Torquato Tasso, że piękno tego miasta warte jest tego, by przebyć choćby tysiąc mil. Co więcej, to zdanie pozostaje tak samo aktualne: wtedy, gdy napisał je blisko pół tysiąca lat temu autor, a także także dla mnie, zarówno, gdy przeczytałam je na tym plakacie po raz pierwszy, jak i teraz, przy drugiej wizycie, w tym samym mieście, w tym samym hotelu, kto wie, może w tym samym pokoju.

Przyjechałam tu dla Andrei Mantegni, dla jego fresków. Chciałam też zobaczyć jego dom sprzed 500 lat. Studiolo Izabeli d`Este, która tak próbowała namówić Leonarda da Vinci, malującego portret Cecylii Gallerani, ten z gronostajem, by zgodził się sportretować także i ją, najpotężniejszą kobietę swojej epoki. On zaś robił uniki... i powstał tylko rysunek.

Zobaczyłam też bazylikę Sant'Andrei, arcydzieło renesansu znane z czarno-białych reprodukcji w dawnych podręcznikach historii sztuki. Jest tak renesansowo doskonały, w układzie stworzonym przez Leona Battistę Albertiego. W bodaj pierwszej kaplicy po lewej stronie, po przejściu zaciemnionego portyku znajdziemy się naprzeciw niewielkiej, prawie filigranowej, a znów renesansowo idealnej kaplicy, gdzie Mantegna - zgodnie ze swoją wolą- został pochowany. Dziś można spojrzeć na nią przez grube kraty.

Spędziłam długie godziny w zimnym zamku Gonzagów, w wymyślnym domu o chłodnych murach i wilgotnym powietrzu. Jest potężny... Nie zapamiętałam z entuzjazmem wyliczanych przez kasjera sal, z których się składa. To tak naprawdę patchwork pałaców, dobudówek, korytarzy, dziedzińców. Świadectwo rozrastających się ambicji.

Chciałam zobaczyć oczywiście przede wszystkim Camera Picta, inaczej zwaną Camera degli Sposi, gdzie wśród namalowanych motywów jest rodzina Gonzagów w do końca nie zinterpretowanej scenie. Postaci oddane z tak dużą siłą iluzji, o twarzach tak konkretnych. Towarzyszą im ulubione psy, takie, jakich wiele zobaczę następnego dnia w czasie joggingu po ulicach Brescii. Nieco wyżej, przez iluzjonistyczny oculus namalowany na sklepieniu- do środka zaglądają z ciekawością m.in. amorki, w symboliczny sposób łącząc to co ziemskie ze strefą nieba.

Camera degli Sposi to odrębna opowieść. Spędziłam w niej więcej czasu, niż przysługujące turystom piętnaście minut, wracałam chyba dwukrotnie, próbując wniknąć w magię tego przedstawienia, osadzonego w tak konkretnej chwili, jak migawka fotograficzna oddającego moment.

Brescia, Duomo Nuovo, fot. JN


Z Mantui chciałam pojechać do Pavii, albo do Cremony (po drodze jeszcze pewna drobna przygoda*). Nie miałam zadań i obowiązków i mogłam wsiąść do dowolnego pociągu. W ostatniej chwili zmieniłam zatem zdanie i zdecydowałam się na dzień w Brescii. Znałam to miasto jedynie z nazwy, która padła w przypadkowej rozmowie, z dziewczyną z Polski spotkaną wiele lat temu w pociągu, gdy ona- jak i ja- jechała na studia. Pociąg z Wiednia wiózł mnie do Florencji, ona wysiadła może w Mediolanie? Nie pamiętam, ale zaintrygowanie pozostało: Brescia? Cóż to za miasto?

Otóż to drugie co do wielkości miasto Lombardii. Mały Rzym, jak syntetycznie bywa nazywane.

Wieczorem, gdy przyjechałam wydawało mi się się niezwykle czyste, uporządkowane.
Rano, gdy operowało mocne słońce, miałam wrażenie, że z niewiadomych przyczyn właśnie tu słoneczne światło układa na budynkach i ulicach w bardzo równe, geometryczne kwartały. Pas światła, pas cienia.

To samo zobaczyłam później na głównym placu miasta.

Brescia/ fot.jn (widok z okna B&B AI MUSEI)


Spektakle światła w Brescii są rzeczywiście niezwykłe. Pierwszy zobaczyłam o poranku, przez niewielkie, nisko ustawione nad podłogą okno w pokoju BB, w którym się zatrzymałam. Budynek zbudowano na pozostałościach ( gruzach? ruinach? murach?) rzymskiej bazyliki, mój pokój mieścił się na poddaszu…Stare mury...może dlatego spałam tu snem sprawiedliwego, nieprzerwanym, może tylko na chwilę, by spojrzeć przez okno i zobaczyć, że potężna kopuła Duomo jest oświetlona przez całą noc i także o trzeciej w nocy wyłania się jak biała porcelana znad ciemnych dachów miasta.

