5 sty 2014

Deszczowy dzień w Bergamo

Bergamo Alta, Capella Colleoni

Przede mną dzień w Bergamo. Dotychczas ta nazwa była dla mnie tylko kryptonimem lotniska. Lotnicze rogatki Mediolanu. Booking.com sugeruje, że to doskonałe miasto na zakupy. To samo mówi recepcjonistka, która przy okazji ratuje mnie aspiryną, konieczną po wcześniejszym zmoknięciu. Poleca spędzenie dnia w centrum handlowym vis-a-vis lotniska. Perfekcyjny układ ale 
nic z tego. Z opcji zakupów nie skorzystam, bo po wieczornym spacerze w deszczu miasto zdążyło mnie już zafascynować i w tym zafascynowaniu- trzyma. W przekonaniu co do dobrej decyzji utwierdzą mnie jeszcze przypadkowi rozówcy. Potwierdzają, że Bergamo ni ewykorzystuje swojego potencjału. Mogłoby złotą czcionką zostać wpisane na wszystkie możliwe listy dziedzictwa kulturowego.   



Bergamo to miasto na dwóch piętrach, z część starego miasta jest na górze, a nowe miasto umościło się w dolinie. Z ułamków zdań z przewodników wyłania się kilka niespodzianek. Rodzinne miasto Manzù, rzeźbiarza, którego bardzo lubię. Jedną z jego prac kojarzę z dawną pracą Bałki, pokazywaną na tegorocznym Biennale. Może to przypadek. A może cytat?

Giacomo Manzoni (Manzu), Kardynał, ok 1974


Zwiedzanie wymaga dziś siły woli. Ciągle pada. Właściwie leje, jak z cebra. Do tego stopnia, że rano nie było widać zatopionego we mgle Bergamo Alta, miasta na wzgórzu.

Znam dziesiątki włoskich miast położonych na wzgórzu. Spogląda się na nie z dołu, jak na niezdobyte twierdze. Ich ściany wpinają się kolorami sieny we włoskie niebo. U ich stóp: rozrzucone, odosobnione domy na układających się jak miękki welur zboczach.

Bergamo jest inne. Średniowieczne górne miasto spada jak obrus ze zboczy wzgórza. Na górze cudowny, historyczny skansen. Na dole pulsuje bieżące, intensywne życie. Mały Mediolan. W kawiarniach mimo niedzieli tłumy. Włosi w płaszczach, szalikach, kapeluszach. Składają swoje parasole, zamawiają swoje espresso. Komentują pogodę. Ten deszcz, od którego na ulicach pojawiły się błyszczące akweny, a niebo zaszyło szarością.

Obie części miasta, górne i dolne, dzisiaj tak niezależne zszyte są w dwóch miejscach kolejką liniową. Jak w zamku błyskawicznym, suwak przeszywa wzgórze, przebija w pewnym miejscu weneckie mury i wśród gęstych, zielonych pnączy porastających ściany wspina się do góry. Jakby ktoś chciał zacerować kilkustetletnią przerwę między nimi. 

W dolnym mieście wędrowałam aleją bodaj najwybitniejszego Bergamczyka, który został Janem XXIII, przynosząc miastu dyskretną chwałę. Miasto "uśmiechniętego papieża". Kolebka łagodnego kościoła. Za moment, gdy oficjalnie zostanie świętym tutejsze świątynie zapełnią się nowymi ołtarzami.

Na światłach zagadał do mnie nieznajomy. Zagadnięcie było uzasadnione, intencje jak najlepsze. Stoję w deszczu, a on ma parasol. Oferuje schronienie. Niezobowiązująca rozmowa, po której uprzejmie podziękowałam za propozycję kawy. Uśmiechamy się do siebie na "do widzenia". Italia. Przebiegam na migającym świetle. Deszcz jakby mniejszy. 

Górne miasto okazuje się jak szkatułka. Historyczne serce, do którego jak w krwioobiegu trafiają wszyscy przybysze, żeby przejść w górę wąskimi uliczkami, zajrzeć do katedry i bazyliki i zobaczyć Lombardię z góry.
W lokalnym muzeum Accademia di Carrara, obecnie gościnnie w Palazzo di Podestà,  na garstce metrów kwadratowych Bellini Jacopo obok Belliniego Johannesa, dalej Mantegna, Rafael, podejrzany Botticelli, cudowny skrawek portretu Leonello d`Este Pisanella. Potem- Capella Colleoni, kaplica przybudowana do bazyliki, na część jednego z najsłynniejszych rodów miasta. Przerośnięty pomnik, bo fasada kościoła niknie w jej cieniu. 

Giovanni Bellini, Madonna z Dzieciątkiem, 1460-64

Pisanello, Portret Lionella d`Este,1441


Wyżej- muzeum naturalne. Zanurzam się w jego przestronnych salach na chwilę, żeby zobaczyć całe hordy dzikiej zwierzyny, kamienie ze skamielinami najdziwniejszych ptaków sprzed 20 milionów lat i niziutką Lucy, Praneadertalkę, która żyła podobno 3 miliony lat temu, żywiła się roślinami i miała początki nieleczonej choroby zwyrodnieniowej stawów.  Mimo zaledwie 30 lat. Dziś pozostało po niej około 40 % szkieletu, co jest dumą archeologów, którzy pędzelkiem oczyścili jej każdą zmurszałą kostkę, po to by w szklanej gablocie w Bergamo stanęła jej replika.
Dalej kamyki ze skamielinami ważek, motyli i innych. Wyglądają jak obrazy arte povera. 
Spoglądam w twarz ustawionego w gablocie lwa. Przyroda jest fascynująca, nie spodziewałam się po sobie, że tak mnie wciągnie historia naturalna!



Gdy około 15 wychodzę z muzeum, jest bardzo jasno, ale nad miasto właśnie spływa mleczna mgła. Za chwilę zniknie wieża, budynek podestà, a nawet fontanna w centrum placu. Czy był to sen na jawie? Chwilę we mgle wykorzystuję na całkiem realną kawę. Pachnie tak, że nie budzi moich wątpliwości. 




Czas zaczyba biec szybciej. 

Potem już tylko kolejka linowa i ostatnie spojrzenie na miasto, które postanowiło udowodnić mi, że także jest prawdziwe.    


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz