4 wrz 2017

Vincent i Rembrandt w Amsterdamie

Krótka, zaledwie kilkugodzinna wizyta w Amsterdamie.

Okazja do wielu myśli i kilku notatek. Pisane były na gorąco, w podróży powrotnej do Brukseli; ostatnio tylko te chwile "transferów" między miastami pozwalają mi na pisanie... Najczęściej na jaśniejącym w ciemności ekranie telefonu...
Skazuje mnie to na fragmentaryczność, jednak z tych drobnych pyłków powstaje większa całość.

Przed podróżą odczuwałam jakąś radosną gorączkę. Była jednak połączona z obawą. Kiedy wiemy, że spotka nas coś pięknego, niekiedy chcemy ten moment odsunąć w czasie. To chyba jakaś forma celebrowania sztuki. Mam poza tym takie poczucie, że nigdy nie jestem wystarczająco przygotowana na oglądanie Van Gogha, Rembrandta, Vermeera...Ratuje mnie tylko ograniczony czas tych muzealnych wizyt, ratuje mnie to, że o 17 strażnicy Rijks spoważnieją, mówiąc, że za chwilę muzeum będzie zamknięte. Idę wtedy przez sale, nie przyspieszając jednak zbytnio i po drodze zachłannie chwytam jeszcze wzrokiem wszystkich Claeszów, Avercampów, Coorte`ów...

W Amsterdamie odwiedziłam muzeum Van Gogha, a potem sąsiadujące Rijksmuseum.
Przyglądałam się obrazom dwóch wielkich, holenderskich mistrzów.

***

W niektórych autoportretach Van Gogha prawie wcale nie występuje linia. Nie ma tego, co definiuje rysunek...Kontur pojawia się rzadko...jakby postać opisywana była nie przez swój kształt, ale przez relację z otoczeniem. Topografia twarzy u Van Gogha tworzona jest zagęszczeniem krótkich, urwanych linii. Nerwowość takiego szkicowania jest oczywista, a staje się jeszcze wyraźniejsza gdy zestawimy portrety Vincenta z amsterdamskiego muzeum z młodym Rembrandtem.

Autoportret Rembrandta z Rijksmuseum jest mniejszy niż kartka papieru. Z jego zacienionej ciszy wyłania się uważna twarz malarza, który dokumentował siebie przez całe życie. Dopiero z bliska można dostrzec, jak Rembrandt końcówką pędzla w niezaschniętej warstwie farby zarysowywał meandrujące kosmyki włosów.
Był przy tym uważny i precyzyjny.

Są w malowaniu swoich portretów tak inni: Rembrandt i Vincent.

Królują wśród tłumów w sąsiadujących muzeach; jeden spala się w gorączce, drugi- podąża przez życie pod rękę z długowieczną melancholią.

Jednocześnie jednoczą się w swojej inności.W poświęceniu dla sztuki, w życiu bez kompromisów, w opozycji wobec wszystkich pragmatyzmów, które niosła mieszczańska rzeczywistość.



Po śmierci Van Gogha krótka notatka w lokalnym dzienniku, chyba "L`Echo Pontoisien" mówi tak jak zwykły mówić notatki prasowe o wydarzeniach bulwersujących i strasznych- dobitnie i powierzchownie.
Powierzchownie można także oceniać bankructwo Rembrandta, gdy jego dom i dobytek były licytowane.

Oni, tak odrębni, w tak innej skali niż otaczający ich świat, dziś przez ten świat są bez wahania adorowani...

Gdy patrzyłam na amsterdamskie portrety artystów z lat młodości, zadawałam sobie pytanie: jak to możliwe, że już wtedy nosiły w sobie zapowiedź zarówno klęski, jak i triumfu.

Wieczorem, już w brukselskim domu, długo nie mogłam pozbyć się jeszcze jednej myśli: że oto tam, na amsterdamskiej wyspie muzeów, w ciemności zamkniętych sal, pozostają te obrazy.

Było to bardzo mocne odczucie. Mieszanina żalu i świeżej tęsknoty po tak krótkim spotkaniu z arcydziełami...Ale i wielki entuzjazm, który długo tego wieczora nie pozwalał mi zasnąć.

Justyna Napiórkowska
Amsterdam, 04.09.2017

7 lip 2017

Widok z tarasu Zamku Królewskiego - Canaletto



Niekiedy zdarza się uprzywilejowany moment uważności. Można wówczas dostrzec coś znakomicie znanego, jakby widziało się po raz pierwszy. 
Na chwilę zmysł wzroku wymyka się z szablonu nawyku i uczestniczy w świecie- nie biernie, lecz czynnie. 

Dotyczy to często rzeczy z naszego ciągłego pola widzenia, dobrze znanych i opatrzonych. Mimo tego, gdy nietypowo padnie na jakiś przedmiot promień słońca, albo gdy my jesteśmy w nadzwyczajnym pośpiechu bądź powolności, obojętnie, tożsamość rzeczy nadana jest jej na nowo. Jest ponownie nominowana do bycia tym czym jest; zaistnieje przez ułamek sekundy w naszym postrzeganiu bardziej świadomie. Po prostu przez chwilę jest, schwytana w swojej przedmiotowości w niematerialną siatkę naszych myśli. 

Gdy po chwili znów zapadnie w nieruchomą materię scenografii, nie zachowa już swojej dyskrecji, lecz będzie mówić więcej- o sobie. O swoim otoczeniu. O nas.  

Chyba właśnie to zdarza mi się odczuwać patrząc na bardzo znane obrazy. Tak jak "Widok na Warszawę z tarasu Zamku Królewskiego" Bernarda Bellotto.  Ale także patrząc na miasto, moje miasto, przemierzane w spacerach, które od kilku dni odbywam w gwieździście rozchodzących się kierunkach od Starego Miasta, gdzie przyszło mi ostatnio pracować. Wędrowałam od warszawskiego Rynku przez Muranów i Mirków, obrzeżem Woli; przeszłam Traktem Królewskim aż do Mostu Poniatowskiego i dalej, nad zieloną tonią i plażą wysadzaną w piątek punktami ognisk do aksamitnie miękkiej Saskiej Kępy. Szłam także ku Cytadeli, by wybrać się dalej, do Muzeum Polin.  

Czułam się przy tym, jakbym szła przez ogrody w Wersalu, gdzie za sprawą geniuszu ich architekta, Le Notre`a, rozsuwały się przede mną kolejne kurtyny; następujące po sobie obrazy miasta odsłaniały się i po chwili znikały. Nie było w nich jednak harmonii, wręcz przeciwnie. 
Były warszawskie alianse, niezliczone fuzje, z których zbudowana jest ta szczególnie niejednolita tkanka miejska. 

Poświęciłam Warszawie czas powolnej wędrówki, a ona postanowiła wyjawiać coś o sobie.  Historię, o której dziś tak łatwo zapomnieć w modnych  kawiarniach i przeszklonych wieżowcach, zanim przypomni o niej syrena pierwszego sierpnia. 

Szlam zatem wpatrując się w miasto, a miasto za to odsłaniało się niespodziewanie, jakby samo chciało mi wyszeptać swoją tajemnicę. Cicho uskarżyć się na swój udręczony historycznie los. Opowiedzieć o zszywaniu całości z niepasujących skrawków. 

***







Na obraz Canaletta spojrzałam na nowo jakiś czas temu w Muzeum Narodowym. Przyznaję, że często mijałam go trochę obojętnie, podobnie jak epokę, z której wyrósł. Nie spodziewałam się, że wciągnie mnie również jego tajemnica. Że tę tajemnicę ma. 

W malarstwie szukam najczęściej tego, co niewidzialne. Poszukuję tego, co arcydzieła mogą skrywać pod płaszczem malarskich warstw, impastów i werniksów. Pod pozorem przedstawienia, gdzie obraz przestaje być obrazem,  a zaczyna być myślą- niejasną, nieuchwytną… 

Tymczasem obraz z warszawskiego Muzeum był dla mnie wyrazistą makietą, o legendarnej precyzji i funkcjonalnym znaczeniu dla powojennej odbudowy miasta. Te budynki, które blisko dwieście lat później stały się w barbarzyńskim akcie perzem ruin, mogły dzięki skrupulatności malarza zostać odbudowane. 

Warszawa: kiedyś była jak Aleppo dzisiaj. Na jej wciąż liftingowanej twarzy można dostrzec ślady ran: zabliźnione, lecz regularnie przynoszące zarówno pewien dyskomfort przeszłej tragedii, jak i poczucie cichej glorii odrodzonego z popiołów Feniksa. 

Wspomniany obraz z warszawskiego Muzeum był dla mnie za to po prostu źródłem czystej i dziś już dość bezinteresownej wiedzy o tym, jak wyglądał fragment miasta wtedy, w 1773 roku, gdy malował go Bellotto.

Gdy jednak w pewien upalny dzień, chyba dwa lata temu stanęłam naprzeciw tego potężnego płótna, odtworzone na płótnie fasady -choć nieruchome, surowe i dumne- jaśniejące w słońcu, odsłoniły mi krztynę tutejszego genius loci

Poczułam upał tego dnia sprzed ponad dwustu lat, gdy okna zamku były szeroko otwarte, a kamieniarze w cieniu dziedzińca wykuwali detale rzeźb. Ten moment- odległy i nagle tak bliski- stał się bardzo konkretny. 

Trwająca na obrazie praca kamieniarzy, rozmowa króla w gronie dam na jednym z balkonów, lekcja jazdy konnej; cały ten uchwycony przez Bellotta sztafaż jest składnikiem przeszłości. Ale jednocześnie - z tego wysiłku, z tej królewskiej fundacji, z całego szeregu malarsko opisanych czynności "wynikało" to miasto w procesie jego stawiania się, nie tylko wtedy, w drugiej połowie XVIII wieku, ale także później, po wojnie, a nawet dziś, codziennie. 
Jest w tym obrazie, w naszym patrzeniu na niego, obok Warszawy budowanej w XVIII stuleciu także - wbrew porządkowi czasu- Warszawa odbudowywana, dwa stulecia później i Warszawa przekształcająca się dziś na naszych oczach. 

Ten tak konkretny obraz z odległej przeszłości zaistniał widziany przez pryzmat przeszłości późniejszej, ale i teraźniejszości. Zjednoczył czas, zbudował jego jedność. 

***

Konkretny stał się dla mnie także na chwilę los Bernardo Bellotto, malarza, który zatrzymał się w Warszawie na chwilę, a został znacznie dłużej.

Rzadko kiedy artystów identyfikujemy tak natychmiast, bez chwili wahania. 

O tym malarzu mówimy na jednym wdechu: Bernardo Bellotto zwany Canaletto. Owo „zwany” stało się częścią nazwiska. 

W tym określeniu krył się zresztą cień troski o sławę. Bernardo Bellotto był jak wiadomo siostrzeńcem cenionego weneckiego weducisty, Giovanniego Antonia Canala.  Stosowane przez Bellotta sygnowanie obrazów zapożyczonym od weneckiego mistrza  przydomkiem być może miało powodować mylne przypisywanie prac autorstwu sławniejszego poprzednika z Wenecji. 

Pochodzący z północy Włoch Bernardo Bellotto zatrzymał się w Warszawie w drodze z Drezna do Moskwy. Ot, przystanek w mniej znaczącym mieście.  Plany malarza opisywał w liście do Bacciarellego Giuseppe Rosa: Bellotto miał „spróbować szczęścia w Rosji”. Rosa napisał do Bacciarellego, że zaproponował młodemu malarzowi „aby tam zwrócił się do Waszej Wielmożności, aby mógł otrzymać jakieś poparcie od Jego Wysokości, Pańskiego króla dzięki Pańskiej rekomendacji, tak więc błagam Pana o wyświadczenie tej przysługi”.  

Wskutek pewnych okoliczności, w czasie, gdy w Warszawie tworzone było na królewskim dworze nowe środowisko artystyczne, Bellotto zrezygnował z dalszej drogi na północny-wschód. Jak opisywał za Luigim Cappelli Sebasitano Ciampi, Bellotto „przejeżdżając przez Warszawę, zaprzyjaźnił się z Bacciarellim (…), a ten zapragnął go przedstawić królowi Stanisławowi, przez którego został przyjęty bardzo łaskawie i zaproszony nawet do pozostania w Warszawie; zaproponowano mu pensję”. 

Na marginesie, jak wskazuje Alberto Rizzi w monografii Canaletta, warunki finansowe zaproponowane artyście w Warszawie przez króla były znacznie korzystniejsze od tych, z których korzystał ten znany już malarz w Dreźnie. 


Zatem został, stając się najwybitniejszym kronikarzem tego miasta. Związał swe losy z Warszawą aż do śmierci. Jego szczątki złożono w podziemiach kościoła kapucynów przy Miodowej, ulicy, której  budynki projektu Schrögera,  Deybla i Tylmana z Gameren malował trzy lata przed śmiercią, w 1777 roku na obrazie z Zamku Królewskiego. 

***

Niespodziewane, ponowne odkrycie oddziaływania obrazu Canaletta dotyczyło konkretności czasu i sytuacji, zatopionych w trwałości budynków, w kamiennej potędze ich fasad, w niezmienności wiślanej skarpy widocznej w tle.  

To wspomnienie obrazu, przypominając o sobie, pozwoliło w moich warszawskich wędrówkach uważniej patrzeć- niekiedy w górę, na fasady kamienic, niekiedy w dół, na bruki, tak skutecznie niosące przez stulecia nie tylko cień następujących po sobie pokoleń, ale także tło: historię, w której toczyło się ich życie. Po XX wiek, po współczesność.

Nic nie ma chyba takiej trwałości jak spiż, z którego odlewano szyny tramwajowe, których dziś wiodące donikąd błyszczące struny zatopione są w kamiennym bruku w miejscu dawnej ulicy Nalewki. Przypominają o nieistniejącej Warszawie podobnie jak wtopiona w tutejsze chodniki żelazna czcionka wyznaczająca kontur muru getta.

W Warszawie, jej brukach, jej murach, jej ulicach-czas się zapętla. 

XVIII wieczny obraz Bellotta zdołał nagle wymknąć się ciążącemu na nim przyzwyczajeniu. Ze znanego stał się na chwilę znów nieznanym, oddając wiarę i uczciwość oku. 
Te otwarte okna, to multum postaci, szum rozmów i dźwięki miasta z obrazu Canaletta odmieniły postrzeganie przeze mnie tego płótna jako tylko i wyłącznie opowieści o budynkach. Historii o mieście czasu wielkich przemian. 

Mury zaczęły żyć- wysiłkiem jako ich  budowniczych, ale także uwagą i podziwem ich mieszkańców, które z pewnością przyszły po tych dekadach budowlanej aktywności. 

Nie można zatem iść przez Warszawę, pozwalając by dziś spowszedniały.

Niech zawiązują nić między przeszłością i teraźniejszością.  


*** 

Uwielbiam Warszawę i jej stylistyczne melanże, których cień objawia się prawie zawsze w obrazach Canaletta. Obok królów- piaskarze. Obok karet- żebracy. Barokowe fasady z jasnego kamienia wyrastają wśród poszarpanego wieńca ruder.

Właśnie to widać u Canaletta. 

A ja, patrząc na jego obraz może po prostu szukam pretekstu, by pisać o Warszawie dzisiaj.

Sklejonej dziś z potłuczonych fragmentów. 

Wędruję przez kamienne szlaki tego miasta; wsłuchuję się w dźwięk obcasów na bruku. Przyglądam mezaliansom kamienic z okolic Żelaznej. 
Patrzę na zawieszone na ceglanych murach opaski z siatek, jak czepiec na czole budynku, zatrzymujący opadający tynk. Zerkam na głębokie wąwozy Woli, gdzie teraz koparki deweloperów próbują umocować w ziemi filary nowego miasta wieżowców. 

