1 sie 2016

Warszawa, 1 sierpnia

(...)
Ciemna noc się nad nami
roziskrzyła gwiazdami,
białe wstęgi dróg w pyle, długie noce i dni,
nowa Polska, zwycięska, jest w nas i przed nami
w równym rytmie marsza: raz, dwa, trzy...
Hej, chłopcy, bagnet na broń!
 (...) Krystyna Krahelska, ps. Danuta

Historia, ta zbyt tragiczna zostawia swój ślad na miejscach. Plami je, wnika w ich glebę. Zmienia niebo nad nimi.

Niby pozornie wszystko wygląda tak samo. Odczułam to w tym roku w Waterloo, w miejscu wielkiej bitwy, którego zielone pola wydawały się zbyt idylliczne jako tło dla śmierci 22 tysięcy ludzi w czasie ostatniej, przegranej walki Napoleona. Ale gdy tak w ciszy spoglądałam w te miękko rozlewające się po horyzont łąki, czułam niebywałą powagę. Tragiczny genius loci.

Cóż dopiero Warszawa...

Miasto, które miało być zrównane z ziemią na zawsze- żyje. Pnie się wieżowcami w górę. Pulsuje arteriami. Jego wypełnione kawiarnianymi stolikami place pobrzemiewają gwarem.
Ulice ruchliwe. Tramwaje zatłoczone. Powietrze wypełnione śmiechem, szumem; pośpiechem i zniecierpliwieniem. Na drogach kipią nerwy kierowców. Na trotuarach w kakofoni tętni ruch pieszych.
Poruszają się liście na drzewach. Chmury swobodnie wędrują, gdzie chcą.

Ale gdy na chwilę, 1-ego sierpnia o 17-tej wszystko zatrzymuje się w miejscu, historia cicho tkwiąca w granitowych tablicach, w uszczerbkach murów i w spiżowych pomnikach przez chwilę brzmi głośno, potężnym memento. Dźwiękiem syren, setek klaksonów.

To piękne, jak nauczyliśmy się tego momentu. Jak on reguluje nasze warszawskie zegarki. Wspaniały gest dla ducha tego miasta. Dla niezniszczalnej Warszawy, której rany były tak głębokie.

Tu powstanie jest wszędzie. Wyłania się zewsząd, jak napisy spod łuszczących się tynków. Jest w czerwieni kwiatów pod grawerowanymi płytami. Jest w liczbach: 44 rok, 63 dni, 200000 ofiar. Jest w imieniu mojego ojca, na pamiątkę Kogoś kto w dniach Powstania wyszedł z domu i nigdy nie wrócił. W układzie ulic, pod którymi,gdzieś w pamięci, skrywa się gęstsza siatka dróg i domów, kamienic i parków.  

Warszawa. Varsovie. Warsaw. War-saw. Warszawa widziała. Widziała wojnę.

Lubię iść przez Warszawę niespiesznie. Zatrzymać się obok tego, co zwykle mijane. Zauważyć to, co wzrok najczęściej obejmie, ale nie nada właściwego znaczenia.

Tam, gdzie kamienie padały na szaniec.

Zatrzymuję się na chwilę, żeby zobaczyć. War-saw.

Jedna z dziesiątek tablic, przy Alejach Jerozolimskich, niedaleko Brackiej. Dziś błyszczy tu Vuitton.

Gdzieś tu, 8 sierpnia 1944 roku zginął Antek Godlewski, zwany Rozpylaczem.
Miał 21 lat, piękną twarz, pewnie równie piękną duszę i marzenie o morskiej żegludze. Jak mówili jego koledzy, był "narwany, odważny, wesoły, pogodny, roześmiany, kontaktowy...() Był żywiołowy chłopak i przez tę swoją żywiołowość tak szybko zginął właśnie w ataku na „Cristal” w Alejach Jerozolimskich." Wszystko pękło jak bańka mydlana właśnie tu, przy Alejach Jerozolimskich. Przy ataku na Cristal.

Jakie to symptomatyczne: żywiołowy, więc zginął tak szybko. Iskra, która spaliła się zbyt prędko. Zapłonęła ogniem w tym warszawskim holocauście, gdzie nikt nie chciał być ofiarą, bo przecież wszyscy szli po zwycięstwo, a nie po śmierć.

Osiem miesięcy wcześniej, zanim Warszawa zapłonęła blaskiem swoich meteorytów, Hans Frank notował w swoim dzienniku: „Gdybyśmy nie mieli Warszawy w Generalnym Gubernatorstwie, to nie mielibyśmy 4/5 trudności, z którymi musimy walczyć. Warszawa jest i pozostanie ogniskiem zamętu, punktem, z którego rozprzestrzenia się niepokój w tym kraju".

Warszawo, dziękuję.

Pamiętam.



Justyna Napiórkowska / Blog O sztuce


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza