2 kwi 2014

Watykan, 2 kwietnia 2005

2 kwietnia.
To już 9. rocznica śmierci Jana Pawła II.
Minęło wiele lat- ale wciąż dobrze pamiętam ten wiosenny dzień.
Zwłaszcza dlatego, że byłam wtedy w Rzymie.
I tak jak wiele osób- bardzo te wydarzenia przeżywałam.
Dziś wracam do do tamtych chwil.



Watykan, 2 kwietnia 2005
Rzym, wiosna w rozkwicie. Drugi dzień kwietnia. Przyjechałam wczoraj wieczorem. Miał to być weekend w Wiecznym Mieście- spotkanie ze znajomymi, spacery, obecność w Watykanie.  Kolejny raz syndromem Stendhala zareagowałam na wystawność barokowych kościołów, znów zachwyciłam się marmurem Panteonu, posłuchałam gwaru przy Fontanna di Trevi. Spacerowałam wąskimi ulicami wśród spalonych słońcem murów.W głębi serca jednak myśl o Papieżu była najważniejsza. 

Piję kawę, czytam La Repubblica. Moi sąsiedzi, gdy widzą o czym czytam, ze zrozumieniem i smutkiem kiwają głowami. Barista zagaduje: sei Polacca? I ze smutkiem spogląda na zdjęcie pochylonego Papieża. Wymieniamy kilka słów. W gazecie kalendarium życia. Dziennikarze, eksperci, znawcy Watykanu i kardiolodzy już spinają czasową klamrą biografię Karola Wojtyły, coraz bardziej precyzyjną datą wyznaczają kres Jego życia. Wszystkie gazety piszą o tym jak bardzo Papież jest już słaby.

Jestem prawie rówieśniczką pontyfikatu, papież Jan Paweł II był zawsze kiedy ja byłam, niemożliwe, że w pewnym momencie Jego nie będzie. Wyobrażam sobie, że w niedzielę stanę na Placu Świętego Piotra i razem ze zgromadzonym tłumem będę uczestniczyć w tym, co media później określą nowym cudem Jana Pawła II:  papież stanie w trzecim od lewej oknie, nad purpurą aksamitu, uśmiechnie się bez słów rozgrzewając swoim ciepłem wszystkich. Ktoś z boku powie: „ach ten Papież, znowu z nas zażartował, znowu pokonał chorobę, znów nas zaskoczył…”

Myślę, że wrócę taka sama jak wyjechałam dwa dni temu z Polski.

Gdy idę via della Conciliazione, mijam jak w peletonie dziesiątki kamerzystów. Las kamer piętrzy się na zamknięciu arterii w kierunku owalu Placu Świętego Piotra. Przychodzi szybka myśl:  ci wszyscy dziennikarze, wyjątkowo skupieni, przybyli tu po to, by przekazać światu wiadomość. Tę wiadomość, która była najbardziej niedopuszczalna,  zupełnie niewyobrażalna. Odruchowo zakrywam oczy ciemnymi okularami, bo czuję, jak łzy napływają do oczu. Co się ze mną dzieje? Podbiega do mnie młoda Włoszka, wystawia do mnie mikrofon, zza kamery nawet nie widać kamerzysty. „Cosa senti?-Co czujesz”, pyta, „Jak myślisz, jak się czuje Papież?”, indaguje. Próbuję złapać powietrze, chcę odpowiedzieć. Kapituluję wobec dławiącego płaczu, teraz już czuję jak łzy płyną po policzkach. Dziewczyna powtarza swoje pytanie, trochę agresywnie: „Co czujesz”! Co czuję? Nie wiem… Poddaję się. Bez słowa odchodzę. Ktoś mnie obejmuje. Po chwili  kolumnada Berniniego wita mnie otwartymi ramionami. Tu panuje skupienie, cisza,  a może harmonijny szept tłumu.

Siadam na kamiennych posadzkach– wokół pielgrzymi, Rzymianie i podróżnicy. Niektórzy się modlą, inni śpiewają, jeszcze inni rozglądają dookoła.

Czas mija, niemierzony.

Wieczorem cały plac zapełnia się grupami wyciszonych Rzymian.

Dziwne, jak blisko siebie są dwa światy. Dzieli je rzeka. Przejście przez most na Tybrze, z gwarnego Rzymu do Stolicy Apostolskiej jest przejściem do innej rzeczywistości. Rzym zdawał się żyć swoim rytmem, nieuważny na rozgrywające się wydarzenia…Po przejściu przez most, nad wodą cichą jak Styks,  panuje wszechogarniający spokój, medytacja i wyciszenie, mimo obecności  wielotysięcznego tłumu. Słyszę słowa modlitw, widzę oczy wpatrzone w światło dwóch okien apartamentów papieskich. Wszyscy w spokoju czekają na to, co ma się wydarzyć. Czy i to zostało gdzieś zapisane i musi się wypełnić, właśnie dzisiaj?

Nie zapomnę chwili, w której wszyscy obecni na placu przyjmują słowa Kardynała Sodano. Słowa miękkie jak dotknięcie Anioła. Reakcje są  spontaniczne – ręce same składają się do modlitwy. Rozbrzmiewają oklaski- są one czymś zupełnie naturalnym, sposobem, w jaki tysięczny tłum na placu chciał jeszcze raz- ostatni -  dać się usłyszeć Janowi Pawłowi II. Niektórzy klękali, ja bez poczucia czasu pozostałam w zamyśleniu i bezruchu. Rozbrzmiały dzwony Bazyliki. Ktoś w tłumie niósł prosto od druku L`Osservatore Romano, z okładką, która nie pozostawiała złudzeń.

Papież Jan Paweł II  odszedł.

Czy już wtedy usłyszałam: SANTO SUBITO? A może po prostu odczułam, jak świętość musnęła nas wszystkich 2 kwietnia 2005 o godzinie 21.37?

Justyna Napiórkowska 

1 komentarz:

  1. Niezwykle przeżycie....dobrze ze uwieczniłaś tutaj tamten dzien...

    OdpowiedzUsuń