Posty

Blog Roku

Jak zostać blogerem roku? Nie wiem, choć mi się to zdarzyło. Pewnie są tacy, którzy mają plan. Działają skrupulatnie. Mierzą siły. Przeprowadzili swoje życie już zupełnie z rzeczywistości do sieci. Klikają, lajkują, hejtują. Rozbrajają establishment jak sprawny saper bombę. Komentują jak Zimoch piłkę nożną. Analizują jak Einstein atom. Krytykują, demaskują, mistyfikują. Dostrzegają wiele pierwsi, nie są skrępowani redakcyjnymi rygorami. Filozofują jak Kołakowski, syntetyzują jak Bauman, najczęściej ad hoc, bez zaplecza, bez kompleksu, że im więcej wiem, tym więcej nie wiem. Śmiało. Prosto z mostu, jak morsy do zimnej wody, jak Rzymianie do Tybru w Sylwestra. Jak Baumgartner w przestworza. Bardzo to wszystko doceniam. Blogerzy. Jednego nie można im odmówić. Tego, że najczęściej są pierwsi w zauważaniu pewnych rzeczy. Dla innych pierwsza jaskółka wiosny nie czyni. Dla blogerów- co innego. Jest okazją do zaskakującego posta. O życiu krótkim jak życie motyla. Ale o dobrej stat...

Płaszcz świętego Marcina czyli o sztuce dzielenia się

Obraz
Simone Martini, Święty Marcin i biedak, Asyż Dzielenie się nie należy do najbardziej ponętnych motywów w sztuce. Wrzucenie monety, bochenek chleba, sakiewka dla ubogich? To była codzienność możnych w dawnych czasach. Bolesław Chrobry według Galla Anonima podobno im bardziej pielgrzymował do grobu Świętego Wojciecha, tym bardziej był bosy, rozdając co miał. Królowe utrzymywały głuchych i  niewidomych. Klasztory wystawiały bochny chleba dla chromych. Ale te sceny tylko czasem pojawiają się w znanych obrazach. Jeszcze rzadziej zasłużyły na płótna mistrzów. Co innego z dzieleniem się płaszczem. Motyw piękny i inspirujący. Niedosłowny. Malarski. To temat, który wracał i u Simone Martiniego, i u El Greca i u Van Dycka. Pojawiał się na rycinach i obrazach. W modlitewnikach. Na fasadzie kościoła w Lucce. Malarze szczególnie przy okazji mieli szansę na warsztatowe popisy. Jeden motyw, a w nim wszystko, co świadczyć mogło o malarskim talencie. Nagie ciało, ubrane ciało, zdobiony płasz...

Spis powszechny w Betlejem

Obraz
Drugi dzień świąt. Przeglądam albumy w poszukiwaniu świątecznych scen. Obrazy Bożego Narodzenia są przepiękne. Wypełniają chyba większość przestrzeni dla tematów religijnych. Te wszystkie cudowne Madonny z Dzieciątkiem. Dzieciątko z granatem, z księgą, z jabłkiem i gruszką. Ikonograficzny alfabet. Pokłony pasterzy. Dary magów. Cudne żłobki, królewskie orszaki i jasna gwiazda na ciemnym niebie. Betlejem w wielu wersjach. Betlejem malarzy. Najpierw zaglądam do atlasu. Potem oglądam różne fotografie. Z google map wybieram się na spacer po Betlejem, Anno Domini 2012. Tam gdzie się wszystko zaczęło. Tam, gdzie łagodne wzgórza pod Jerozolimą falują jak obrus przykrywający sianko na stole. Większość scen Bożego Narodzenia wystawia wyobraźnię na próbę naiwności. Jak w kolędach, wersja lekko złagodzona. Oryginalna sytuacja ze świętych Łukasza i Mateusza przefiltrowana przez dziesiątki zdrobnień. Żłóbeczki, rąbeczki, usteczki i stajeneczki. I dobrze. Uwielbiam to. Niekiedy Dzieciątko ma...

Dzień po końcu świata

Obraz
Dzień po końcu świata jest wyjątkowo piękny. O poranku, przypadającym teraz dość późno, chwilę przed ósmą, na horyzoncie pojawia się cudowna łuna różowego światła. Śnieg jak u Juliana Fałata. Biel nigdy nie jest prawdziwą bielą. Dotknięta słońcem, złamana, ku sepii. W cieniu wykąpana jest w lekkim błękicie, z kroplą atramentu. Kanonicznie skrzypi. Mróz szczypie w policzki. Oplata dłonie, wiąże stopy. Każe przeskakiwać z nogi na nogę, udawać, że nie jest tak zimno! Drzewa nieruchome. Horyzonty dalekie, odkryte przez pozbawione liści drzewa. Białe pejzaże, jak muzyczne obrazy Whistlera. Przyroda zastygła, wygaszona, w bezruchu. Zapach choinki. Cudowny świerk, drzewko odrobinę nieregularne, ale piękne. Jeszcze nie ubrane. Na razie wyjęte prosto z lasu, podobno gdzieś z północy, pręży matowe, zielone gałązki Zapach kawy, cynamonu, wanilii... Początki świątecznego gwaru. Zapracowanie, zabieganie, gorączka robienia wszystkiego, w ostatniej chwili. Zawsze zaczynam od myśle...

O podróżach lotniczych

Podbrukselskie lotnisko Charleroi. Docieram tu zazwyczaj po rytualnym maratonie. Zawsze w lekkim "niedoczasie". Z Mont des Arts ruchome schody wciągają mnie na moment pod powierzchnię miasta, w podziemia dworca centralnego. Przeskak po dwa ruchome schody, peron, pociąg- dowolny w kierunku dworca południowego, Gare du Midi. Torba na ramieniu ciąży, w środku laptop z oprzyrządowaniem, notatnik, dokumenty. Jest chłodno, ale robi się gorąco, poluzowanie szalika, płaszcz rozwiany, pociąg rusza, powietrze się porusza, tunele, światło w tunelu, szpaler budynków, graffiti na ścianach, znów tunel, świst i Gare do Midi. Znów zeskok, szybciej niż rozsądek nakazuje, za 4 minuty odjeżdża mój autobus, następny za pół godziny, biegnę! Znów jestem "wpół-do-Justyny", jak to ktoś określił. Gare de Midi jest jednym z tych potężnych dworców, skrzyżowanie hali, architektura, która od razu zapewnia mi pełna dezorientację. Dziesiątki osób idą w dziesiątki kierunków. Setki cyrkulując...

Nowy Jork! Niezwykły Nowy Jork!

Obraz
Nowy Jork. Nowy Jork. Wielki, zadziwiający Nowy Jork. Wróciłam stamtąd dwa dni temu, jet lag już znośny, rozmieniony na drobne. Dwa ważne spotkania, dotychczasowe wyobrażenia Christie`s i Guggenheima nabierają realnych form, ludzkiego wymiaru. Przywiozłam dużo wrażeń, nieuchwytnych, niedogonionych. Takich zauważonych sytuacji, które zostają pod powiekami. Mignięć, krótkich ułamków. Zgodnych z rytmem miasta, które od razu wymaga od podróżnego postawy aktywnej, dziarskiego ruszenia w trasę i szybkiego chwytania wrażeń. W locie, w biegu, w pośpiechu, bo w tym mieście po prostu nie można się zatrzymać. Nowego Jorku nie da się w całości opowiedzieć. Jego kolory nie mieszczą się w słowach. Jego gwaru nie oddają fotografie. Jego zapachy, jego temperatura, jego dźwięki- to wszystko w takiej dziwnej harmonii, tak naturalne dla tego miejsca!  Ciągle się człowiekowi wymyka, niepokornie i autonomicznie. Nowy Jork. Tam gdzie tysiące anarchii sumują się w jakiś wspólny, zadziwiają...

Amedeo Modigliani, Livorno i polskie portrety

Obraz
Na zdjęciu refleksyjny brunet. Ciemna oprawa oczu, uważne spojrzenie. Papieros w dłoni. Welurowa marynarka. Malarz na tle swojego atelier. Ściana, stół, obraz, szkic. Farby na ubraniu, farby na podłodze. Nic więcej.  Niby zwykłe, ale w tym wydaniu po prostu legendarne. Poznajcie Amedeo Modiglianiego. Urodził się nie tam gdzie trzeba, i szybko stamtąd umknął. Mały Dedo, z portowego Livorno, syn z dobrego domu. Pielęgnowany i chorowity. Livorno to miasto, skąd rozpoczynają się różne podróże, zaczynają różne wędrówki. Chyba łatwiej stąd wyjechać niż tu zostać. Przewodniki turystyczne nie krzyczą z okładek, że jeden z największych malarzy XX wieku urodził się pod tym niebem. Dzisiaj Livorno najpewniej powita was setkami ciężarówek w okolicach portu. To miasto  po prostu oddycha, żyje portem. Wszystkie jego miejskie krwiobiegi biegną do portu i tu znajdują ujście w morzu. Tony t-shirtów z Indonezji. Miliony par butów z Chin. Tysiące par dżinsów. Wielkie...