31 sty 2017

Jezioro Genewskie




Genewa. Piękno nad chmurami. Piękno pod chmurami. Miasto, o którym nie miałam żadnego pojęcia, poza płaszczem stereotypów. Płaszcz zrzucony, a Genewa objawiła się przede mną w kilku wersjach.

Kosmopolityczna, od dworca, przez tramwaje, po pół alfabetu akronimów, w których skrywają się organizacje międzynarodowe:  WTO, MOP, CERN, WIPO, WHO...

Na mnie największe wrażenie zrobiło jezioro, z tym pióropuszem wody wystrzeliwanym z potężną siłą z jego centrum, ale też z tą obietnicą bezy Mont Blanc, Białej Góry, na której wyłonienie tak oczekiwałam.

Przyjechałam do Genewy wczesnym popołudniem, prosto z Paryża. Było deszczowo. Na marginesie spotkań zawodowych udało mi się zmoknąć zarówno w brukowanych uliczkach starówki, jak i na esplanadach wiodących w dół, do jeziora.





Jezioro Genewskie jest jak miraż i fatamorgana. Wiem to na pewno, bo ten obraz, który zobaczyłam na zdjęciach i pocztówkach jest zupełnie inny od tego, który czekał na mnie o poranku, gdy deszcz nie mógł się zdecydować i niekiedy spływał strugami jak sznury, a niekiedy opadał z nieba lekką bryzą.

Jezioro Genewskie zapomniało tego dnia o swoich granicach, na horyzoncie wypływało gdzieś w niebo w niewyobrażalnej harmonii barw.

Tam, gdzieś chyba na zachodzie łączyło się z niebem. Bezbłędnie. Bezszwowo.

Zupełnie niewidocznie, niezauważalnie żywioły mieszały się, woda i powietrze łaczyły, a chmury roztapiały górskie masywy, które przecież gdzieś za tą szarą, zawieszoną w powietrzu emulsją musiały być, tuż obok.

Odsłaniały się tylko ich fragmenty, tylko na chwilę.


Kocham góry. Lubię oddychać ich powietrzem. Uwielbiam ich chłód, poważam ich kapryśność.

Lubię przyglądać się, gdy ich granie ranią błękit, a naiwne chmury opatrują te rany. Lubię patrzeć, jak nikną ich granice, gdy ziemia wdziera się w niebo, a niebo schodzi na ziemię.

Jest sprawą oczywistą, że tam też niekiedy rezyduje Bóg, i mój w którego wierzę, i wszyscy bogowie wszech czasów, ci z Akropolu i z innych świętych gór, objawiający się w upale lub w zimnie, ale raczej nie wtedy gdy ich się spodziewamy. Raczej w nieznane i w nieoczekiwane "czasem" Bóg coś cichutko szepnie, muśnie, przebłyśnie. Ale jest. Czasem w górach, czasem w dolinie. Czasem w rozmodleniu, a częściej w zwątpieniu.
Ale chyba raczej nie tam, gdzie przypudrowani przychodzimy na spotkanie, bo kimże w końcu jesteśmy, żeby wyznaczać panu Bogu terminy? ;)

A więc jezioro Genewskie mnie uwiodło, opętując tą pastelową gamą barw, której wcale się nie spodziewałam po tym kraju, znanym z organizacji, znanym z pragmatyzmu, znanym z praktycznego podejścia i wyrazistości. Jak czerwony krzyżyk na białym tle- chyba najbardziej rozpoznawalny emblemat ze scyzoryków, krowich dzwonków i czekoladek.

Gdy obudził mnie genewski poranek  po prostu musiałam iść pobiegać, 6 km, chciałam przebiec najpierw brzegiem, a potem wrócić miastem, ale nie, nie udało się, bo magnes, który ktoś gdzieś tam umieścił trzymał mnie na ścieżce, jak jeden z tych pociągów, które wytrwale suną po szynach i nie mają pomysłu, żeby zboczyć, jak tam w pracowni pewnego znajomego Szwajcara, gdzie pamiętam z dzieciństwa piwnicę ze skarbem- z pieczołowitością wybudowanym modelem kolejki, która w kółko, tą samą drogą, ale hipnotycznie przesuwała się powoli przed moimi oczami, przed oczami mojej siostry, a może i przed oczami Ralfa, wówczas zdecydowanie dorosłego, ówczesnymi kryteriami nawet starego znajomego rodziców, z którego śmiało, przy okrążeniach tej kolejki wychodziło dziecko.

Bo przecież chodzi o to, byśmy wszyscy na chwilę byli dziećmi. Proste. Nic więcej.

A wiec Jezioro Genewskie. Cud przyrody, cud świata. Szare, lazurowe, niebieskie. Zmienne.

O wodzie tak czystej, że staje się jakimś jordanem, który musi służyć czemuś więcej niż zwykłym kąpielom. O wodach poruszonych wartkim nurtem Rodanu.

W zwieńczeniu tej upuszczonej wśród gór plamy, gdzieś na horyzoncie, w słoneczne dni pojawia się ośnieżony szczyt Mont Blanc, ale oczywiście go nie zobaczyłam, postanowił się nie objawiać, bo przecież z pewnością nie jest też tak, że oto przyjeżdżamy, stajemy na esplanadzie i dostajemy całe, tak niewyobrażalne piękno: bierzcie to wszystko.

Trzeba pokory. Trzeba cierpliwości.

Ale myśl, że ten szczyt bieli się gdzieś za niewidocznym horyzontem to już bardzo dużo. Wiara że jest.
Wystarczy ją zastosować także do innej Obecności.
Bo wobec takiego piękna, przekonanie graniczy z pewnością. Jest. Bóg jest.


Justyna Napiórkowska

PS Jeśli za bardzo mnie uniosło, to uszczypnijcie, przywołajcie do porządku, ściągnijcie na dół, a ja opadnę spokojnie na dowolny bruk. Za dużo piękna, syndrom Stendhala doskwiera ;) 
PS 2 Pisane w samolocie, z takimi widokami:














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz