30 sty 2017

Paryż. Miasto skojarzeń.

Paryż, Paryż. 
Spędziłam tu tylko chwilę. Moment wszyty między dwa pociągi, które przenoszą mnie z północy na południe, trochę trawersem, w sprawach zawodowych przez pół Europy.

Niepełna doba, ale Paryż dał mi wszystko czego po nim nie oczekiwałam. Jakby ktoś stanął przede mną i szybkim gestem odsłonił grubą kurtynę, powłokę miasta, która zazwyczaj nas w pierwszej chwili przyciąga, nie pozwalając dotrzeć do jego serca.

A więc tym razem wieża tylko mignęła mi z okien RER-u, tego podmiejskiego pociągu, który wiózł mnie ze spotkania na spotkanie. Luwr przesunął się nad moją głową w jedynce metra, a Tuilleries, Concordy i Champs-Elysées zostały nietknięte, tam gdzie są zawsze.

Pierwsza połowa dnia minęła na spotkaniach zawodowych, które niezauważalnie stały się ważnymi rozmowami. Potem miałam czas dla siebie.

Lubię znaleźć się w mieście takim jak Paryż (ale także Mediolan czy Rzym) na zaledwie kilkanaście godzin, bo każda z nich kwestionuje nośność czasu, mieści więcej niż powinna. Chcę to jeszcze zmaksymalizować, nie wiem, czy wolę wieczór paryski czy poranek, dlatego wieczorem długo chodzę po mieście, wracając ze spotkania ze znajomymi wysiadam dwie stacje wcześniej, żeby wyjść z tego podziemnego krwioobiegu, przejść górą, nad tymi katakumbami metra, w spokojnym, uśpionym Paryżu, bo taka jest teraz w styczniu większość dzielnic (oprócz tej jednej dyskoteki, o nazwie Discothéque, która podobno czeka (na mnie też?) 24 godziny na dobę, żeby podtrzymać miraż miasta, które nie śpi).

To miasto jednak śpi. Zasypia zatem rozrzedzającym się nurtem samochodów na jego ulicach, coraz mniej licznymi Paryżanami, którzy kryją się pod parasolami na jego trotuarach. Zasypia wygaszanymi światłami dzielnic, jak te w XVI dzielnicy, po 22, w większości już tonącej w ciemności.

A zatem Paryż śpi, a potem wstaje. Ja też wstałam z jego pierwszymi, porannymi mieszkańcami. Zakładam buty do biegania, w recepcji krótka rozmowa z bardzo paryską recepcjonistką, na której twarzy są fantastyczne konstelacje rudych piegów. Potwierdza, że dobrym pomysłem jest pobiegnięcie do Ogrodów Luksemburskich, zaledwie 15 minut stąd. Po drodze trochę zbaczam, idąc za tym co mnie przyciąga, zerkając od czasu do czasu na wystrzelony w niebo, rozświetlony na niebiesko wieżowiec Montparnsse`u, ten najbardziej natarczywy wtręt z całej paryskiej panoramy.  

Zatem biegnę, nie tylko dlatego, by nawdychać się tego powietrza, by poczuć zapach boulangerii o poranku i usłyszeć dźwięk tępo rzucanych na chodniki, wiązanych sznurkami kubików świeżych gazet przed kioskami. Nie tylko po to, by wymienić uśmiechy z kierowcą autobusu numer 93 i panią, która zamiata przed swoim sklepem. Wiem bowiem, że w biegu zobaczę więcej, niż gdybym tu przez tydzień z literą przewodnika zaliczała kolejne punkty. Gdy biegnę, jestem  w pełnej mobilizacji, łapię wzrokiem obrazy, okruchy, które zostaną i później jak z fragmentów potłuczonego  szkła złożą się w kolorową mozaikę, a kto wie może nawet w posklejane lustro, w którym zobaczę nie tylko Paryż, ale także siebie.

Tak, po to biegnę.

I wiem, że nie powinnam się dziwić, że choć nie znam dobrze akurat tej dzielnicy, to mylne labirynty ulic prowadza mnie tam, gdzie powinny, bym zdążyła jeszcze przed porannym pociągiem, który zacznie za chwilę spieszyć się przed wyjazdem na dość odległym Gare du Lyon, i ja także będę się podskórnie spieszyć, włączając sekundnik w telefonie w metrze, by sprawdzić czy na pewno zdążę, a jeszcze bardziej chwilę potem w tym  ludzkim korku  (tak!) który utworzył się na stacji Bercy, jeden przystanek od mojego dworca i 15 minut od mojego odjazdu, gdzie tłum ludzi przedzierał się przez przewężenie budowlane, tak idealne dla wszystkich terrorystów, których Bogu dzięki tu teraz nie ma, ale są gdzieś na ramieniu,  podszeptują o strachu gdzieś z tyłu naszych myśli. Przebijam się przez ten tłum,  wyprzedzam kogo mogę szarżując dziesiątkami „pardon” i „excusez-moi, je me depeche”…

A wiec przed tym pociągiem, o świcie, którego nawet przy wielkiej wyobraźni nie można nazwać bladym, bo ten świt jest jeszcze czarny, a rozjaśniać zacznie się dopiero około ósmej, więc przez to ciemne miasto świateł biegnę po siódmej rano i w tym biegu zahaczam o miejsca, które były i są mi tak drogie- Saint- Germain-des-Prés, Sciences Po, gdzie studiowałam, Musée de Cluny z jednorożcem, Cinema Le Champo, przy ulicy tego, który rozczytał hieroglify, tam gdzie w czerwonym, welurowym fotelu starego kina (dinozaura wśród multipleksów) oglądałam kiedyś Amélie. Potem podbiegam pod bramę 12, rue de la Sorbonne, ten wspaniały adres, gdzie przez ostatni miesiąc rocznego, paryskiego stypendium w PANie mieszkałam z wyrozumiałą współlokatorką w mieszkaniu o 12 metrach kwadratowych, a przy naszej ulicy stała (i stoi i stać będzie) Sorbona. A potem jeszcze biegnę wzdłuż ogrodów Luksemburskich, oczywiście zamkniętych o tej porze, ale przez których imponujące ogrodzenia można w biegu zobaczyć te wszystkie kamienne nimfy na piedestałach.

I kiedy tak biegłam, za azymut biorąc niebieską wieżę Montparnasse, intuicja (albo Bóg wie co ?) kazała mi skręcić w tę małą uliczkę, wyglądającą raczej jak impas, podejmując ryzyko, że za chwilę będę musiała zawrócić, mimo, że się spieszę, że przecież ten pociąg niedługo. Nie zawróciłam, a w zwieńczeniu ulicy czekało na mnie to, co miało czekać, nie zgodnie z moją wolą, albo planem, ani nie z topograficzną znajomością miasta, ale z tym przypadkiem, który w takich miejscach tak doskonale nas prowadzi.

Rue de Bara.

Ten adres, który powtarzał się wczoraj w mojej głowie.

Właśnie ten adres, nazwa uliczki, która okazała się bardzo krótka, jak jej nazwa, zaledwie kilkanaście numerów, właśnie tu mieści się także wąska kamienica pod numerem 3, dziś światła pogaszone, i to tu mieszkał Leopold Zborowski z żoną Anną i bywał może Modigliani, a na pewno Eugeniusz Eibisch i z pewnością jego przyjaciel, Chaim Soutine. Oni wszyscy, ci o których opowiadałam tyle razy słuchaczom w parlamencie europejskim i studentom, od Warszawy po Brukselę, a nawet Nowy Jork, gdzie przecież tłumaczyłam, że kobieta sportretowana przez Modiglianiego na pokazywanym w MoMA obrazie to właśnie Anna Zborowska.  

Właśnie, właśnie.

I oto właśnie te obecności zaprosiły mnie rankiem do siebie. Pod próg tego adresu, który był dla mnie bardziej mitem niż konkretem, bo nigdy się nie zastanawiałam, gdzie jest ta ulica, w tym mieście tysięcy ulic.
   
I wiem doskonale, że poprowadziła mnie tam ta sama siła, która dzień wcześniej późnym popołudniem, gdy wyszłam z hotelu planując bieg (nieskutecznie, bo wówczas nie udało się tego zrealizować) w kierunku Ogrodów Luksemburskich, ale z zamiarem wcześniejszego spaceru przez Cmentarz Montparnasse, który mieścił się dosłownie za ścianą mojego hotelu.

Poszłam zatem na cmentarz, który strona internetowa poświęcona turystyce rekomenduje triadą tagów:  "spacer, ogród, atrakcje", a dalej, że to tu spoczywa Ionesco, i Sarte, i obok Simone de Beauvoir, i Baudelaire i Brancusi, o którym wszyscy wiemy, że przyszedł do Paryża pieszo, na pewno za marzeniem. I Marguerite Duras, do której listy pisał przez lata młodszy o 30 lat asystent, który też leży teraz obok niej, i Maupassant…

Wiec idę, przechodzę przez bramę, idę tym kamiennym Styksem głównej alej i czuję jak rozpościera się we mnie żal, że nie znajdę tych wszystkich grobów, bo nie chcę iść z wyłożoną tu przy wyjściu drukowaną mapą, wolę iść swobodnie. Nie znajdę tych grobów, ale trudno, myślę. I wtedy właśnie zagaduje do mnie starszy pan, pytając czy się zgubiłam.

