Posty

Ołtarz z Lusiny

Obraz
Znam uczucie, gdy nowa kupiona lub wypożyczona książka okazywała się mieć wadę. Brakowało po prostu kilku stron. Względnie błąd w druku sprawiał, że pewien fragment był powtórzony. Pamiętam takie książki. Niezależnie o czym były, niesione przez nie opowieści osmagane odtąd były rozczarowaniem i żalem. Niewielkim. Dziś chcę napisać o stracie nieporównanie bardziej dotkliwej. Ze sceny centralnej ołtarza z Lusiny została nam tylko fotografia. Przechowuje ją Polska Akademia Umiejętności w Krakowie. W tamtejszym oddziale Muzeum Narodowego w pałacu Erazma Ciołka można natomiast zobaczyć pary skrzydeł. Ołtarz z Lusiny miał ich dwie- zewnętrzne i wewnętrzne- malowane i rzeźbione. Otwierał się jak księga, o grubych (lipowych?) "kartach". Trudno dziś skupić się na pięknie pozostałych w krakowskim muzeum części. Gdy nia nie patrzę, budzi się we mnie tęsknota pedanta za pełnym porządkiem. Niech wszystko będzie na swoim miejscu. Niech zapanuje pełność! Zupełność! Kompletność!...

Edward Dwurnik. Wielki polski Artysta.

Obraz
Jedne z ostatnich obrazów Edwarda Dwurnika, to cykl prac czarno- białych. Radykalnie ograniczając paletę, tak jakby redukował w nim wrodzoną pasję życia. Swoją energię i witalność, która przekładała się przez całe życie na pasję tworzenia. Dziś ta paleta kładzie się kirem na dziele Artysty. Zamyka jego pracowite życie. Odchodzi Artysta w pełni swoich sił twórczych.  Wiadomo było o ciężkiej chorobie, z którą walczył bardzo dzielnie. Nie narzekał. Nie poddawał się. Żył i tworzył, bez przerwy. Edward Dwurnik miał ogromną charyzmę. To w części tłumaczy także fenomen jego twórczości. Wielu go uwielbiało. Niektórzy krytykowali. On - był konsekwentny, ale i przewrotny. Powagę zmieniał w żart, a w tematach pozornie lekkich przemycał sprawy wielkiej wagi. Wspaniale było spotykać Artystę. Rozmawiać. Mieć poczucie, że chociaż rozmowy te dotyczyły spraw zawodowych, w ich tle było znacznie szersze porozumienie, myślenie o malarstwie. Ale także niekiedy o życiu, chor...

Mała walizka ze Lwowa

Obraz
To chyba moja najbardziej wyczekiwana podróż. Do Lwowa wybierałam się już wiele razy. Gdy podróż stawała się coraz bardziej konkretna, uporczywie nie następowała; igrała ze mną sprawdzając chyba moją determinację i gotowość. Mając zatem ku temu wiele okazji, zbudowałam swój Lwów wyobrażony. Herbert napisał chyba kiedyś, że dziwią go zdarzające mu się sny o wyspie, bo Lwów, w którym się urodził nie odbija się w żadnej wodzie, stoi na wzgórzach suchych jak zapałki, a rzeczka, która przez niego przepływała stała się z czasem jedynie podziemnym kanałem. Również podziemne kanały mają swoją moc, tak jak i układ miejskich ulic, który coś determinuje w historii życia. Wiem to od wczoraj od taksówkarza, który opowiedział mi o swojej miłości (a może raczej małżeństwie- trudno niekiedy osądzić, czy były tożsame). On urodzony przed Powstaniem Warszawskim mieszkał wraz z pięciorgiem rodzeństwa w kamienicy na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Bednarskiej. Jego przyszła żona - na Siennej...

Vincent i Rembrandt w Amsterdamie

Obraz
Krótka, zaledwie kilkugodzinna wizyta w Amsterdamie. Okazja do wielu myśli i kilku notatek. Pisane były na gorąco, w podróży powrotnej do Brukseli; ostatnio tylko te chwile "transferów" między miastami pozwalają mi na pisanie... Najczęściej na jaśniejącym w ciemności ekranie telefonu... Skazuje mnie to na fragmentaryczność, jednak z tych drobnych pyłków powstaje większa całość. Przed podróżą odczuwałam jakąś radosną gorączkę. Była jednak połączona z obawą. Kiedy wiemy, że spotka nas coś pięknego, niekiedy chcemy ten moment odsunąć w czasie. To chyba jakaś forma celebrowania sztuki. Mam poza tym takie poczucie, że nigdy nie jestem wystarczająco przygotowana na oglądanie Van Gogha, Rembrandta, Vermeera...Ratuje mnie tylko ograniczony czas tych muzealnych wizyt, ratuje mnie to, że o 17 strażnicy Rijks spoważnieją, mówiąc, że za chwilę muzeum będzie zamknięte. Idę wtedy przez sale, nie przyspieszając jednak zbytnio i po drodze zachłannie chwytam jesz...

Widok z tarasu Zamku Królewskiego - Canaletto

Obraz
Niekiedy zdarza się uprzywilejowany moment uważności. Można wówczas dostrzec coś znakomicie znanego, jakby widziało się po raz pierwszy.  Na chwilę zmysł wzroku wymyka się z szablonu nawyku i uczestniczy w świecie- nie biernie, lecz czynnie.  Dotyczy to często rzeczy z naszego ciągłego pola widzenia, dobrze znanych i opatrzonych. Mimo tego, gdy nietypowo padnie na jakiś przedmiot promień słońca, albo gdy my jesteśmy w nadzwyczajnym pośpiechu bądź powolności, obojętnie, tożsamość rzeczy nadana jest jej na nowo. Jest ponownie nominowana do bycia tym czym jest; zaistnieje przez ułamek sekundy w naszym postrzeganiu bardziej świadomie. Po prostu przez chwilę jest, schwytana w swojej przedmiotowości w niematerialną siatkę naszych myśli.  Gdy po chwili znów zapadnie w nieruchomą materię scenografii, nie zachowa już swojej dyskrecji, lecz będzie mówić więcej- o sobie. O swoim otoczeniu. O nas.   Chyba właśnie to zdarza mi się odczuwać patrząc na bardzo z...

"Dziwny ogród" Mehoffera

Obraz
Ten ogród znajdował się podobno w Siedlcu pod Krakowem.  To tam, w otoczeniu przyrody, artysta spędzał radosny- jak łatwo sobie wyobrazić - czas z rodziną.  Jako wspomnienie tego lata powstało ogromne, ponad dwumetrowe płótno. Obraz niejednoznaczny, tajemniczy i po prostu piękny. " Dziwny ogród" Józefa Mehoffera przyniósł autorowi zasłużone uznanie. Pokazywany na wystawach na świecie, dziś znajduje się w Muzeum Narodowym w Warszawie.   Jeśli zapytamy kogoś nie widzącego w tej chwili tego płótna, to z dużą pewnością, opisując je z pamięci wspomni suknię w kolorze chabrów i rozświetlone słonecznym blaskiem ciało chłopczyka w pierwszym planie. Ale przede wszystkim - ważkę, której secesyjny kształt przełamuje malarską umowność, w dużej mierze uzasadniając tytuł obrazu.  W sposób właściwy sztuce właśnie na tym obrazie zatrzymuje Mehoffer ulotność lata 1902 roku. To wtedy wówczas bardzo doceniany i chyba po prostu szczęśliwy malarz zaczął malować "Dziwn...

Czerwcowy zielnik

Obraz
Dziś w Warszawie słońce wstało chwilę po czwartej, a zajdzie przed dwudziestą pierwszą. Była to księżycowa, jasna noc. Okno było otwarte i przebudziłam się na chwilę o trzeciej. Było dość jasno, nawet gdyby nie księżycowa poświata- na tle granatowego nieba - wyróżniały się ciemne sylwety drzew. Obudziłam się za sprawą ptaków. Właśnie o tej porze, gdy w zupełnej ciszy nocy znikąd nie słychać -ani już, ani jeszcze- żadnych dźwięków miasta, zaczynają śpiewać najgłośniej. Jak mawiało się archaicznie- zaczynało dnieć. Ten rozpisany na chór i solistów śpiew zapowiadał zatem kolejny, już rozpoczynający się dzień. Zza wschodniego horyzontu pojawiło się najpierw cienkie pasmo światła, laserowy blask, który zaraz jasną, pomarańczową poświatą objął pół wschodniego nieba. Tak wczesne, czerwcowe poranki są piękne. Trochę żałuję, że nie strząsam z siebie upartego wtedy jeszcze snu, żeby patrzeć na to wszystko. Budzę się znów dopiero, gdy słońce jest już wysoko. Przyznam, że staram się un...