Usłyszałam od właściciela pensjonatu, że ta kopuła jest trzecią co do wielkości, po florenckiej i mediolańskiej. Właściciel wymienił jeszcze miejsca, które powinnam zobaczyć, z tym entuzjazmem, z jakim Włosi lubią mówić o swoich miastach.

Gdy chodziłam po Brescii, oficjalnie jeszcze zimą, pogoda zachowywała się tak, jakby zdecydowanie była to już wiosna.

Do głównego placu miasta w ciągu dnia dotarłam kilka razy. Doprowadziły mnie tam różne drogi, z północy, południa, ze wschodu...

Niegdyś nazywał się Piazza del Duomo, przemianowany za sprawą papieża Paolo VI, który urodził się gdzieś w rejonie tego miasta.

Wielkością przypomina odrobinę prostokąty placów rzymskich- Piazza Navona czy - jeszcze bardziej - mój ulubiony Campo di Fiori. Wczesną wiosną słońce przechodzi po nim tak trochę smugami, jak po rozstawionym na środku zegarze, wschód-zachód. A może się mylę.
Widziałam też Kapitol, część miasta antyczną, przypominającą rzymskie Forum. Zadziwiające, tu na północy Włoch.

Tu, w Brescii  można mówić o jednoczeniu przeszłości z przyszłością. O zamazywaniu anarchii. Wszystko tu doskonale zintegrowano. Minione z nowym. Pragmatyzm z malowniczością.
Przy głównym placu miasta, "ramię w ramię", w zorganizowanym szpalerze stoją budynki świeckie i religijne.

Od południa z potężną fasadą obecnego Duomo, nazywanego pewnie od XVII wieku Nowym (a także letnim), sąsiaduje stare Duomo- wcześniejsza katedra, zwana ivernale (zimową), w formie romańskiej rotundy.

Znamy wiele sąsiadujących ze sobą kościołów. Postawione ściana przy ścianie, jak dotykające się ramionami warszawska katedra św Jana i kościół Jezuitów o białej fasadzie. W Krakowie kościół św Piotra i Pawła, tuż obok bielonych romańskich stalagmitów wieży romańskiej kościoła św. Andrzeja (gdzie wewnątrz tak skutecznie wszystko zbarokizowano, że okładka zupełnie nie pasuje do treści).

A tu nowa, XVII-wieczna katedra z trzecią co do wielkości kopułą Włoch stoi tuż obok starej, romańskiej katedry. To za sprawą chyba tutejszej solidności budowlanej. Wstrząsy tej sejsmicznej ziemi nie zniszczyły budynków, a chęć okazałości ( i zasobność finansowa) kazała mimo wszystko wybudować nowy, imponujący budynek.

Po drugiej stronie placu- w niebo wżyna się kamienna wieża. Czytam w internecie, że ma 54 metry. Jej kamienie pamiętają trzęsienie ziemi, może wtedy zgrzytały, odłamki kamieni może padały na bruk, ale ustała niezmieniona, nie dodając grozy do wydarzeń, gdy wówczas w XI wieku i tak zginęło 20000 ludzi. Nie bez przyczyny zatem podziwiano jej wytrzymałość. W nieodległej Cremonie, tej, do której chciałam początkowo pojechać, stoi dwukrotnie wyższa wieża. Pokaz możliwości, przesuwanie skali w tych włoskich miastach. Dawne Manhattany, z ustawionymi pionowo drabinami do nieba. 104 metry- to już dla mnie groza. Żałuję, że i tym razem Cremona pozostanie dla mnie tylko nazwą, ale już teraz w wyobraźni nieodzownie wpina się z niej w niebo ta niezobaczona wieża.

Moc sztuki często wyrasta z niespełnionych marzeń, z konkurowania na sny.
Piękne mieli Gonzagowie w Mantui. Wielkie marzenia towarzyszyły mieszkańcom Brescii...coraz bardziej ambitne śniły się mieszkańcom Cremony,

Czas biegnie szybko, moje trzy włoskie dni także dobiegają końca. Planując podróż do Bergamo i na lotnisko, siedzę na schodach przed nowszą katedrą i spoglądam na plac Paolo VI.

Z tego popołudnia chciałabym zapamiętać grupkę studentów. Siedzą obok, na schodach w promieniach słońca, popijając coś z plastikowych kubeczków. Robią selfie, pozdrawiają parę przejeżdżającą na rowerze, z roześmianą blondynką akrobatycznie stojącą na bagażniku i przytrzymującą się ramion chłopaka. W grupie na schodach jedna z dziewczyn ma na głowie wieniec laurowy z czerwonymi kwiatami. Świętuje obronę dyplomu. Tu wieńce laurowe są dla uniwersyteckich laureati.

Słońce przesuwa się, wchodząc na kolejne stopnie schodów, na których i ja siedzę. Powoli cień nachodzi także i na mnie cień, przynosząc od razu chłód.

Po nasyceniu się blaskiem Włoch, po poczuciu słonecznego szczęścia, powrót do Warszawy, która też zaskakuje choćby tymczasową, choćby złudną, ale jednak wiosną!


Justyna Napiórkowska