Idę przez to miasto zalane ciepłem lipcowego wieczoru i patrzę na nie. 

Tam, gdzie jest niezmienne, jak skamienielina i tkwi zamroczone przeszłością, nieruchomo jak owad w bursztynie. I tam, gdzie mieni się w kalejdoskopie przemian. 

W pewnym momencie obraz-szablon z przyzwyczajonego oka znika: jak zniknęła Rotunda, pawilon Emilia, Supersam… 

Przez ułamek sekundy, której powietrzem właśnie oddycham, w  miejscu tego, co znika pojawia się tęsknota. Ale i pustka czekająca na nową konstelację, która zaraz tu wyrośnie i znów odmieni ten dobrze znany nam obraz.  

Tak. Myślę po prostu, że ten obraz Canaletta to widok z tarasu Zamku Królewskiego, nie tylko na Warszawę, ale także na czas. 


Justyna Napiórkowska

21 cze 2017

"Dziwny ogród" Mehoffera



Ten ogród znajdował się podobno w Siedlcu pod Krakowem. 
To tam, w otoczeniu przyrody, artysta spędzał radosny- jak łatwo sobie wyobrazić - czas z rodziną. 

Jako wspomnienie tego lata powstało ogromne, ponad dwumetrowe płótno. Obraz niejednoznaczny, tajemniczy i po prostu piękny. "Dziwny ogród" Józefa Mehoffera przyniósł autorowi zasłużone uznanie. Pokazywany na wystawach na świecie, dziś znajduje się w Muzeum Narodowym w Warszawie.  

Jeśli zapytamy kogoś nie widzącego w tej chwili tego płótna, to z dużą pewnością, opisując je z pamięci wspomni suknię w kolorze chabrów i rozświetlone słonecznym blaskiem ciało chłopczyka w pierwszym planie. Ale przede wszystkim - ważkę, której secesyjny kształt przełamuje malarską umowność, w dużej mierze uzasadniając tytuł obrazu. 

W sposób właściwy sztuce właśnie na tym obrazie zatrzymuje Mehoffer ulotność lata 1902 roku. To wtedy wówczas bardzo doceniany i chyba po prostu szczęśliwy malarz zaczął malować "Dziwny ogród". 

Zacienioną ścieżką, wśród ciążących od owoców secesyjnie wygiętych gałęzi wędruje niosąc ciężkie, kwiaty malw synek artysty. Obok lekko uśmiechnięta żona Mehoffera- Jadwiga Janakowska. Z tyłu opiekunka.

Wzdłuż ścieżki ciągną się zaś girlandy kwiatów, wyznaczając doświetloną promieniami słonecznymi ścieżkę, ale i odrealniając tę naturalną scenerię. 

Ten obraz to nie tylko przedstawienie pełni lata - tak obfitującego w owoce i bujną zieleń. Zdaje się być także świadectwem efemerycznego poczucia szczęścia. Zatrzymanego w oczach obrazu z chwili, która przynosi poczucie pełni, w otoczeniu  tego cudownego urodzaju.  Ogród po prostu staje się... rajem. 

A zatem - oto przedstawienie najbliższych malarzowi osób w Arkadii, jaką stanowił tego lata dla nich Siedlec. Obraz może być odczytywany po prostu jako portret ukochanej rodziny artysty, ale także jak pean opiewający urodę lata.

Dziwny, rzeczywiście dziwny ten ogród. Tajemniczy, na poły realny, na poły wyobrażony. 

Ważka pojawiająca się w górnej części płótna stanowić może według czujnych badaczy odniesienie do postaci samego autora. Jest wpięta jak brosza, zarysowany kontur jej skrzydeł przypomina obramienia pracę złotnika. Forma jej przedstawienia jest tak inna niż malarskie ujęcie ogrodu; przywodzi na myśl witraże, w których Mehoffer był mistrzem.
Przyznam, że mi trudniej jest uwierzyć w ukrytą formę symbolicznego "autoportretu", ale "cytat" z lubianej techniki mistrza wydaje mi się jak najbardziej możliwy.

Myślę jednak raczej po prostu o tych ulotnych chwilach, gdy w środku upalnego popołudnia pojawia się gdzieś nagle, w polu naszego widzenia ważka; zbliża się, unosi nad trawami, a po chwili po prostu znika.

Ot, ulotność zmaterializowana, a tu zatrzymana w kadrze malarskiej kompozycji. 

Kiedy przyglądałam się reprodukcjom, zastanawiałam się z jakich obrazów znam ogrody w pełni rozkwitu...Jest ich wiele, jednak ten wspaniały obraz skojarzył mi się z innym, o którym pisałam jakiś czas temu na blogu. Pomyślałam- trochę niespodziewanie-  o Madonnie z Paczółtowic. 



Z ciekawości zajrzałam na mapę. Okazało się, że Paczółtowice leżą zaledwie 5 kilometrów od Siedlca... Ale ten zagęszczony kobierzec zieleni, ta wspólna tonacja, to multum kwiatów i owoców... Co prawda uformowane są zupełnie inaczej, bo inaczej w malarstwie myślał malarz średniowieczny i twórca młodopolski...jednak - tyle tu wspólnych wątków. 

Wędrówki internetowe zaprowadzają nas niekiedy w niespodziewane rewiry. Niekiedy, tworzą się w ten sposób niespodziewane asocjacie.
Wspólnota tematu- po prostu macierzyństwa, sąsiadujące położenie miejscowości, z którymi związane są te dwa obrazy, w końcu gorliwa chęć odtworzenia ogrodów - tak bujnych i tak obfitujących w owoce...są po prostu zastanawiające.
Czy Józef Mehoffer mógł zainspirować się obrazem z Paczółtowic? Cóż, może to tylko luźne skojarzenie. 

A może ten "Dziwny ogród" Mehoffera jest także po prostu zaproszeniem do ogrodu?

Jego kompozycja sprawia, że z łatwością wnikamy w tę niezwykłą przestrzeń, w której nagle, gdzieś nad głową, na ułamek sekundy pojawi się ważka.

Tak zjawiskowo niezwykła, mieniąca się kolorami.
Świadcząca o cudowności świata.

Dziwny ogród. Jak witraż obramiony ornamentem z kwiatów, owoców i meandrujących gałęzi.
Po prostu mały wycinek cudownego świata. 


Justyna Napiórkowska






10 cze 2017

Czerwcowy zielnik


Dziś w Warszawie słońce wstało chwilę po czwartej, a zajdzie przed dwudziestą pierwszą. Była to księżycowa, jasna noc. Okno było otwarte i przebudziłam się na chwilę o trzeciej. Było dość jasno, nawet gdyby nie księżycowa poświata- na tle granatowego nieba - wyróżniały się ciemne sylwety drzew. Obudziłam się za sprawą ptaków. Właśnie o tej porze, gdy w zupełnej ciszy nocy znikąd nie słychać -ani już, ani jeszcze- żadnych dźwięków miasta, zaczynają śpiewać najgłośniej. Jak mawiało się archaicznie- zaczynało dnieć. Ten rozpisany na chór i solistów śpiew zapowiadał zatem kolejny, już rozpoczynający się dzień.

Zza wschodniego horyzontu pojawiło się najpierw cienkie pasmo światła, laserowy blask, który zaraz jasną, pomarańczową poświatą objął pół wschodniego nieba.




Tak wczesne, czerwcowe poranki są piękne. Trochę żałuję, że nie strząsam z siebie upartego wtedy jeszcze snu, żeby patrzeć na to wszystko. Budzę się znów dopiero, gdy słońce jest już wysoko.

Przyznam, że staram się unikać patetycznego zapatrzenia w przyrodę, ale wobec tych różnych przejawów piękna bywam bezradna. Po prostu wpatruję się ( i wsłuchuję ) z podziwem. I uwagą.