Odpowiadam trochę zgodnie z prawdą, a trochę niezgodnie, że nie. Nie zgubiłam się, idę prostą aleją, w XXI wieku, śmiało i pewnie, ale też tak, zgubiłam się, a może czasem nawet lubię się zgubić.

Pytam go czy może on się zgubił, czy jakoś pomóc. Pod ramieniem trzyma wydanie Jean d`Ormenssona w tej pięknej  i tak szacownej serii Gallimarda. Przed chwilą idąc z daleka zauważyłam, że zaglądał do tej książki. Ale teraz ją zamknął i rozmawia ze mną.

„Ja, proszę Pani, wkrótce tu będę rezydentem, więc znam to miejsce dobrze, bardzo dobrze.  Pokazać?” „Tak, bardzo chętnie”- odpowiadam i już wiem, jaki sens, poza wszystkimi powierzchownymi miał ten mój przyjazd do Paryża, że zaraz znów będzie odsłaniać się jakaś kotara, a obraz na chwilę się rozjaśni i stanie przez ułamek sekundy tak wyraźny i zrozumiały.

Idziemy więc razem przez cmentarz, mój rozmówca nieomylnie prowadzi mnie ścieżynkami do najdyskretniejszych grobów, bo takie są oczywiście groby ludzi najwybitniejszych, tych, których życie było już pomnikiem, więc po co jeszcze pośmiertnie, tak do znudzenia się powtarzać. Biała płyta Man Raya, którego prawdziwe imię było Emanuel, czego dowiaduję się właśnie tu, przy okazji czytając tę piękną, prawie niewidoczną inskrypcję „Unconcerned but not indifferent, z literówką grawera, a obok, pod medalionem czarną farbą, w wyżłobieniach – "together again" – gdzie pogrzebani są on i jego żona, której imienia nie pamiętam. Potem Julio Cortazar,  w grobie przykrytym listami i karteluszkami, ale także tymi rzuconymi biletami autobusowymi, które tak wiele osób zostawia tu na grobach (a którą to historię także poznaję, ale niestety zapominam, wśród tych wszystkich informacji, które tego dnia usłyszę). Idziemy dalej- Cesar, Ionseco, Jean Sebern, równie piękna jak nieszczęśliwa, naprawdę żyjąca do utraty tchu partnerka Belmondo, blondynka w marynarskiej bluzie; potem jeszcze twórca paryskiej Cinemateki, ocalający taśmy filmowe, z których zdjęcia tworzą teraz na jego grobie czarno-biały kolaż, i autor organów z Notre-Dame, które zagrzmią kilka godzin później, i Charles Baudelaire, na którego grobie jak stemple zostawione są pocałunki, ślady ust poruszonych czytelniczek, które najwyraźniej lubią różne kolory szminki. To tam, na tym grobie leży książka Rolanda Topora, wyłożona w ramach akcji publicznej wymiany książek- każdy może ją wypożyczyć, przeczytać i odłożyć gdzieś indziej- w autobusie, metrze albo parku. Rozmawiamy o Toporze, mówię, że był polskiego pochodzenia, na co twarz mojego rozmówcy znów się rozjaśnia, mówi "chodźmy" i bezbłędnym meandrem prowadzi mnie do grobu, na którego płycie wykonano płaskorzeźbę przedstawiającą wędrującego mężczyznę z walizką, która jakby rozpada się, a jej porwane płaty stają się ptakami.*** Grób Topora.

Idziemy dalej nic nie mówiąc, do grobu, na którego prosty granit położono kamienny krzyż. Na umieszczonej wyżej płycie prawie nie można przeczytać nazwiska, wymytego przez deszcz. Pochylam się, przyglądam literom.  



Chaim Soutine.

Tak, Chaim Soutine. Ten przyjaciel Eibischa, z którym dzielił pracownię i biedę, i nad którego życiem zastanawiałam się dużo, ale nigdy nie myślałam o jego grobie, nie zastanawiałam się gdzie jest.
Po prostu musieliśmy tu przyjść. Niezrozumiała siła. A może bardzo logiczna.

Wiec tu  leżą doczesne szczątki tego biednego Żyda, który przyjechał do miasta świateł gdzieś z szarości i biedy, z miejsca, które jest dzisiejszą Białorusią.

Pod płytą z krzyżem. A przecież nie zmienił nigdy wyznania, a obok nazwiska i zwiędłego fiołka wyłożono tu także zgodnie z żydowskim zwyczajem kilka kamyków, jako znak pamięci dla zmarłego…
I myślę wtedy o Madonnie wyrzeźbionej przez Żyda, Leo Lipschitza***** na wyspie Hebrydów, Holy Iona, o której tak cudownie pisał w 1963 roku Zbigniew Herbert, a ja przeczytałam zaledwie kilka dni temu.  Że oto ten krzyż, gdzieś na zapomnianym i niedostępnym krańcu jeśli nie świata, to chociaż Europy wyrzeźbił Żyd, który 
pozostał przy swojej wierze, po to, by „narody świata się porozumiewały”.

Soutine, ten równie wierny Żyd leży pod krzyżem być może dlatego, że kiedy umarł, w 1943, w opętanym przez nazistów Paryżu, to tylko ten krzyż mógł go przygarnąć pod płytę tego w końcu nieanonimowego, niezbiorowego grobu, na tym szacownym cmentarzu.

Ach, te zbiegi okoliczności. Te historie, które nas budują, tworząc tkankę z szeregu skojarzeń.

Jeśli jakieś dobre drogi będą nas prowadzić do takich znaków, to powiem za Herbertem:  „nie cała chyba nadzieja jest pogrzebana”.

Justyna Napiórkowska

PS
Pociąg dojechał. A teraz Genewa.
*
Dodam, że mój rozmówca okazał się wykładowcą Sorbony, gdzie przez 40 lat, do emerytury uczył historii. Wyszliśmy z cmentarza gdy dzwony we wszystkich jego bramach obwieściły czas zamknięcia.
**
W genewskiej księgarni do książki, która czytał. "Guide des égarés" Jean d`Ormessona, członka Akademii Francuskiej...Tytuł można tłumaczyć jako przewodnik błądzących ( zagubionych, błakających się...). Szukam dalej, i okazuje się, że jest zaczerpnięty z dzieła XII wiecznego żydowskiego filozofa,  Mojżesza Majmonidesa, który w swoim traktacie starał się pogodzić prawdy wiary z filozofią. Jak informuje francuska Wikipedia, pragnął zbudować zgodność świata prawd żydowskich z wartościami uniwersalnymi, dla uniwersalnej zgody. Czy to mogła być inna książka?
*** W kilku miejscach spotkałam się z powtarzanym cytatem Jean d`Ormessona:  "La légèreté est belle quand elle est alliée à la profondeur". Lekkość jest piękna, gdy towarzyszy jej głębia. 
**** Dopiero teraz zastanowiło mnie, dlaczego hotel, w którym zatrzymałam się nazywa się Arkadia. Czyżby rzeczywistość chciała do mnie mrugnąć okiem? 
*****Herbert pomylił się w imieniu- to był Jacques (Chaim Jakow), a nie Leo Lipschitz, a napis na tyle rzeźby, w języku francuskim brzmi:Jacob Lipchitz juif fidéle a la fonde ses ancêtres a fait cette vierge pour la bonne entente des hommes sur la terre afin que l'esprit régne.


Julien i Man Ray, "together again", "unconcerned but not indifferent", tu z małą literówką grawera


Julio Cortázar, urodzony w Brukseli, zmarł w Paryżu, pochowany z partnerką i żoną ( i nie była to jedna osoba).

Jean Seberg, z "Do utraty tchu"

Grób MargueDuras...i jej asystenta

Z grobu twórcy cinemateki, nazwiska nie pamiętam. Ocalający taśmy filmowe... 

Charles Baudelaire


Brancusi

Jean- Paul Sartre i Simone de Beauvoir


***Grób Rolanda Topora. To jednak nie ptaki wypadają z walizki.

Grób Chaima Soutine`a. Podobno wiele osób go szuka, ale nie znajduje...


1 komentarz:

  1. Ach, przypomniałam sobie -Amelie oglądalyśmy chyba w tym kinie razem? Cudowny Paryż, który odkrywa swoją prawdziwa twarz jak tylko zboczy się z upartego szlaku. I tak, mi w Paryżu też zdarzały się same niezwykle zbiegi okoliczności:)

    OdpowiedzUsuń