Przyroda nadaje kształt także naszym dniom. David Haskell, botanik (być może jak każdy botanik będący w głębi duszy także trochę poetą), w książce "Ukryte życie lasu", przytacza przykład chińskiego mnicha, który wpadł do lodowatej wody. Nic mu się jednak nie stało. Mnich tłumaczył, że po prostu poddał się wodzie, nie starając zmienić jej temperatury, nie licząc, że woda podda się jemu.

Ja także- przyznaję- poddaję się przyrodzie, wpadając niekiedy w lekkie meteopatyczne zmurszenie, ale najczęściej - w euforię- wywołaną słońcem, ciepłym powietrzem, tymi wszystkimi oszałamiającymi zapachami późnej wiosny.

Obserwowanie przyrody to wielka i modna ostatnio przyjemność. Dla mnie nie jest zupełnie nowa, ale daleka jestem od osiągnięcia wymarzonego stanu odczuwania przyrody. Chciałabym poznawać drzewa po korze, a rodzaj miodu po jego zapachu i smaku...To powolna nauka.
Układa się w uważne przeżywanie świata, w zrastanie z nim, we wrastanie w miękkość jego gleby w poczuciu cudownej harmonii.

Mijają dni, mijają noce. Maj stał się tak szybko czasem przeszłym, czerwiec nieuchronnie także zmierza w tym samym kierunku, ku przeszłości. Konsekwentnie, dzisiaj staje się wczoraj. Oczywiście nie bezczynnie. Zanim przyroda zastygnie w letnim dojrzewaniu, przygotowując się do wydawania owoców, jest polem bardzo szybkich transformacji.

Staram się tej wiosny nie uronić ani krztyny z tych cudownych przemian.

Tworzę swój osobisty zielnik, w którym nieogarnięty wszechświat przyrody zaczynają wypełniać małe archipelagi odkrytych i zbadanych wysp. A wtedy trudniej poczuć się bezradnym rozbitkiem...wiadomo jak wskrzesić ogień i wyżywić- jeśli nie ciało- to duszę -  pięknem tego świata.

***

Wczoraj postawione w wazonie w pracy peonie wyglądały zupełnie inaczej niż dziś.
Solidne łodyżki zdolne udźwignąć wielki kwiat dźwigały gęsto zbite, jasnoróżowe kulki. W nocy, a może rano, pod wpływem światła i ciepła- pączki pękły i wyłoniły się z nich geste halki różowych płatków. Peonie to dla mnie kwiaty, które zawsze kojarzą się z czerwcem. Pięknie kwitną te przy warszawskim Placu Dąbrowskiego.

W maju natomiast przyglądałam się kwitnącym kasztanom.Coś mnie w nich uporczywie dziwiło. Przyglądałam się odmianie różowych kwiatów na kasztanowcach w  brukselskim Parc Royal, przyglądałam białym kwiatom, regularnym stożkom ustawionym w gęstwinie zielonych koron, na drzewach warszawskiego Powiśla.

Teraz wiem co mnie zastanawiało. Kasztanowiec to poważne drzewo, gigant o ciężkiej sylwecie ma grubym, solidnym pniu. Jego liście, które pod koniec kwietnia wyłaniały się z oblepionych roślinnymi sokami grubych  pączków, po chwili były jak lotki do gry w badmintona, a potem jak nietoperze rozpostarły skrzydła na swoich sześciopalczastych sztywnych konstrukcjach, tworząc szerokie wachlarze.

Kasztanowiec to zatem potężne drzewo, a nie mikry krzew, i dlatego dziwiło mnie po prostu to pensjonarskie ustrojenie w białe lub różowe kwiecie.
A tymczasem, gdy zwiędły już te drobne, stożkowo ustawione kwiatuszki, na szkieletach przypominających teraz odrobinę ususzone choinki pojawiły się małe, zielone kulki najeżone na razie jeszcze miękkimi kolcami. Czekając aż wyrosną z nich dorodne kasztany, można porównywać je do planet w modelu kosmosu. Albo do oglądanych pod mikroskopem komórek.

Jak każdego roku, zbyt szybko umknęło mi kwitnienie lilaka, który bardziej chcę nazywać bzem, tak jak do tego przywykliśmy. To wdzięczna nazwa, trochę dwuznaczna, muzyczna i miękka. "Bez". Po chwili: "bez bzu".

Te ciężkie kwiatostany w kolorze lila, o oszałamiającym zapachu przez chwilę wypełniały moje okno. Obserwowałam, jak powoli zaczyna pożerać je rdza, kwiatuszek po kwiatuszku, przebarwiając od nasady, aż korozja objęła całość i kwiatowe gałązki przeszły w kolor jasnego brązu.

Teraz kwitnie już zupełnie inny bez- ten dziki. Słownik podpowiada liczne synonimy: bez lekarski, bez pospolity, bzowina, bzina, buzina...gołębia pokrzywa...Ten bez jest wszędzie, powszechny jak jego nazwa. Przy drogach, w parkach, pod lasami.
Pachnie intensywnie, a gdy ułamiemy gałązkę i wstawimy ją do wazonu, po jednym, dwóch dniach roztaczać będzie głęboki, nieco kwaskowy zapach, odległy od tej rozpływającej się słodyczy zapachu, gdy kwitnie jeszcze na krzewie.

Jakiś czas temu przyjaciółka powiedziała mi, że podobno w pewnym wieku możemy utracić zdolność do słyszenia świerszczy. Ta informacja poruszyła mnie - choć nie dałam po sobie poznać. Postanowiłam odtąd słuchać świerszczy zawsze uważnie, konsekwentnie i nieustępliwie.

Podoba mi się przy tym  myślenie o słyszeniu świerszczy w kategorii "zdolności".

Tak, to jest zdolność.
Tak wiele piękna jest na m po prostu dane (nieodpłatnie, z datą przydatności...). W zamian za tę najprostszą umiejętność dostrzegania.


Justyna Napiórkowska

12 maj 2017

Obrona Narcyza



Sztuka wymaga od nas bardzo wiele. Obrazy bywają kłopotliwe, a ich treść niedostępna. Aura, która je otacza niekiedy jest nieprzenikniona, jak powierzchnia lustra.

Niekiedy także odczytujemy dzieła sztuki zupełnie inaczej. Wyruszamy z tego samego skrzyżowania, ale w zupełnie innych kierunkach. W tym tkwi także potęga sztuki.

Ja niestety mam tendencję o tym zapominać. Pędzę czasem między obrazami jak panczenista, nie bacząc, że lód nie dość że śliski, to może jeszcze być cienki.

Niekiedy jednak coś podważa spokój i pewność, z którą zaczynam patrzeć na arcydzieła. Lubię takie momenty.  Na przykład, gdy za jakąś sprawą uświadomimy sobie, że inni widzą je zupełnie inaczej. Gdy inni dostrzegają w obrazach to, czego ja nie potrafiłam zobaczyć.

Właśnie tak mi się zdarzyło wczoraj. To zawsze cenne.

Chodziło m.in. o obrazy Caravaggia z Galerii Borghese. Przeczytałam krótki tekst, w którym obrazy objawiły się jako opowieść o zupełnie czym innym, niż to, do czego przywykłam. Pytałam siebie- jak mogłam tego nie widzieć?

Wówczas uporczywie zaczął przypominać mi o sobie inny obraz Caravaggia- z nieodległego Palazzo Barberini. Przedstawia pochylającego się nad stawem Narcyza. Temat jest mi zupełnie obcy, przyznam, że nawet nie znam nikogo, kogo o narcyzm mogłabym posądzać. Narcyz pozostawał dla mnie w domenie mitologii, odległej i nie dotykającej prawdziwego życia.

Najprościej mówiąc, Narcyz był dla mnie po prostu tym zapatrzonym w sobie… Narcyzem.

Jak twierdził Leon Battista Alberti, to Narcyz był wynalazcą malarstwa. Czym jest obraz jeśli nie próbą objęcia środkami sztuki powierzchni wody? - tak twierdził Alberti. Może dlatego motyw Narcyza stał się jedynym mitologicznym wątkiem podjętym dla Caravaggia.

Kiedy zaczęłam naprawdę zastanawiać się nad tym, co opisał Owidiusz, a potem pokazał Caravaggio, pomyślałam jak wielka niesprawiedliwość spotkała Narcyza. Był ofiarą bardzo uproszczonego myślenia. Może także nawyku do zbyt łatwego szafowania sądami.

Stał się patronem egocentryków. Bohaterem kozetek u psychoanalityków. Smutnym prekursorem wszechpotężnej mody na selfie.
Dziś myślę, że był on zupełnie kimś innym. Mam narastające wrażenie, że opowieść o Narcyzie wcale nie dotyczy po prostu jakiegoś trywialnego uwielbienia dla siebie. Zasługującego na surową ocenę zakochania się we własnym wizerunku. Nie chodzi tu bowiem o to, by oburzać się w pierwszym, narzucającym się odczuciu na egocentryzm Narcyza.
Wręcz przeciwnie.

Narcyz stał się tragicznym przykładem błędnego rozpoznania. Ofiara pospiesznej oceny. Epikryza okazała się mylna.

U Caravaggia ten biedny Narcyz jest niemal wrośnięty sam w siebie. Dłonie rzeczywiste i te z odbicia są zespolone. Jego pochylona sylwetka i odbicie w wodzie tworzy zamknięty krąg dotykającej go właśnie klęski.

Zastanawiałam się, czy gdyby na przykład spadł deszcz, czy to by Narcyza uratowało? Wówczas ten niedosięgniony obraz, w który uporczywie i z tęsknotą wpatrywał się w tafli jeziora rozmyłby się pod uderzeniami kropli wody. Czy zorientowałby się, że tak naprawdę jest sam?

Ta fascynacja postacią zobaczoną w zwierciadle wody, własnym odbiciem- była dla Narcyza jak wiadomo karą.

Ale przecież kiedy wpatrywał się w siebie w tafli wody, wierzył, że widzi nie siebie, ale kogoś innego. Pisał o tym Hans Belting. Kiedy dziecku po raz pierwszy pokazujemy lustro- nie wie jeszcze, że widzi siebie. Dla Narcyza spotkanie z własnym odbiciem w tafli wody - jest doświadczeniem siebie jako innego- bez wiedzy, że to on. Nieszczęsny Narcyz został ukarany poprzez pozostanie na tym etapie.

Myślał, biedny, naiwny, że kogoś spotkał w tym ciemnym lesie i dlatego z takim uporem mu się przypatrywał. Zawsze, gdy próbował go dosięgnąć, obraz ten znikał i w jego miejscu pozostawała pofalowana powierzchnia tęsknoty.

Nie był zatem tak zafascynowany sobą, ale właśnie zobaczonym kimś innym. Zmyliła go percepecja.

Potwornie smutny i samotny ten Narcyz. Z pewnością nie był takim egocentrykiem, za jakiego go się zwykło uważać. Nie znał sam siebie, nie znał nawet swojej twarzy.

Wierzył, że patrzy na kogoś innego. Szukał tylko człowieka, kierowany tą cudowną, ludzką ciekawością, która każe nam patrzeć na siebie, rozmawiać, poznawać.

Zamiast tonąć w grzęzawisku selfie.


Justyna Napiórkowska
aktualizacja 19.05.2017

9 maj 2017

Jak znaleźć szczęście. Lekcja Jana Kochanowskiego.



"(...)Kto tak mądry, że zgadnie,
Co nań jutro przypadnie?
Sam Bóg wie przyszłe rzeczy, a śmieje się z nieba,
Kiedy się człowiek troszcze więcej, niźli trzeba.

Szafuj gotowym bacznie!
Ostatek, jako zacznie,
Tak Fortuna niech kona: raczy li łaskawie,
Raczy li też inaczej; my siedziem w jej prawie.

U Fortuny to snadnie,
Że kto stojąc upadnie;
A który był dopiero u niej pod nogami,
Patrzajże go po chwili, a on gardzi nami.

Wszystko się dziwnie plecie
Na tym tu biednym świecie;
A kto by chciał rozumem wszystkiego dochodzić,
I zginie, a nie będzie umiał w to ugodzić.(...)"

Jan Kochanowski, Pieśń IX, Księgi pierwsze


Wiele lat temu, w szkole podstawowej "pani od polskiego" zadała mi zadanie. Poprosiła o napisanie opowiadania. Pani M. nie podała jednak tematu, mogłam go wybrać sama.
Nie pamiętam co mną kierowało - chęć bycia poważną, brak dystansu, może brawura charakterystyczna dla tego wieku? W każdym razie- pracę zatytułowałam " O szczęściu".
Niestety nie pamiętam także, co napisałam, ale z całą pewnością była to praca bardzo naiwna. Może nawet nierozsądna. 14-latka pisząca o szczęściu. Dziś ta historia wydaje mi się zabawna i szczerze podziwiam delikatność z jaką pani M. powiedziała mi, uczennicy, w której pokładała wówczas pewne pedagogiczne nadzieje, że to może zbyt trudny temat.

Temat szczęścia powrócił do mnie jakiś czas temu. Znów nie był tematem zadanym. Poczułam, że do niego dorosłam. Jednak najprawdopodobniej nadal nie wypada mi nawet próbować odpowiedzieć sobie na pytanie, czym właściwie szczęście jest. Nie wypada, bo każda odpowiedź będzie jak domek z kart. Podmuch wiatru może ją podważyć, a ja będę stać później obok rozsypanej budowy, w którą jeszcze chwilę temu wierzyłam.

Tak, szczęście to trudna sprawa.


Przejeżdżając wczoraj przez centralną Polskę, znalazłam się w Szczęściu.

To maleńka miejscowość, właściwie wioska. Mieści się przy drodze łączącej Lublin z Radomiem, tuż pod Zwoleniem. Droga jest ruchliwa- i Szczęście- może nie przypadkiem - bardzo łatwo po prostu ominąć.
Kilka chwil i już Szczęście się kończy. Może mignąć przy trasie. Może zostać nie zauważone.

Tak się składa, że znam dobrze te okolice. Nie mam co prawda na tyle topograficznej orientacji, żeby wszystko dokładnie poukładać, a jednak wydało mi się, że Szczęście leży gdzieś pośrodku drogi między Sycyną, gdzie urodził się Jan Kochanowski, a Czarnolasem, gdzie tworzył.

Sprawdziłam to na mapie, która "mrugnęła do mnie okiem": faktycznie: Szczęście znajduje się mniej więcej w połowie linii prostej między tymi miejscami. A zatem w połowie "drogi" Jana Kochanowskiego. 

To piękny zbieg okoliczności. Zabawny i być może nie zasługujący na dalsze rozważania. Sprawił jednak, że po powrocie do domu, późnym wieczorem sięgnęłam po tomiki poezji Kochanowskiego. Po jego "Pieśni", "Fraszki", ale i "Treny". A w nich- różne drogi do szczęścia.

Z siostrzeńcem w Czarnolesie Jana Kochanowskiego 

Wiele lat temu, może wtedy, gdy dostałam moje zadanie w szkole, Rodzice mojej Mamy obchodzili złote gody. Ich cztery córki zrobiły im niespodziankę: życzenia w koncercie życzeń. Był to taki program w telewizji, gdzie w czasach archaicznych, poprzedzających interaktywne media, można było w jakiś sposób mieć kontakt - wówczas będący czymś niezwykłym - ze szklanym ekranem. Otóż lektor odczytywał tekst życzeń. Moja Mama wybrała dla swoich Rodziców fragment IX pieśni z ksiąg pierwszych Kochanowskiego. 

Pamiętam z jaką ekscytacją oglądaliśmy te życzenia wtedy na czarno-białym ekranie, obserwując reakcje ukochanych osób.
Pamiętam, jak brzmiały te słowa. Brzmią dla mnie do dziś.

***

Wiersze Jana Kochanowskiego może wydają się jeszcze bardziej archaicznie niż koncepcja telewizyjnego koncertu życzeń.

Ale jego teksty są zdecydowanie ponadczasowe. Dobrze jest do tej myśli dojść samodzielnie, poza granicami raju dzieciństwa i młodości, która ma prawo nie wszystko rozumieć, względnie może rozumieć, ale nie musi brać na poważnie.

Dorosłość natomiast często chce znaleźć źródła, z których może czerpać swoją siłę.

Tak się składa, że Czarnolas był ważnym miejscem mojego dzieciństwa. Do źródła miałam zatem zabawnie blisko. Słowa Kochanowskiego były i są dla mnie tak ważne, że tekst "Na dom w Czarnolesie" powiesiłam nad progiem mojego warszawskiego mieszkania.

***

Nie wiem, czy topograficzne Szczęście istniało już w czasach Jana Kochanowskiego.
Najpewniej nie. Podawał jednak nieustannie wskazówki jak je znaleźć. "Pieśni" są bardzo praktycznym przewodnikiem jak do szczęścia dotrzeć. Zazwyczaj jednak po maturze o tej wiedzy z literatury zapominamy.

Być może zresztą szczęścia zawsze trzeba szukać na własną rękę, wytyczając własną drogę. Literatura i myśli nabyte nie pomogą.

Może szczęścia nie dotkniemy przez pergamin słów.

Po prostu o szczęściu nie sposób mówić, i teraz najzwyczajniej w świecie popełniam ten sam błąd sprzed lat. 

Drogi do szczęścia są różne.

Na przykład niekiedy brak szczęścia nie jest niczym złym. Albo szczęściem jest brak nieszczęścia. Istnieje też małe szczęście, które można wyciosać z większego nieszczęścia.

Złe jest dopiero nieszczęście niepoddające się obróbce. Ale i ono nie jest ślepym zaułkiem. Zdałam sobie z tego sprawę czytając "Treny" Jana Kochanowskiego. Znałam je wszystkie, ale nigdy nie uświadomiłam sobie, że najważniejszy jest ostatni. Bardzo piękny, dotykający czułych nut i przynoszący wielką nadzieję. 

Wyobrażałam sobie jak Jan Kochanowski pisał Treny, blisko pół tysiąca lat temu; wers po wersie, najpierw zsuwając się po własnych frazach w dół, w dolinę własnego smutku, a potem, w tym ostatnim z wierszy, w Trenie XIX zatytułowanym także Sen, podnosząc się jak połamany przez burzę kwiat. 

Szczęście niestety często wyrasta z chwil nieporadności. Z ograniczeń. Z naszej ludzkiej biedy i smutków.
Szczęście potrzebuje tła naszych niedostatków. 

Szczęście niekiedy trzeba także opuścić. Czasem bez przygotowania, bez spakowanych walizek.
Po latach będzie być może szansa, by do niego wrócić i wówczas okaże się, że wygląda zupełnie inaczej.

Szczęście objawia się ludziom szczęśliwym. 

W pewnym momencie, obierając jakąś świadomą drogę, poczują, że coś ich delikatnie uszczypnie.
Poczują, że oddychają. Poczują, że widzą. Poczują- a to już znaczy wiele.
Ale nie będą pragnąć oddychać głębiej. Ani widzieć jeszcze więcej. Ani czuć mocniej.

Po prostu.
Poczują, że jest dobrze.

Tak jak ja poczułam przez ułamek sekundy w Szczęściu.  W połowie drogi między Sycyną a Czarnolasem.


 Justyna Napiórkowska

6 maj 2017

Polski maj z lekcją pokory na marginesie

Albrecht Dürer, Trawa, 1503, Albertina, Wiedeń

Ten fragment wiosny zasługuje na opisanie. Zbyt szybko mija, a przy wszystkich ograniczeniach słów, tylko one są w stanie zatrzymać tę podlegającą ciągłym metamorfozom chwilę. 

Tworzę zatem swój zielnik. Złożony ze zdań, z obserwacji, z obrazów. Konstruowany z uwagą. 

Zbieram niedosłowne eksponaty podczas biegów, rozglądając się uważnie. 

Biegi uprawiam z gorliwością neofity, wśród przyrody, ponad 300 kilometrów od stycznia. Najpierw po skrzypiącym śniegu, potem po twardym, przemarzniętym jeszcze gruncie, niekiedy- jak dziś - w ciężkim powietrzu, a niekiedy- jak wczoraj, po ziemi miękkiej jak lignina, bo nasączonej wodą całodniowego deszczu.

Biegnę, zatrzymuję się, a roślinki i ich doroczne rytuały układają się w słowa, które potem wystarczy spisać. 

A zatem- nastał początek maja. 

Kapryśny, chwilami zimny, ale potem równoważący to oszałamiającymi zapachami, pięknem, które dotyka wszystkich zmysłów. Wdziera się skutecznie także w obszary duszy. Jak roślinki, które wyrastają gdziekolwiek, żywione mocą swoich nasionek. Na przykład w szczelinie drewnianej ławki, gdzie nasionko musiało upaść z pobliskiego drzewa i teraz jego wiotka łodyżka próbuje udawać młody, dobrze zapowiadający się klon. 

Kasztany rozpostarły konstrukcje swoich liści. Tworzą już gęste, nieruchome sklepienie, przez które nie przenika już ani błękit nieba, ani kropla deszczu. Naturalnie, na przełomie kwietnia i mają kwitną. Ustawiają stożki kwiatostanów, jak wyszywane, różowe suknie. Ta gęstwina przypomina mi sklepienie Sala delle Asse w Mediolanie. Leonardo da Vinci wypełnił je gęstymi splotami roślin, iluzją lasu wstawioną w samo centrum Pałacu Sforzów. 


Leonardo da Vinci, freski w Sala delle Asse, ok 1498, Mediolan 


Na świerkach pojawiły się wypustki, które z daleka wyglądają jak odsłonięte palce w rękawiczkach- mitenkach. Inne wiosenne przyrosty przypominają grube, jasnozielone włosia pędzelków, teraz zbitych, ale których igiełki wkrótce się rozpierzchną i najeżą. Potem ich jaskrawa zieleń będzie z czasem się tonować, kameleonim, powolnym procesem równać się z ciemną i błyszczącą zielenią całości.  

Mlecze reagują na słońce. Otwierają do niego swoje tarcze, udając w tej swojej barwie dalekie i ambitne pokrewieństwo roślin i gwiazd. Wieczorem, na noc, składają swoje płatki jak parasole. Trochę później, już po przekwitnięciu ukazał je Dürer na akwareli z wiedeńskiej Albertiny.  

Migdałek zmarzł i jest go bardzo żal. Stoi teraz, smętny, zbladły, bez blasku. Rozpościera wciąż pióropusz gałęzi. Obfite deszcze ostatnich dni dosłownie zmyły z niego ten dziarski róż, który zapowiadały jeszcze nie otwarte kwiatki kilka tygodni temu. Potem jedna zimna noc je zmroziła i cały proces otwierania kwiecistych pączków został zatrzymany. Drugi sezon z rzędu, bez triumfalnego kwitnienia. 

Za to wzeszły tulipany. Wyrosły z cebulek przywiezionych w zeszłym roku z Holandii, jeszcze dwa tygodnie temu dosłownie kurczące się z zimna. Były wtedy otulone w swoje grube liście, pokryte matową patyną, w dotyku chłodne, a przy poruszeniu tak szczególnie szeleszczące. Rozkwitłe cebulki włożyłam w ziemię w kwietniu zeszłego roku. Gdy przekwitły, po pyszałkowatym wyłanianiu się znad traw, zostały z nimi zrównane szybkim cięciem, gilotyną kosiarki. Tak podobno się zaleca, by łodyżka nie pobierała cennych substancji z cebulki. Cebulki zatem poskromiły próżność, przez pewien czas pozostały w miękkich, czarnych podziemiach. 

Jeden z tulipanów według mojej pamięci miał być czarny, a tymczasem wszystkie są karminowe. 
Ale to dobrze. 

Niech nie wszystko będzie według mojej pamięci. Niech nie wszystko będzie według moich oczekiwań.


PS Wieczorna burza z gradobiciem postrącała kolejne, rdzewiejące już płatki kwiatów wiśni... Poprzewracała też tulipany. Leżą teraz na mokrej ziemi, a ja się zastanawiam, czy wstaną. Lekcja pokory, zaiste. 
Z drugiej strony- to była piękna burza. Najpierw salwy, rozbłyski, a potem wielogodzinny pochód deszczu, który skończył się chyba nad ranem :). 



Justyna Napiórkowska

29 kwi 2017

Widok Toledo El Greca


Jadąc kilka dni temu przez Warszawę, a właściwie zatrzymana w korku na trasie Siekierkowskiej, patrzyłam na wpięty w niebo profil warszawskich wieżowców. Po niebie krążyły blade chmury, w sumie niewinne i sielskie.

Pomyślałam wówczas o niezwykłym obrazie, w których chmury tworzą prawie apokaliptyczną wizję. I to nad miastem, którego sama nazwa sugeruje surowe piękno: Toledo.

Obraz El Greca nagle wydał mi się jednym z najważniejszych, najciekawszych jakie znam. Kazał dostrzegać podobieństwa w skłębionych chmurach na niebie nad Brukselą. Przez ostatnie dni chyba przedzierały się tu fronty każące opierać się ciężkiemu, deszczowemu kłębowisku na ażurowych iglicach tutejszych wież.




***

Chciałam patrzeć na "Widok Toledo" neutralnie. Bez wiedzy. Bez fachowego instrumentarium.

Po prostu patrzeć. Przyglądałam się reprodukcjom, zerkałam na ten obraz rano i wieczorem, i za każdym razem ten widok pozostawał dla mnie jak za zamkniętym oknem, odrobinę niedostępny. Każda próba pełnego zrozumienia jego tajemniczej mocy kończyła się porażką. Czułam wielką bezradność. Ale także - naturalnie - podziw.

A przecież zamknięty w nazwie temat jest po prostu widokiem Toledo, wedutą wschodniego brzegu miasta przeciętego szerokim pasmem Tagu.

Toledo ustawione jest na potulnie gnących się wzgórzach. Wśród zieleni wyrastają opalizujące w świetle szare budynki. Podobno topografia w obrazie jest odrobinę niezgodna z wyglądem rzeczywistym, ale ten widok miasta jest raczej obrazem emblematycznym.

Na niebie nad Toledo z obrazu zwoje chmur podświetlane są słońcem. Ich brzegi stają się miękkie, przeczesane światłem. Jak zza gęstej makatki, gdzieniegdzie lśni jasna poświata.

Samo miasto wygląda jak potężny, zbielały szkielet. Chropowaty, zwietrzały, żebrami wrastający w ziemię.

Skorupę murów otula miękka zieleń. Tam, w Toledo może być tak intensywna pewnie tylko przez ułamek roku, zanim nie wypali jej słońce.

Tyle w tym obrazie niepokojących znaków...

Jednocześnie jednak to rozsypane na wzgórzach miasto tak pięknie lśni pod sczerniałym niebem. Zarysowane dotknięciami bieli budynki błyszczą tu perłowym blaskiem.


***


Widok z Toledo, dziś zawieszony w nowojorskim Met był jednym z kilku obrazów pozostających w pracowni artysty w chwili jego śmierci. To zwykle nie jest sprawa przypadku. Cóż takiego kierowało malarzem, że przez długie miesiące pracował nad tym płótnem? 

Kilka wątków przy myśleniu o tym obrazie powraca. Na przykład zastanawia mnie kreteńskie pochodzenie artysty.
Nazywany w Hiszpanii Grekiem, przez długi czas określał się jako rezydenta, a nie stałego mieszkańca Toledo. W podpisach swoich prac pozostał Dominikosem Theotokopulosem.

Wikipedia nie wspomina o Fodele, mówiąc, że Dominikos urodził się w Iraklionie, ówczesnej Kandii, na poddanej Wenecji wyspie. Na Krecie trwa jednak cichy spór o miejsce urodzenia malarza.

Będąc kilka lat temu na północnym wybrzeżu Krety, pojechałam tam, gdzie prowadziły drogowskazy- do owego spornego miejsca urodzenia El Greca. Do Fodele dojeżdża się od strony wybrzeża przekraczając gęste pasmo gór. Dzielące od morza wzgórza pokrywają kamienie o kolorze rdzy.  Wśród nich gdzieniegdzie widać wychudzoną kozę, poszukującą jakiegoś źdźbła trawy. Po chwili jednak, gdy zniknie już lazur morza i brama gór zostanie przekroczona, wjeżdża się do niebywale zielonej krainy. Nawet wtedy, gdy tam byłam, na przełomie lipca i sierpnia, zieleń była niewiarygodnie soczysta - szczególnie jak na tę spieczoną słońcem ziemię.
Aksamitna zieleń z widoku Toledo od razu wydała mi się odległym wspomnieniem właśnie tej zieleni z Fodele.
Być może Dominikos nie urodził się tam i próżne są wysiłki mieszkańców tej maleńkiej wioski powołujących się na wspólny rdzeń nazwiska, ale i genetycznie zapisane podobieństwo co niektórych do El Greca. Jednak niebo i ziemia wyglądają tam jak te, które znam z "Widoku Toledo". Są jak przeszczepiona tkanka wspomnień z odległej wyspy.      

***

Nieba u El Greca był szczególne. Niepokojące. Może wręcz opresyjne.

Spoglądam na niebo, na którego tle święty Franciszek doświadcza stygmatów w siedleckim obrazie. Te nawarstwienia chmur wydają się powtarzać motyw czaszki ułożonej obok świętego. To niebo Franciszka pochłania i nie ma w tym nic z sielankowych wersji przedstawień świętych. Tytułowa ekstaza ma oznaczać stan, w którym wszystkie myśli i działania człowieka zwrócone są całkowicie ku przedmiotowi poznania. Tymczasem mam wrażenie, że Franciszek El Greca po prostu spokojnie, choć ze zdziwieniem spogląda w niebo, które zsyła mu bolesny "splendor" stygmatów. Inne jest niebo na przepięknym "Pogrzebie hrabiego Orgaza", gdzie orszak świętych lewituje nad ziemią na wypełniającym całą górną przestrzeń potarganych chmur. Jeszcze inne jest w scenie Ukrzyżowania, gdzie powłoka obłoków otwiera się czarnymi ranami. Toledańskie przestawienie apokaliptycznego "Otwarcia piątej pieczęci" nie zostawia wątpliwości- niebo jest jak kurtyna, którą trzeba zerwać.
Niebo, jak poszarpana tkanina, przeraża także w przedstawieniu pokutującej Magdaleny...

Niebo mówi. Obraz chmur wpisuje się w narrację obrazu. 

Z punktu widzenia malarskiego medium, mam wrażenie, że jest w tym obrazie El Greca pełna życiowa podróż artysty. Ta, która pokierowała go także artystycznie. Od bizantyjskich początków na Krecie, gdy był pisarzem ikon. Przez wenecką szkołę Tycjana, która dała mu przepiękną paletę barw. Po rzymski szacunek dla rysunku, z czasu pobytu w Wiecznym Mieście, gdy El Greco dokonał nieudanego zamachu na geniusz Michała Anioła. Zaproponował wówczas- ku zgorszeniu wielu- przemalowanie Kaplicy Sykstyńskiej, twierdząc, że zrobi to lepiej niż florencki poprzednik.

Obrazy nieba u El Greca łączą w sobie według mnie miękkość barw, tak pięknie komponowanych w Wenecji, z rzymskim, rysunkowym kunsztem, który przejawia się w nagłych postrzępieniach chmur i barokowych efektach przenikającego przez nie blasku.

Szlak przez półwysep apeniński zawiódł Dominikosa Theotokopulosa do Hiszpanii. Ku toledańskiemu spełnieniu- gdy stał się malarzem cenionym i docenianym. Tam znalazł swoje miejsce. Wędrowiec przez różne światy, który po drodze tak wiele się nauczył.













***


Kiedy patrzę jednak na ten obraz El Greca, zastanawiałam się też po prostu, czy w Toledo zdarzają się burze takie jak te czerwcowe w Polsce. Dramatyczne i przerażające wyładowania, gdy wzburzona przyroda przywraca prawdziwe proporcje.

Ludzki sztafaż staje się wtedy podobny do tego z obrazu El Greca. Na obrazie można je ledwie dostrzec, tam gdzie meandruje Tag.

Postaci przypominają wiotkie patyczki nad brzegiem rzeki.
Wiotkie i pogodzone ze swoją małością.




Justyna Napiórkowska






13 kwi 2017

Rogier van der Weyden - Zdjęcie z krzyża


W madryckim Prado znajduje się obraz niezwykły. Od wielu dni przyglądam jak promieniuje swoim trudnym pięknem z reprodukcji w monograficznym albumie Lorne`a Campbella.*

Rogier van der Weyden, autor tego potężnego obrazu, coraz bardziej mnie fascynuje. Niezauważalnie stał się w mojej osobistej hierarchii chwilowo ważniejszy niż Jan van Eyck z bratem Hubertem, niż Robert Campin, u którego w Tournai pobierał nauki. Niż Hugo van der Goes, od którego obrazu z florenckiej Uffizi zaczęłam naukę prawdziw(sz)ego patrzenia na obrazy.

Na marginesie, wciąż się uczę patrzeć. Ćwiczę się w uważności, czytając między innymi Michała Cichego. Staram się wydobywać patrzenie z trybu biernego, tak by stało się czynnością, akcją, działaniem. Kto wie, może patrzenie zaangażowane, nieobojętne jest jedynym patrzeniem skutecznym.

Próbuję patrzeć na każdy obraz tak, by w pełni zaufać autorowi. Chciałabym, stojąc jako widz, w XXI wieku, stać się uczestnikiem: wytrąconym z codzienności, a wtrąconym w tajemną enklawę arcydzieła. Muśniętym przez moc sztuki, poruszonym. Przy wielkim szczęściu - odmienionym.

Patrząc na ten obraz, zastanawiam się, co naprawdę pokazuje.
Zdejmowane z krzyża umęczone ciało Chrystusa? Czy raczej tych, którzy bezradnie stali pod tym krzyżem?

XV-wieczny malarz zdjął z tematu autentyczność w wymiarze rzeczowym. Zrezygnował z malowania jerozolimskiego wzgórza, nie pokrył postaci warstwą kurzu, nie okalał ich nieruchomym i gorącym powietrzem, które musiało spływać z nieba. Całość sceny ustawił w przestrzeni sugerującej rzeźbiony ołtarz, prostej, lecz dekoracyjnej, gdzie ażur w umieszczonych w rogach maswerkach, poprzez motyw kuszy nawiązuje do powstania obrazu z fundacji bractwa kuszników z sąsiadującego z Brukselą Leuven.

Van der Weyden nadał temu obrazowi wprost niezwykłą, niespotykaną autentyczność emocjonalną.
Tyle tu udręczenia...ale i tyle piękna.






***



***



Kostiumy się zmieniają, ale nie kształt łez, które z takim pietyzmem namalował van der Weyden. One pozostają niezmienne. Gęste, słone krople spływające po policzkach ustawionych w grupy kobiet i Nikodema...Kształt bólu- ponadczasowy.

To obraz prawie w całości podporządkowany prawom rządzącym fizycznym światem. Niemal wszystko ciąży ku ziemi. Rozpoczynają się rytuały wobec ciała: zdjęcie z krzyża. Znoszenie chwilowo straconych nadziei z wysokości krzyża na dół. Ta historia- przez moment - chyli się ku ziemi. W tej scenie nie ma jeszcze nieba. Nawet iluzjonistyczna rama ciąży nad całością.

Jedni- jak Maria- opadają w cichej bezsilności. Inni oddają się koniecznym czynom- z pietyzmem obejmując ciało Chrystusa i Jego Matki.

Nie sposób nie dostrzec porządku, który wprowadził tu van der Weyden: osuwające się ciało Marii układem przypomina podtrzymywane przez Józefa z Arymatei i Nikodema ciało Jej Syna. To powielenie układu wyraża ideę compassio, współcierpienia. Czy jednak teraz to nie Ona umiera bardziej?  

Piękna tej sceny nie przysłania ból, tak fizycznie tu przedstawiony. Może raczej je potęguje?
Niestety, piękno i cierpienie bywają tak doskonale zespolone... Nie bez celu, jak sądzę, bo smutek tej sceny może stać się narzędziem empatycznej przemiany.

Tyle tu współodczuwania: prawie u każdej postaci! W gestach, w mimice, w postawie. W działaniu!

Postaci ustawione są w dekoracyjnym szyku, w harmonijnym kompozycyjnie układzie.

Cóż za tkaniny, cóż za kolory! Z zawstydzeniem można je dostrzegać i przyglądać się nieoszczędnym zwojom tkanin, lśnieniu przeplecionych przez nie złotych nici...
Z zawstydzeniem, bo przecież świadczą tu niechcący o pięknie świata na przekór marności, na przekór powadze śmierci.

***





Ten moment, moment zdjęcia z krzyża, przez fizyczne obowiązki wobec martwego ciała stanowi trudną chwilę konfrontacji. Cokolwiek się wydarzy potem, ta chwila to chwila zwątpienia. Czas braku wiary. Moment dobitnej beznadziei, łagodzonej tylko pięknem tych wszystkich detali, kolorów, kompozycyjnej harmonii, zamkniętej niczym w nawias pochylonymi sylwetami Jana i Marii Magdaleny. 

Widząc takie sceny, zazwyczaj opuszczamy wzrok. Wrażliwi poczują dławienie, w poczuciu okrucieństwa i niesprawiedliwości. 
Tymczasem ten obraz każe na siebie patrzeć i patrzeć. Na dłonie. Na skłębione szaty. Na bose stopy. Na pełne wyrazu twarze. 

Maria upada, przekroczywszy próg bólu możliwego do zniesienia. Upada z miłości, nie mogąc udźwignąć, dosłownie i w przenośni, wraz z innymi, tego umęczonego ciała swojego Syna. Nie jest to zatem Maria z piety- w bezruchu i cicho znosząca tragedię. Nie jest także przepiękną, opadającą w otoczeniu Apostołów w przedstawieniu z krakowskiego ołtarza, gdzie śmierć przybiera łagodną formę zaśnięcia. Wit Stwosz zresztą najpewniej widział jakieś dzieła van der Weydena i mógł zapamiętać wspaniałe skłębienia materii i poruszone wiatrem perizonia.

Gdy patrzę na kobalt sukni upadającej Matki Bożej,  to myślę, że nie jest także jeszcze tą Marią, którą malarze przedstawiają Mater Misericordiae, Madonnę Płaszcza Ochronnego, która-sama doświadczywszy niewyobrażalnego bólu- stanie się opoką dla innych, skrytych "pod płaszczem". Jej wielka siła wyrośnie ze słabości, z tego omdlenia, które tak cudownie ukazał brukselski malarz.




W pięknej barwnej scenie, gdzie błyszczy kobalt i purpura, jej żywi bohaterowie wpadają w trzydniowy mrok.

Patrząc jednak na te wszystkie dłonie kogoś podtrzymujące, tak zaangażowane w pełne empatii uczynki, to myślę, że w mroku nocy czekającej na Glorię Zmartwychwstania już zaczyna jaśnieć jakieś światełko.

Życzę Państwu takiego światła Wiary, Nadziei i Miłości.

Pięknych i Radosnych Świąt Wielkanocnych!

Justyna Napiórkowska

*Polecam także publikacje Craiga Harribsona poświęcone malarstwu flamandzkiemu oraz imponujące, trzytomowe dzieło Sztuka Burgundii i Niderlandów 1430-1500 profesora Antoniego Ziemby.